MOJE PIECZONE KURCZAKI. DWIE PIECZENIE NA JEDNYM OGNIU
No i przygasł trochę ten ogień małżeński, ten żar uczuć, nad którym można było codziennie przyrządzać pyszne potrawy, stanowiące część romantycznych kolacji. Prawdę powiedziawszy, dogorywa. Jeszcze chcę na siłę tu używać naiwnych poetyzmów, ale wiem, że nie wygram z twardą prozą życia. Czar prysnął. Ogień dogasa. Unosi się dym, w którym bohaterowie jeszcze mają prawo sądzić, że ich małżeństwo jest w miarę udane. Ale to widma i opary, między którymi młodzi małżonkowie coraz bardziej błądzą i się potykają. Czyżby teraz dopiero zrozumieli swoją pomyłkę? Przecież mają kilkuletniego syna. Tylko on ich łączy i wskazuje cel na mapie jak północ.
Magda i Wojtek to trzydziestoparoletni ludzie, którzy właśnie wrócili z zagranicy. Widać już mieli dosyć, albo znów się nie odnaleźli, jak to bywa z marzycielami, a może po prostu zatęsknili za matką ojczyzną? Hmmmm. Wszak Polska po roku 2000 stała się już bardziej atrakcyjna niż w latach 90. Niejednym już przeszkadza nadmiar konsumpcji, jak widzieliśmy w „Egoistach” Trelińskiego. Ale Magda i Adam nie cierpią na nadmiar materialny. Wracają trochę jako przegrani, z małymi oszczędnościami i smutnymi doświadczeniami, ale nade wszystko z nadzieją. Może tu warto rozkwitnąć, dać sobie szansę. Tylko gdzie? Dla Magdy powrót do ojczyzny równa się jako powrót do matki biologicznej, z którą nie zawsze miała dobre relacje. Wszystko dlatego, że te dwie kobiety różnią się aż za bardzo od siebie. Matka skrupulatna, uporządkowana, niby uprzejma, sympatyczna, a jednak przytłaczająca swoją osobą, z kolei Magda nieco rozkojarzona, nie mająca żadnego konkretnego planu na życie. Łatwo dochodzi między nimi do tarć. To zaostrzyło się po śmierci ojca Magdy, która wtedy mocno poczuła, że trzeba w końcu dorosnąć i wesprzeć matkę. Magda temu nie sprostała. Wciąż czuła się samotna. Paradoksalnie dzięki obecności matki wciąż może czuć się jak dziecko zależne od kogoś, co w niektórych sytuacjach jest dość wygodne. Fajnie tak od czasu do czasu pokłócić się z matką, poczuć, że ktoś ma cię na oku, czyż nie?
Dziwne, że te spięcia nie zachodzą też między teściową a zięciem, jak chciałby stereotyp. Adam ma jednak na widoku inne plany niż kłócić się z teściową. Być może teściowa ufa, że to Adam ostatecznie wychowa Magdę na odpowiedzialną osobę. Gdzieś na horyzoncie jak fata Morgana faluje to marzenie o własnej wyspie, o własnym mieszkaniu. Och wy marzyciele. No jak jest? Byle jak. Krzywi się Magda, która już nie ma siły udawać strażniczki swego rodzinnego szczęścia, podczas gdy Adam ze swoim niepełnym, wyższym wykształceniem (bez dyplomu) uparcie poluje na jakąkolwiek pracę, a jednocześnie ogląda nowe mieszkanie. Tu niedomknięta sprawa, tu rozpoczęty nowy wątek i tak non-stop. Pokolenie ludzi, którzy chcą zbyt wiele i niczego nie potrafią skończyć.
Wciąż tych dwoje ma w przetartych kieszeniach swoje młodzieńcze marzenia, wciąż jeszcze marzą, by przeciwstawić się napierającej rutynie, a z drugiej strony mają poczucie, że powinni już ustabilizować swoje życie: jest już paroletni syn, powinno być własne mieszkanie no i stała praca. A tu wciąż wszystko na wariackich papierach. Tyle planów i żaden z nich się nie ziścił. Nawet nie potrafią zdefiniować się zawodowo, bo przerwali studia. Nie doprowadzili kolejnej z tylu spraw do końca. Jedyne co doprowadzili do formalnego stanu to małżeństwo. Echhh. Tu akurat definicja przeważa nad sensem. Gdy patrzę na ten film, przypominają mi się „Zajęcia dydaktyczne” Bugajskiego, czy nawet zmagania Leszka i Ani w „Daleko od szosy”, czy wreszcie późniejszy, głośny „Plac Zbawiciela”. „Moje pieczone kurczaki” to film chronologicznie pośrodku, ale pośrodku także jeśli chodzi o klimat. Nie ma tu jakiś gwałtownych moralnych konfliktów i tragedii. Jednak małżeństwo zostaje wystawione na próbę. Ambicje, konformizm, miłość.
Adam jako indywidualista o niepokornym spojrzeniu na świat, trochę jak hippis, nie może przejść zimnej rekrutacji w urzędzie pracy. W końcu, jak to on, decyduje się na wariacki pomysł kupienia budki z kurczakami na kółkach. Magda kompletnie nie rozumie tego posunięcia. Ale sama nie jest lepsza. Nie czuje się spełniona jako matka, żona i córka. Właśnie wtedy, gdy znajduje się na życiowym zakręcie, decyduje się zostać adeptką szkoły filmowej.
Może będzie wielką panią reżyser? Póki co, to kurczaki zwyciężają w praktycznym podejściu do życia. Lepsze to niż nic. Ludzie chcą jeść a nie oglądać wydumane etiudy filmowe. Adam z pomocą Magdy rozpoczyna swój objazd z kurczakami po mieście, bo sam nie ma prawa jazdy. Magda z kolei rusza na poszukiwanie historii, która mogłaby posłużyć jako materiał filmowy. Pożyczona kamera od matki znów staje się powodem do kłótni. Ale to pestka w porównaniu z tym, jaki znaleźć temat? To wręcz filozoficzne pytanie, o to, czy nosimy w sobie jakąś historię godną opowiedzenia? I kim właściwie jesteśmy, by ją opowiadać? Czy kiedykolwiek Magda opowiedziała jakąś historię od początku do końca, czy może raczej zawsze żyła migawkami i ujęciami? Dziś niemal każdy coś filmuje lub cyka fotki tu i tam, rozsyłając je po wszystkich możliwych serwisach społecznościowych. Ale tylko nieliczni potrafią z tych puzzli ułożyć niezwykłą historię, którą zalakują oddani fani.
Magda tak klucząc w miejscu z kamerą, nawet nie zdaje sobie sprawy, że to właśnie jej mąż w budce z kurczakami, ubabrany tłuszczem, stanie się głównym tematem filmu. A może nagle zobaczy ona na ekranie kogoś innego, kogo wcześniej nie doceniała, kogo próbowała zmienić, kupując mu inne koszule. Jej mąż będzie ruchomym obrazem, widmem, symulakrem, który nieświadomie pomaga jej w zrealizowaniu filmu. No i proszę mamy dwie pieczenie na jednym ogniu.
Ale czy Magda w jakiś sposób nie wykorzystała Adama dla swoich ambicji? A może jednak pokazała w filmie zupełnie obcego sobie człowieka? Może jednak nie tędy droga w jej filmowej ścieżce? Może trzeba spojrzeć na wszystko z innej perspektywy? Film się urywa, znów rozsypane ujęcia. Kto? Co? Po co? Dlaczego?
Rozsypane puzzle przedstawiające kosmos, które za chwilą będzie układał jej syn, stanowią doskonałą metaforę tego, że krok po kroku możemy sami zbudować swój kosmos pełen różnych planet, tak jak to widzieliśmy w „Małym Księciu”. Magda postanawia znów wziąć kamerę i sfilmować swoją rodzinę, jakby teraz odkryła nową galaktykę. Ale to nie koniec jej odkryć. Jej bohater zaskoczy ją jeszcze jednym. Jak to on, znów na wariata kupi dla nich ziemię obiecaną, gdzie może kiedyś stanie ich dom. Może tu bohaterowie rozpalą ognisko i upieką sobie kurczaki? Może tu poczują żar dawnej miłości?
Ten krótki, bo zaledwie godzinny film, to debiut Iwony Siekierzysńkiej, która także nie odmówiła sobie zagrania małej roli, klientki proszącej o kurczaki. Na pierwszym planie rzecz jasna rzuca nam się w oczy Agata Kulesza w roli Magdy, jeszcze przed czasami „Pensjonatu pod różą”, już powoli wchodząca na małe ekrany, by wreszcie utorować sobie drogę do kina i wszelkich możliwych, filmowych nagród. Adam Nawojczyk w roli spontanicznego Wojtka i nagrodzona Maria Maj jako matka Magdy, sympatyczna i trochę czepialska.
Krótka opowieść o zagubionych ludziach, którzy powinni już dorosnąć i być na swoim, jak przykazały stereotypy, a jednak nie odmówili sobie rozkoszy zaczynania wszystkiego od zera. Dobre kino na wewnętrzne rozterki, gdy nagle nie wiesz co masz ze sobą zrobić.
Może pieczone kurczaki to nie taki głupi pomysł.
Ewentualnie KFC
Komentarze
Prześlij komentarz