CONSTANS. ZAWISNĄĆ POŚRÓD GÓR
Biel, lekki puch śniegu, zewsząd otrzeźwiające zimno, dookoła pustka, przestrzeń wołająca, by ją wypełnić swoimi myślami. Czysta atmosfera, a już poniżej twarde skały, na których łatwo się potknąć i rozbić swoje ideały. Tymi górskimi pejzażami dzielona jest opowieść o życiu Witolda, młodego człowieka, który po wojsku, z papierami elektryka, między plusami a minusami próbuje znaleźć swoje miejsce w życiu. Ma tylko matkę, farmaceutkę, którą boi się panicznie zawieść. Gdy był dzieckiem stracił ojca w wyprawie górskiej. Co ciekawe Witold też odziedziczył po ojcu to zainteresowanie górami. Zawsze to jakaś odskocznia od tego szarego życia, w którym nieustannie trzeba iść na kompromisy. Zawsze to jakaś próba przeżycia misterium, oświecenia, gdy z nikąd nie ma odpowiedzi na życiowe pytania. Te góry i problemy z własną orientacją w terenie życia odbiją się jeszcze u Zanussiego wielokrotnie choćby w „Strukturze kryształu”, „Iluminacji” czy w „Życiu jako śmiertelnej chorobie przenoszonej drogą płciową”.
Witold właśnie znajduje się w takim miejscu, gdy nie wie, co właściwie ma ze sobą zrobić. Ma problem z ustawieniem swojego koła balansowego. Miota się między górami a marzeniami. Jako elektryk zatrudnia się w firmie obsługującej wystawy międzynarodowe. Sama robota to właściwie skręcanie, majsterkowanie, przenoszenie gratów z jednego miejsca na drugie, średnio płatna fucha. Witold pociesza się, że mimo tak nudnej roboty, to zawsze jakaś szansa na zwiedzanie innych krajów i konfrontowanie się z różnymi kulturami. Jak choćby ta wyprawa do Indii, gdzie niejeden znalazł oświecenie, choćby Steve Jobs.
Nieskazitelny w swoich ideałach i niechęci do kompromisów w szarej rzeczywistości Witold szybko przysparza sobie wrogów wśród kolegów z pracy, którzy zawsze korzystają na wyjazdach robiąc coś na lewo. Witold pośród tych drapieżców przypomina w swej fizjonomii niewinnego jelonka z wielkimi oczami, który wszystkiemu się dziwi. Jeszcze chwila zostanie ustrzelony.
Witold nie może zrozumieć tego procederu w pracy, ale kierownik szybko stawia go do pionu. Prędzej czy później każdy musi sobie pobrudzić rączki, by jakoś ustawić się w tym życiu. Robisz coś na lewo, bo masz rodzinę, bo musisz komuś pomóc, bo ktoś na ciebie liczy. Witold nie może znieść tych wymówek. Popada w skrajności. Wciąż myśli o górach, o ich nieskazitelnej bieli, zawisa w powietrzu na linie. Myśli o ojcu, który zginął w górach i swoim losie, zawisa tak, by po chwil znów spaść na twarde skały rzeczywistości. Matka czuje się coraz gorzej. Diagnoza: Guz. Szpital i pan doktor, który niekoniecznie jest tutaj po to, by ulżyć cierpieniom chorej, no chyba, że coś mu się sprezentuje w kopercie. Znów układy, które Witold z trudem przyjmuje do swojej świadomości. Gdy traci matkę, zyskuje przyjaciółkę w osobie pielęgniarki Grażyny. Jednak to rodzące się uczucie wciąż nie może ugasić bólu, jaki przeżywa Witold. Coraz bardziej wychudzony, z gęstą brodą przypomina hippisa, który próbuje się wdrożyć w tryby rzeczywistości, by w rutynie przerobić żałobę po dawnym życiu. Gdy przychodzi lawina i zmiata wszystko, co było dotąd ważne. Gdy znika nagle matka, która była niczym jasna gwiazda na ciemnym niebie, pora wyznaczyć nowe wartości w równaniu życia. Dlatego też Witold nieśmiało zapisuje się jako wolny słuchacz na studia matematyczne, gdzie pośród liczb próbuje odnaleźć równowagę. Może to jest ta recepta? By właśnie przez liczby i filozofię opanować swój los. Grecka metoda, ale dzięki niej raczej nie ustrzeli się szóstki w totka. Z grafiku liczb przechodzi niechętnie do grafiku w pracy. A tam jak zwykle. Coraz gorzej. Kierownik szantażuje Witolda, że jeśli nie podejmie się prac u pewnego dygnitarza, to straci zagraniczny wyjazd. Witold jednak wciąż jest nieugięty. Idealista musi ponieść nauczkę, czyż nie? Firma potrafi się odwdzięczyć za lojalność pracownika przez różne prezenty i podłożenie świni. W tej pracy Witold już jest spalony. Czy to z miłości do gór, czy po prostu z braku innych perspektyw, zatrudnia się w ekipie myjącej okna na sporych wysokościach. Tu w pewnym sensie można poczuć trochę jak tam w górach. Dookoła chmury, niebo, pod nami przepaść. No i te szyby, przez które można coś podejrzeć, a zarazem ujrzeć swoje odbicie. Czyli kogo? Witold wciąż nie wie. Uparcie wyciera zabrudzone szkło, by zyskać widoczność i rozeznanie w nowej sytuacji. Mycie tych okien to trochę jak metafora mycia swego sumienia. I w tej pracy czeka Witolda niemiła niespodzianka, jakby los znów chciał go zrzucić ze szczytu… moralnego.
To film wciąż aktualny, pytający o właściwą postawę moralną w życiu. Witold, poczciwy dobry Wituś — jakże to inny bohater niż ten w „Wodzireju”, a i tak ma przewalone, skoro ustawił zbyt duży kontrast w obiektywie. Podczas gdy taki Lutek Danielak z każdą sytuacją przeciąga moralną granicę, by dopiąć swego celu i również pod koniec stracić przyjaciół. Mówią: bądź ambitny, walcz, wspinaj się, mówią też: bądź przyzwoity uczciwy przede wszystkim wobec siebie, wtedy spokojnie zaśniesz na tle białego nieba. I mówią też, nie wspinaj się zbyt wysoko, żeby potem się nie potłuc.
W filmie Zanussiego od początku do końca czuć jakiś niepokój, podkreślany fortepianowym zagadkowym motywem w wydaniu Wojciecha Kilara, tą okropną niepewność, co będzie jutro, jak wypadną kości i czy warto na podstawie wyroków losu zgrywać niewzruszonego pana z czystym sumieniem? Po latach, w filmie „Rewizyta”, gdzie Zanussi odwiedza swoich filmowych bohaterów, zobaczymy, że u Witolda i Grażyny jest dobrze. Zwyczajnie. To Witold uratuje głównego bohatera „Rewizyty”, młodego chłopaka przed samobójstwem, a może w jakiś sposób uratuje też siebie.
Komentarze
Prześlij komentarz