TAMA. PUSZCZĄ TAMY, ROZWIĄŻĄ SIĘ JĘZYKI I POPŁYNIE CZARODZIEJSKA OPOWIEŚĆ

 

  

 

Jest wietrzna noc, jest zielone wzgórze, a na nim stoi pub, w którym codziennie ludzie przesiadują (w nastroju przysiadalnym), by trochę popić i trochę pogadać o wszystkim i o niczym. To właśnie opowieść, sztuka opowiadania zdaje się być tu bohaterką dramatu Connora McPhersona. Opowieść to jest to, co angażuje ludzi, lubimy opowiadać, snuć historie przy zapalonej fajce, w półmroku, gdzie nie widać w pełni naszych twarzy. Opowieść płynie, jak rzeka uwolniona od tytułowej tamy, a gdy nagle koryto wyschnie, znów trzeba dolać paliwa, raz whisky, raz piwa. I znów jakaś plotka, opowiastka, bajka, legenda, byleby coś powiedzieć. Tak upływa czas Jackowi, Jimowi i Brendanowi, który jest właścicielem owego baru


Cztery wiatry w barze „Cztery Wiatry”
Dwoje drzwi i dziesięć okien zabite deskami
Jedno wejście, żeby można wstąpić
Drugie jest tylko odbiciem pierwszego

śpiewał Blue Oyster Cult

 

A pub? To także cichy bohater tejże sztuki. To specyficzna przestrzeń, gdzie co chwila ludzie się pojawiają i znikają, tak jak na dworcu. Swoiste sanktuarium dla samotnych, z problemami, którym coś dolega na duszy. Tu można dostąpić swego rodzaju oczyszczenia, gdy człowiek mocniej pociągnie z butelki i wyzna swoje winy po pijaku. Sięgnie jeszcze kilka razy po szklanicę, Graala, wypali trochę tytoniu, jak kadzidło, by tak się upodlić, wypędzić demony, odpokutować i wyjdzie wstawiony lub barman go wyprowadzi. I od razu jakoś lżej na duszy, gdy potem kac przejdzie.

Ściany pubu ozdobione są zdjęciami opowiadającymi historię tego niezwykłego miejsca. Otwarcie Tamy, ruiny zamku, starego fortu. Wszystko to po to, by wiedzieć, skąd się przybyło i dokąd zmierza, gdy w melancholii dopija się ostatniego drinka. Czasem pije się z żalu, czasem z zazdrości, że inni odważyli się opuścić tą dziurę i pojechali po swoje. Oni przynajmniej spróbowali. A my, my tu siedzimy jak pomniki, niewzruszeni na jakiekolwiek zmiany i perspektywy. Dumni i zarazem zawstydzeni. Obgadujemy tych, którym się udało tam, gdzieś poza granicami naszej małej ojczyzny.

Patrzcie państwo, oto nowina. Właśnie na stare śmieci powraca przedsiębiorczy Finbar (Aleksander Bednarz ), który w okolicy ma hotel. I druga wielka sensacja. Finbar właśnie sprzedał stary dom zmarłej sąsiadki jakiejś Damie z Dublina i oprowadza ją po teraz okolicy, czym naraża się na plotki, że oto ma romans z tą młodszą kobietą. Rzecz Jasna , ci, którzy tu najwięcej plotkują to Jimmy, Jack i Brendan, starzy kawalerowie, którzy bardziej żyją cudzym życiem niż własnym i pewnie zostaną tu już do końca swych dni, rozprawiając o sprawach innych przy szklanicach piwa. „Gdzie mi tam wędrować po świecie” – przyznaje Jimmy (Piotr Bajor) z gorzkim uśmiechem, a szorstki, nonkonformistyczny Jack (Krzysztof Majchrzak) mu wtóruje „źle mu tu czy jak?!”, ale gdzieś w głębi każdego z nich to gryzie, że są tutaj i będą na zawsze na tle tego samego krajobrazu, gadając ciągle o tym samym.

