WSZYSTKO BĘDZIE DOBRZE. ALBO INACZEJ
Będzie dobrze, na pewno — zaklinamy i klepiemy się po ramieniu. Ale to nic nie daje. Może to kolejna próba? Jesteśmy Hiobami. Tak, to próba. Wciąż bolą siniaki na czole. Mocno waliliśmy głową w ten mur, prosiliśmy, błagaliśmy i nic. Nasze życzenia, prośby i wreszcie żądania powtarzane z zaciśniętymi dłońmi nic nie dały. Było efektownie, ale nie efektywnie. Nie my tu ustalamy warunki. Kiedy to zrozumiemy, wreszcie dorośniemy. A jeśli wciąż jesteśmy dziećmi, będziemy tupali nogami. A może jednak w kwestii modlitwy i wiary trzeba zachować tą dziecięcą naiwność?
Podobno modlitwy dzieci są najpiękniejsze, najszczersze, najgłębsze, najśmieszniejsze, gdy się je czyta spisane jedna po drugiej. Dzieci nie boją się igrać z losem, jak to widzieliśmy w filmie „Sztuczki”. Dzieci nie boją się zawierać układów z Bogiem, nie boją się prosić o to czy tamto. Tak jak bohater tego filmu, kilkunastoletni Paweł nie boi się prosić Matki Boskiej o zdrowie dla swojej mamy. No w końcu Matka Boska zrozumie, jak bardzo ważna jest matka dla syna. Tym bardziej, że Paweł stąpa już po dosyć cienkim gruncie rodzinnym. Nie tak dawno stracił ojca alkoholika, który i tak ojcem był tylko z papieru, zawsze pijany i nieobecny, a jeśli już wkraczał w domowe ognisko, to tylko po to, by je zagasić. Tyran, który wreszcie odszedł, zgubiła go własna słabość. Wreszcie koniec kata — o jego śmierć modliła się umęczona matka Pawła. A teraz ona zmaga się z rakiem i próbuje jednocześnie resztkami sił sprawować obowiązki strażniczki domowego ogniska. Nie dziwne, że jest zrzędliwa i zestresowana. Wypala papierosa za papierosem.
A jest się o kogo martwić. Starszy brat Pawła, Piotrek jest lekko opóźniony w rozwoju, choć i tak wiele rozumie między słowami. Pomaga w domu jak może, zbiera złom i z bratem pomaga rybakom, dzięki czemu bracia codziennie przynoszą do domu ryby. Zaraz, zaraz… Piotr, Paweł, rybacy, od razu kojarzy się to z Ewangelią. Może bracia chcą złapać w swoje sieci radosnej nowiny innych mieszkańców tej małej wioski?
Paweł w przeciwieństwie do swego starszego brata próbuje brać na siebie zbyt wiele. Może po śmierci ojca dojrzał zbyt wcześnie, lecz w kwestii wiary wciąż jest dzieckiem. Uwierzył, że jeśli dobiegnie do Częstochowy i wyprosi zdrowie dla mamy, to ona rzeczywiście wyzdrowieje. Tak musi być. Paweł lubi biegać, jest nawet obiecującym sportowcem, przynajmniej to mu idzie w szkole, bo z matmy to już tak średnio na jeża. Za dużo w tym logiki i twardych praw. Lepiej biec i wierzyć, tak bez żadnych reguł. Spontanicznie. Paweł rusza przed siebie, mając przed oczyma tylko Częstochowę, podczas gdy szkolne obowiązki, jak poprawki z przedmiotów na koniec roku i zawody sportowe leżą odłogiem. Ktoś musi małemu przemówić do rozsądku. Tym kimś okazuje się pan Andrzej, wuefista, który trenował Pawła do zawodów. Problem w tym, że pan Andrzej za bardzo nadużywa alkoholu. Niespełniony sportowiec, być może wielka gwiazda, która pogubiła się w swoich nałogach, aż wylądował w jakieś podrzędnej szkole, gdzie próbuje jeszcze (gdy jest trzeźwy) spełnić trenerskie marzenie o jakimś pucharze. Pragnie wytrenować jakiegoś juniora, który stanie się gwiazdą, stanie się odbiciem jego sportowych ambicji z przed lat. Być może tym kimś jest właśnie Paweł. Warto marzyć… i znów strzelić lufę. Pan Andrzej rusza sprawdzić, co z Pawłem, który wpadł na szalony pomysł biegu do Częstochowy po zdrowie dla matki. Z kolei zatroskane kuratorium chce sprawdzić, co z panem Andrzejem, który jako nauczyciel na lekcjach winien być raczej trzeźwy, a nie zataczać się tu i tam, jakby próbował uprawiać biegi na orientację z elementami akrobatyki. Ten motyw pijanego i niespełnionego sportowca, wuefisty zobaczymy jeszcze w „Boisku bezdomnych”, gdzie tym razem Marcin Dorociński, jako niespełniony piłkarz, a obecnie wuefista będzie walczył ze swoimi demonami, rozbijając przy tym szyby w sali sportowej, aż zupełnie sięgnie dna jako bezdomny na dworcu. Ale właśnie wtedy, gdy upadnie, rozpocznie nowy rozdział w życiu. Jak zagubiony w terenie, rozrysuje sobie linie boiska, zaznaczy bramki, znów zrozumie, że rozgrywa mecz życia. Właśnie na tym dnie odnajdzie on dawno utracony cel i pasję do sportu razem z innymi wyrzutkami społecznymi.
Tymczasem u pana Andrzeja…
Są wakacje, gorąco, przyjemnie, w radyjku grają łagodne hity. Pan Andrzej delektuje się kolejnym piwem i czyta z kwaśną miną polecony list z kuratorium. Urzędasy przyczepiły się do niego. Jak się ich pozbyć? Przestać pić? To za proste. No chyba, że pokazać kuratorium, jaki z niego oddany nauczyciel. Gdyby tak pomóc Pawłowi w jego misji do Częstochowy? To by było coś. Dwie pieczenie na jednym ogniu: odkupienie swojej duszy oraz spokój z kuratorium.
I tak się zaczyna droga dwójki bohaterów, którzy z każdym przebytym kilometrem stają się sobie coraz bliżsi. Początkowo interesowna inicjatywa Andrzeja stopniowo przeradza się w nauczycielski obowiązek wspierania swego ucznia… nawet gdy są wakacje. Andrzej swoim starym, zdezelowanym autem jedzie z zaopatrzeniem, podczas gdy Paweł uparcie biegnie na swoich cienkich nóżkach, wierząc, że mama wyzdrowieje, że coś się stanie. A gdy robią przerwy, Andrzej od razu pije jak za trzech. Widok pijanego Andrzeja, któremu nawet zdarza się pić za kierownicą, od razu przypomina Pawłowi o jego ojcu. I żal mu się robi wuefisty, który może skończyć tak samo. Dzień bez alkoholu, a już pojawia się „zespół abstynencyjny”, drgawki, napady złości i majaczenia. Andrzej walczy jak może. Ale gdy jest okazja, kieliszeczek czystej jest w tej krucjacie jak święty Graal, z którego czary mógłby pić wiecznie. Gdyby udało się uzdrowić wuefistę, gdyby przestał pić. Może to jest kolejny cel wyprawy do Częstochowy? W międzyczasie Andrzej odświeża znajomość ze swoją byłą żoną, która jest reportażystką i nie pogardzi taką wzruszającą historyjką o Pawełku, który pobiegł do Częstochowy po zdrowie dla mamy. Anka jest zachwycona tą historią, podobnie jak telewidzowie, którzy są zainteresowani wsparciem finansowym dla małego bohatera i jego matki. A przy okazji w telewizji pojawia się także odmieniony, trzeźwy Andrzej, którego kuratorium już nie powinno ruszać, skoro tak wytrwale wspiera swego ucznia. No pięknie. Pięknie jest. Ale my dobrze wiemy, że ten film to nie jest bajka. I że nawet jeśli młody bohater uda się w niebezpieczną podróż, by zdobyć cenne lekarstwo, to jednak poniesie klęskę. Zdumiewająca jest wiara Pawła, który jak apostoł ze swoim bratem Piotrem, jak rybacy łapią w swoje sieci naiwnej wiary coraz więcej ludzi: zrzędliwą matkę, sąsiadów, dyrektora szkoły, policjantów. Wszyscy są bardzo poruszeni tym, co Paweł wyprawia. Biegnie jak Forrest Gump przed siebie i nie ogląda się na innych. Jedyne grzeszki, jakich się dopuszcza to drobne kradzieże batoników lub orzeszków, czego nie toleruje Andrzej, który mimo swego zgubnego nałogu, próbuje być nauczycielem strofującym swego ucznia. A może też próbuje być ojcem dla tego małego? Nie rozpieszcza go, ale w odpowiednim momencie go dopinguje – taka jest rola ojca.
