BEZ ZNIECZULENIA
Pot na czole, nerwowy bełkot, monolog filozoficzny, outsider na skraju wyczerpania a tuż nad nim wygłodniałe sępy ludzkiego tłumu. A po wszystkim głęboki kac moralny. W tle „Adagio for strings” Barbera. Z tym właściwie kojarzy mi się kino psychologiczne. Nie inaczej jest z tym obrazem. „Bez znieczulenia” to film, w którym jednostka zostaje uwikłana w dziwny zbieg zdarzeń, które w końcu jak kostki domino doprowadzają do tragedii. Czuje się klimat opowiadań Kafki, jeśli nawet nie samego „Procesu” i szukania odpowiedzi na pytanie „czemu mnie to wszystko spotyka?”.
Trudno się przyzwyczaić, że główną rolę gra tu Zbigniew Zapasiewicz, który dwa lata wcześniej w „Barwach ochronnych” tak puszył się swoim cynizmem w roli Docenta Szelestowskiego, czy później w „Przypadku” spokojnie udzielał rad głównemu bohaterowi. W filmie Wajdy redaktor Michałowski zupełnie nie potrafi przybrać odpowiednich barw ochronnych wobec okoliczności, jakie go napotykają. Dziennikarz w oku cyklopa nie potrafi sklecić porządnej relacji. Zupełnie nie rozumie, że tak bez powodu, nagle jego żona opuszcza go i wiąże się z młodszym mężczyzną o jakże wdzięcznym nazwisku „Rości-sławski”. Dotąd spokojny, opanowany Michałowski, udzielający ciekawych wywiadów, traci zupełnie pewność siebie, wpada w coraz większe rozchwianie emocjonalne. Miota się między gniewem a poczuciem winy, że może przez te wszystkie lata małżeństwa nie doceniał żony, nie doceniał otoczenia. Może był zbyt wielkim egoistą, spełniającym tylko swoje ambicje? I teraz za to wszystko płaci? Tak, żona miała prawo, aby odejść od niego. Może żona oczekuje od niego szczerej rozmowy, w której on wyzna swoje grzechy? Może wtedy wszystko wróci do normy? Tak, to musi być to. Zapewnia siebie i czuje coraz gęstsze krople potu na rozgrzanym czole. Wyrzuty sumienia. Wszyscy nabierają wody w usta. Na uczelni odwołane wykłady, odwołane wyjazdy zagraniczne.
Żona odpala kolejnego papierosa i z uśmiechem mówi, że „wszystko jedno”, jakby sama nie wiedziała, co nią kieruje. Bo czy trzeba być całe życie racjonalną. Może to wreszcie czas na odrobinę szaleństwa. To już bardziej całą sytuację przeżywa Wanda, dentystka, wspólna przyjaciółka Michałowskich, grana przez Emilię Krakowską. W jej scenach zawsze dominuje ta nerwowość, tu coś tłumaczy, przechodzi z jednego tematu na kolejny, tu wyrywa ząb i to bez znieczulenia, właśnie u głównego bohatera, bo chyba bardziej boli to wszystko, co się wokół niego dzieje niż jakiś tam głupi ząb.
Równie neurotyczny i niepewny swojej pozycji jest Rościsławski (Andrzej Seweryn), młodszy kochanek żony Michałowskiego, który wciąż próbuje dorównać i w końcu górować nad Michałowskim. Wciąż jednak nie jest zadowolony z siebie, gdy widzi chociażby wywiad telewizyjny ze sobą. Nie ma pewności siebie. Wciąż czuje nad sobą ciężar męża swej kochanki. Buduje swoje szczęście na jego hańbie. Czyta listy od niego do żony, wciąż coś podejrzewa. Chyba czuje, że wyrządza okropną krzywdę całej rodzinie, ale próbuje to zakryć w swoim wielkim oburzeniu, gniewie, pretensjach. Dobrze to widzimy, gdy kłóci się w redakcji o wybór książki z Michałowskim, jak na niego napada, jak rozwrzeszczany dzieciak. To on wreszcie dostaje po głowie od Michałowskiego i to dostaje po głowie klockami dziecięcymi, które od razu rozsypują się na chodniku, jak fragmenty życiowej układanki każdego z dorosłych w tym dramacie. Bo dla każdego rozbił się świat. Jedni zawierają pakty, drudzy zostają z niczym, jak dzieci na placu zabaw. „Klocki pasują do siebie albo nie” – podsumowuje ironicznie adwokat żony Michałowskiego (Jerzy Stuhr). Ten adwokat w wydaniu Stuhra to taki śliski gość (trochę jak z „Wodzireja”, trochę jak z „Persony Non graty”), który otwarcie mówi, że każdą winę można udowodnić, wszystko to żonglerka faktami, wina to pojęcie elastyczne. Sąd stwierdzi winę Michałowskiego i sąd orzeknie rozwód. Proste.
I kto posprząta te klocki. Kto ułoży je w nową całość? Może dzieci ,córki Michałowskich. Jedna mała, zupełnie nieświadoma tego co się dzieje, druga ucząca się w Moskwie, nad wyraz dojrzała, naznaczona melancholią. Wszyscy są tacy niespokojni, jakby przeczuwali jakąś tragedię, coś kumuluje się w tych ludziach. Na kogo padnie? Kto będzie tym kozłem ofiarnym. Ten, kto nie ma już siły racjonalizować wszystkich zdarzeń, nie potrafi zrozumieć absurdu, w którym się znalazł.
A kim jest ta tajemnicza blondynka, Agata, grana przez Krystynę Jandę? Gdy wykłady z Michałowskim zostają odwołane na uczelni, jego studenci przychodzą do niego do domu i towarzyszy im także Agata. Teraz jednak te wykłady spotkania są bardziej intymne. Rzadka to chwila, by nagle mistrza zobaczyć na rozstajnych drogach, gdy w alkoholowym zamroczeniu coś bredzi, a nie używa wyszukanych słów, by opisać trudną sytuację. Agata jest niczym anioł, obecność (jak Barciś w „Dekalogu”) który czuwa nad Michałowskim, przez jakiś czas nawet mieszka w jego opustoszałym domu i właściwie towarzyszy mu do końca, podsumowując potem, że ten wybuch instalacji gazowej to nie mogło być samobójstwo. To musiał być wypadek. Na pewno. Jakby chciała zmyć z niego „wstyd samobójcy”, że tak szybko się „asekurował” z tego świata. Poddał.
Ciekawie w tym filmie (zresztą jak w każdym) przedstawia się Roman Wilhelmi w roli Brońskiego, pionka tej dziwnej gry, który za parę lat pojawi się w podobnym obrazie w „Mniejszym niebie”. Choć tam trochę inaczej przebiega sama droga bohatera. Inteligent ucieka od społeczeństwa, zrywa z domem, rodziną, rzuca pracę i zamieszkuje w hotelu dworcowym. Wobec tak bezkompromisowych decyzji, społeczność żąda od bohatera wyjaśnień. A to psycholog go nagabuje, a potem dziennikarz, by wreszcie doprowadzić do tragedii. I do końca nie wiadomo, czy odejście bohatera z domu było świadomym wyborem czy może efektem kryzysu psychicznego. Społeczność niepokoi się tym dziwnym wybrykiem bohatera, analizuje go, wyśmiewa, śledzi. W filmie Wajdy zaś to sam bohater próbuje zrozumieć absurd, w którym się znalazł, jakoś go wytłumaczyć, nadać mu jakiś powód. A jeśli powodu nie ma. To jest nie do zniesienia. Tak się stało i już. Milczenie otoczenia, to nabieranie wody w usta, te dziwne spojrzenia. Współczujące i potępiające. To istna tortura dla kogoś, kto żył z informacji, czyli dziennikarza, który na podstawie zebranych faktów wydawał odpowiednią diagnozę, komentarz. A teraz jak na ironię, właśnie w swoim prywatnym życiu redaktor Michałowski nie potrafi znaleźć odpowiedniego komentarza dla swego życia.
Gdy już bohater poczuje to pęknięcie w pancerzu, gdy zda sobie sprawę, że ta rzeczywistość coraz bardziej go rani, zdecyduje się na najgorsze. Albo los mu pomoże. Wreszcie.
Komentarze
Prześlij komentarz