Finbar doskonale o tym wie i nie omieszka przypomnieć im, kto tu jest światowcem, „a kto wieśniakiem na tym zadupiu”, który zadowala się marną rozrywką grania na wyścigach i wtapiania pokaźnych sum. „Nie mam racji Jack?” – Pyta co jakiś czas prowokacyjnie, gdy opisuje marny kawalerski żywot tych trzech kumpli od kufla, by znów górować, na co Jack mu odpowiada z wymuszonym uśmieszkiem „dokładnie tak” i wypija kolejny kieliszek goryczy.

A wszystko to po to, by nudną atmosferę tego miejsca podlać jakimiś emocjami, by poczuć, że interesujemy się nawzajem sobą, czy to z troski, czy ze złośliwości. Nieważne. I tak jest pięknie w tę wietrzną noc w przytulnym barze. Jesteśmy razem, choć tak bardzo inni.

Oczywiście wszystkie te złośliwe uwagi o płaceniu banknotami i drobniakami, o światowym życiu i o brudnych kątach, o zmyślaniu i przechwalaniu się, panowie wymieniają przy Valerie (Maja Ostaszewska). A państwo jej jeszcze nie znacie? To właśnie ta tajemnicza dama z Dublina, którą Finbar tak ochoczo oprowadza po okolicy, jakby miał wobec niej jakieś miłosne zamiary. Nieśmiała kobieta, która ma za sobą karierę uniwersytecką. Wchodzi do pubu niczym delikatność rzucona pośród szorstkich mężczyzn. To ona właśnie kupiła dom Maury, który od lat stał pusty. Zupełnie nie przypomina światowej damy z wyższej sfery, co raczej szarą myszkę, która gaśnie w atmosferze pubu twardych chłopów. Nie trudno się domyślić, że intryguje wszystkich, a po jakimś czasie swoją skromnością zyskuje przychylność podejrzliwego Jacka i jego kompanów.

Wszyscy sobie zadają to samo pytanie: co ona tu właściwie robi, w tej dziurze? Jak w większości scenariuszy o mieszczuchach, zamierza mieć trochę świętego spokoju. A spokoju tu nie brakuje. To takie miejsce podobne do tego z serialu „Przystanek Alaska”, gdzie czas płynie jeszcze wolniej.

To i dobrze, bo Valerie ma za sobą ciężkie przeżycia, straciła dziecko, a jej małżeństwo chyli się ku upadkowi. Może tu rozpocznie nowy rozdział życia? Może. No proszę, znalazła się osoba, która jednak docenia uroki tego nudnego miejsca — cieszą się Jack, Brendan i Jimmy. Ale wydaje się, że przyjazd Valerie pomaga także przełamać tamę, która stanęła między Finbarem a pozostałymi.

Z minuty na minuty wszyscy się przekonują, jak bardzo potrzebują siebie nawzajem w tym pubie. Jimmy zmaga się z chorobą matki, Jack próbuje przezwyciężyć samotność i żal, Finbar próbuje odzyskać straconą przyjaźń z Jackiem, pokazuje, że nadal jest lojalny wobec tego miejsca, wspominając z rozrzewnieniem otwarcie pobliskiej tamy, której zdjęcia zdobią pub. A samotny Brendan (Redbad Klynstra), jak cierpliwy spowiednik dolewa eliksiru rozwiązującego języki i słucha z zainteresowaniem opowieści. Dobrze mu w tej roli, tu czuje się jak w rodzinie, bo jego siostry to chciwe żmije, wciąż naciskają na brata, by sprzedał kawałek tej pięknej ziemi, aby one mogły kupić sobie nowe auta. Ale to takie przyziemne marności, a tu w barze inne historie płyną ponad chmurami dymu. O duchach wszyscy tu rozprawiają, jakby to zmarli mieli na nowo połączyć tą rozbitą wspólnotę dawnych znajomych i nowopoznanych. Ach, szklanka się rozbiła i czas dolać znów piwa. Choć na początku Valerie zamawiała białe wino, zupełnie nietypowe dla irlandzkiego menu (aż nazbyt wytworne i snobistyczne wobec tych szorstkich gentelmanów), to i ona potem nawraca się na duże piwo, by razem z innymi płynąć przez nurt dziwnych opowieści. Każdy opowiada jak w Dekameronie o spotkaniu ze zjawami. Dreszcze i ciarki przechodzą, gdy się słucha tych historyjek, ale takie wspólne przeżywanie strachu, czy nawet grozy w końcu łączy ich wszystkich. W tle rozbrzmiewa melancholijny Moody Blues i wiatr wciąż wyje od północy, ogień w piecyku trzeszczy. Nie chce się stąd wychodzić. Tu wszystko cudownie trwa w zawieszeniu.