Ale również Paweł jest w pewnym sensie nauczycielem dla Andrzeja, by przypomnieć mu o jego powołaniu, które wciąż w nim jest, ale tak bezmyślnie zatapiane jest przez alkohol. Może problem Andrzeja tkwi gdzieś głębiej. Wielokrotnie, gdy Paweł wspomina o matce, dla której chce wybłagać zdrowie, Andrzej jakoś krzywi się myśląc o swojej matce, woli już przysięgać na Boga niż na nią. Co się stało? Czyżby ta relacja była zbyt toksyczna lub coś innego, co twórcy ukryli między wierszami? Może Andrzej w tej psychoanalizie konfrontuje ze swoim młodszym „ja” i bolesną przeszłością?
Taka jest prawdziwa pielgrzymka, by nie iść tylko przed siebie, jak najdalej, jakby się chciało uciec, ale żeby zejść głęboko w siebie, a nie tylko wypić po kilka głębszych. Mimo wszystko ta smutna historia daje jakąś nadzieję. Może była żona Andrzeja wybaczy mu, może wróci do niego, może będzie przyjaciółką na dobre i złe? Może Andrzej wreszcie wytrzeźwieje. Może Andrzej i Anka zaopiekują się tym niezwykłym rodzeństwem Piotrem i Pawłem, którzy obudzili w nich nową Ewangelię? Może to są te cuda, by umarli za życia przejrzeli na oczy i zobaczyli w zwyczajnym życiu coś niezwykłego? Może. A co z tymi, którzy muszą odejść? Taka jest kolej rzeczy, tak musi być, takie są prawa i Bóg nie może ich podważać? Czy tak? Jakże prosto to brzmi w tekście. Ale w życiu? Odejmij jedną osobą i zastąp ją inną, jakbyś układał puzzle. Wszystko będzie dobrze, nieprawdaż?
„Wszystko będzie dobrze” został wyprodukowany przez Juliusza Machulskiego, a wyreżyserowany przez Tomasza Wiszniewskiego, który ma także na swoim koncie reżyserię spektaklu telewizji „W roli Boga”, gdzie lekarze próbują podjąć sprawiedliwą decyzję o przeszczepie serca dla jednej z wielu oczekujących osób. W filmie „Wszystko będzie dobrze” niebiański zarząd na czele z Matką Boską i Chrystusem nie do końca spełniają prośby Pawła, który już tak wiele przeszedł w swoim życiu, a jednak uparcie wierzy, będąc także ministrantem, pokornie służącym do mszy. Chciałoby się powiedzieć: no dajcie już spokój, wy Władcy losu, odpuście dzieciakowi, dajcie mu wreszcie poczuć zwycięstwo. Jak widać perspektywa boska i ludzka to pryzmaty i lupy odbijające między sobą oczekiwania.
Wiszniewski w tym prostym filmie, bez żadnych upiększeń, bez tych plastikowych, nadętych scenografii, z niezwykłą naturalnością wszystkich aktorów, opowiada nam ewangelię w nowym stylu. Nie ma tu jakiś przesadnych, patetycznych sformułowań i teologicznych traktatów. To po prostu opowieść o dojrzewaniu do własnej zwyczajności, w której można i warto zobaczyć przebłyski, cuda.
I może dlatego ten film tak głęboko zapada w pamięć, bardziej niż niejedna wysokobudżetowa produkcja o bohaterach Marvela. Chcecie zobaczyć prawdziwych bohaterów. Zobaczcie ten film.
Te piękne wiejskie widoczki, odrapane miasteczka, wioski, sady. To pejzaże wiary, jaka kumuluje się w każdym pielgrzymie, pokonującym kolejne kilometry, tak jak to zobaczymy w filmie „The Way”, gdzie główny bohater zmierza do legendarnego Camino de Santiago.
Są odciski, krew, pot, łzy, złość, żal, zwątpienie, że po co w ogóle to się robi, po co się cierpi za tą drogę. Ale czarna noc mija, wstaje dzień, poranek w sadzie, niczym w Edenie, smak soczystego jabłka i znów w drogę. Swoją drogą, gdy patrzę na ten film, zdumiewa, jak mało nasi bohaterowie jedzą. Fakt, że mają dość ograniczony budżet, jest gorąco i w ogóle przy bieganiu nie warto zapychać sobie żołądka. Paweł właściwie je tylko jakieś warzywa i snickersy, z kolei Andrzej wypija kolejne Tyskie, żadnych porządnych obiadów… prawdziwi pielgrzymi żyjący tylko celem, nie dbający o jakiekolwiek materialne potrzeby. Andrzej w końcu traci samochód, komórkę i zegarek na bransolecie, a w zamian zyskuje zdezolowany rower, na którym próbuje dotrzymać tempa Pawełkowi.
Miło też wrócić do tego filmu, który ma już 15 lat i przypomnieć sobie jak Robert Więckiewicz wchodził na salony z przytupem, wyrazisty mistrz drugiego planu, który coraz bardziej zaczął zwracać uwagę twórców, by dziś być obsadzanym w głównych rolach. Ale i tu Więckiewicz gra charakterystycznego dla siebie, szorstkiego faceta z problemem alkoholowym, który nie owija w bawełnę i wali dosadnymi zdaniami prosto z mostu. Równie dobrze radzi sobie debiutant, wówczas siedemnastoletni Adam Werstak w roli Pawła, który ujmuje swoją naturalnością.
Miło wracać do tego filmu, gdy czujesz, że stoisz pod ścianą, gdy przez te wszystkie lata biłeś w mur, a teraz masz tylko zakrwawione ręce i wilgotne oczy. Co? Nie wyszło znowu. Odetchnij i znów zacznij biec. A jeśli słońce znów uderzy i oślepi cię, jeśli zobaczysz znów zbyt dużo, jakby rozsądek podcinał ci skrzydła, „zmruż oczy”, popatrz między wierszami, bądź gotów na kolejne sztuczki losu.
Za muzykę do tego filmu był odpowiedzialny Michał Lorenc, który grał kołysankę „Psom” jak i akompaniował „Ojcu Mateuszowi” przy ambonie. Lorenc do tego skromnego filmu wybrał równie skromne instrumentarium jak gitara akustyczna, drumla i fujarka a’la Joszko Broda. I jak zwykle ta muzyka nie zawodzi, tylko jeszcze bardziej pogłębia „przygodowy, wiejski” nastrój filmu. Kilkanaście lat wcześniej Lorenc skomponował muzykę do filmu „300 mil do nieba”, nie żałując tam też akustycznej gitary, atrybutu pielgrzymów i włóczykijów. Film ten opowiadał o ucieczce dwóch nieletnich braci za granicę. We „Wszystko będzie dobrze” trochę odbija się echem ten motyw ucieczki (pielgrzymki) dwóch braci, którzy chcą cudu, nieba dla swojej chorej matki. Radosne podrygiwanie strun ustępuje w końcu miejsca bardziej refleksyjnej, spokojnej melodii, kojącej smutek po porażce.
Komentarze
Prześlij komentarz