Kiedy Jack po kolejnej, ostrej wymianie zdań z Finbarem chce jednak wyjść, cichy dotąd Jimmy o pokojowym nastawieniu, wywraca węgiel i rozpoczyna swoją opowieść o swoim spotkaniu z duchem. Krzyki, kłótnie, docinki między Jackiem a Finbarem, w końcu zmieniają się w serdeczne śmiechy, podlane procentami, bo wreszcie „wieśniacy” pojmują, że Finbar nie ma romansu z Valerie, tylko próbuje jej pomóc rozpocząć nowe życie, w nowym miejscu. Bo Valerie potrzebuje tego nowego miejsca. Historia o śmierci jej córki i o tajemniczym telefonie z zaświatów wszystkich wbija w krzesła. Ci dotąd szorstcy w obyciu mężczyźni, nieco wulgarni, teraz są zupełnie bezbronni wobec opowieści kruchej Valerie, która twierdzi, że słyszała w słuchawce głos swojej zmarłej córeczki.

Można powiedzieć, że cały spektakl kradnie tu charyzmatyczny Majchrzak, który w oczach ma jakieś dziwne ogniki pretensji i gniewu, ale i Aleksander Bednarz doskonale mu wtóruje w roli Finbara, kłócąc się z Jackiem o wszystko, bo jeden mądrzejszy od drugiego, bo drugi chce narzucić pierwszemu swoje zdanie. Mocne charaktery, niezależni. Nic dziwnego, że prowadzą swoje biznesy na własną rękę, Finbar hotel, a Jack warsztat samochodowy. Pozostali dopełniają klimatu. Spokojny Michał Bajor w roli Jimmiego Złotej Rączki pełni w pewnym sensie rolę rozjemcy na tej linii ognia, który w porę pouczy Jacka, by nie obrażać się śmiertelnie po raz kolejny na dawnego kolegę. Gdy wrze od emocji, lepiej postawić mu piwo i wreszcie „będzie po sprawie” i dalej opowiadać kolejne nieprawdopodobne historie, które pomogą rozładować napięcie między bohaterami.

Atmosfera jeszcze bardziej się rozluźnia, gdy Finbar z Jimmim opuszcza bar, a Jack, Valerie i Brendan są już na tyle podpici, by mówić o swoich najskrytszych tajemnicach. Największą zmianę widać u Jacka, który przestaje być sarkastycznym twardzielem, a odkrywa przed innymi oblicze wrażliwego typa. Z rozrzewnieniem wspomina jak po weselu byłej narzeczonej odwiedził pub, gdzie barman zrobił mu bezinteresownie kanapkę. Co za gest! Ktoś coś zrobił dla ciebie bezinteresownie, bo zobaczył, że ci smutno na tym świecie. Kolejna szklanka, by rozładować wzruszenie. A potem czas zamknąć bar, zostawić tu te rozmowy, kłótnie i opowieści. Niech zostaną tu w tym pubie i czekają, aż kolejni przyjdą, by opowiadać te same historie tylko z innymi bohaterami. W końcu wszyscy opowiadamy sobie tą samą historię w pubie pod zielonym niebem.

 

 

 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH