SIEDLISKO


 

Serial napisany przez Lecha Majewskiego, jego żonę Zofią Nasierowską oraz Wandę Majerównę, żonę Leonarda Pietraszaka. To w gruncie rzeczy taka prywatna historia samych Majewskich, którzy z Warszawy przeprowadzili się właśnie na Mazury i tu zbudowali swój nowy dom, a przy okazji stali się rolnikami. „Siedlisko” to taki protoplasta późniejszych produkcji w stylu „Dom nad rozlewiskiem”, „Leśniczówka” czy nawet komediowe „Ranczo”. Podążający trochę wolnym rytmem „Przystanku Alaska”, opowiadającym o miejscu położonym gdzieś z dala od głośnego, szybkiego świata, miejscu po prostu innym, onirycznym, trochę jak z baśni, toczącym się w rytmie natury, do którego przede wszystkim należymy. Trochę jak z „Chłopów” od wiosny przez lato, jesień i zimę… białą kartą, na której znów powstanie nowy rozdział pewnej rodziny.

Serial o miejscu, które początkowo uznasz jak doktora Fleishman za dziurę, gdzie nie ma co robić. Ilu się już pomyliło i zostało w takich krainach? Tym razem będą to Marianna i Krzysztof Kalinowscy. Małżeństwo z długoletnim stażem. On, profesor medycyny, bardziej teoretyk, badacz niż lekarz praktykujący, nie stroniący od złośliwości i ironii. Ona, ciepła, pogodna, otwarta, nadwrażliwa, no i w końcu artystka, malarka, ale jak trzeba to i sama furmankę poprowadzi, gdy zawiedzie pijany woźnica i jeszcze zrobi zastrzyk, gdy osa użądli zięcia. Ona potrafi walczyć o swoje siedlisko, potrafi walczyć o rodzinę. Lwica i anielica! Ona potrafi tworzyć nastroje, bawić się odcieniami uczuć i pasteli. Potrafi rozmawiać z robotnikami jak i biznesmenami. I chyba tą otwartość widać także u samej Dymnej, która z powodzeniem dogaduje z niepełnosprawnymi, tworząc swoją fundację.

Marianna namawia męża, by przyjechali w to niezwykłe miejsce i załatwili sprawy notarialne związane ze spadkiem po ciotce, która przepisała całe gospodarstwo Mariannie. Wizyta, mająca na celu uporządkowanie spraw spadkowych, staje się sentymentalną podróżą, która w końcu doprowadzi bohaterów do ich nowego domu.


Anna Dymna i Leonard Pietraszak doskonale ze sobą współgrają jako małżeństwo z trzydziestoletnim stażem. Rzadko się kłócą, a więcej żartują i martwią. Marianna nieco histeryzuje, Krzysztof za to racjonalizuje. Tu chyba jak w żadnym innym serialu pięknie pokazana jest jesień życia na tle mazurskich krajobrazów. Jeśli się zestarzeć, to właśnie w taki sposób, z poczuciem humoru, dystansem i w tych pięknych pejzażach. Jak zwykle Krzysiu trochę narzeka, że przyjechali w tą dzicz, a Marianna wciąż wspomina każdy zakątek, starając się zobaczyć gdzieś tam małą, chudą Mariankę.

Od jednej wizyty do drugiej Kalinowscy w końcu zaprzyjaźniają się z tym miejscem i sąsiadami-kosmitami, którzy na tym odludziu żyją już od tylu lat. Na przykład pani Helenka (Stanisława Celińska) mówiąca gwarą, jakby piała, czy jej jowialny syn Józek, w którego wciela Leszek Zduń, znany szerszej publiczność jako Kuba, mąż Majki z „Rodziny Zastępczej”. Dalej w tym barwnym towarzystwie wyróżnia się Marian Opania, jako ciągle pijany sołtys, który za wszelką cenę chce wygrać w loterii, czy Jacek Wójcicki w roli tenora-kominiarza, którego arie roznoszą się po tym pustkowiu, niejednokrotnie puentując daną scenę czy odcinek.


Siedlisko powoli nabiera rumieńców. Dom, który miał być sprzedany, nagle zaczyna być inwestycją Kalinowskich w ich nowe życie. „Do domu wrócimy. W piecu napalimy. Nakarmimy psa. Przed nocą zdążymy”, by podziwiać ją z werandy starego domu, który już zyskuje nowy blask. Ale nie doceni się tego, póki nie włoży się sporo pracy i nerwów. Kurze wymiecione, okna wymienione, tynki poprawione, cegły ułożone, nowe podłogi, praca wre. Choć czasem zwalnia, gdy szanowna ekipa ma inne obowiązki jak picie czy plotkowanie. Trzeba zrozumieć tych ludzi, którzy śpieszą się powoli. „ To jest inny kraj, inny naród. Karaiby albo Ameryka Południowa. Tu wszystko jest „maniana”, na jutro, a najlepiej, na pojutrze. Nikomu się nigdzie nie śpieszy. Nikomu na niczym nie zależy. Nic się nie opłaca” — Powiada Majster i dopija setkę na oczach zdumionej Marianny, która szefuje ekipie remontowej, starając się zdążyć z remontem Siedliska przed przyjazdem gości.


Bo trzeba popić, odpocząć, zjeść no i chwilę machnąć pędzlem. Ale pan Majster Bugała zapewnia Mariannę, że zdążą na czas, by wyremontowany dom ugościł całą rodzinę. Zupełnie jakbyśmy słyszeli fachowców z filmu „Skarbonka”: „góra dwa tygodnie nam to zajmie”, a już biegnie trzeci miesiąc. Tu niewiele się dzieje, wszystko na zwolnionych obrotach. Serial relaksuje, uspokaja, wycisza, ale rzecz jasna musi się rządzić prawidłami narracji telewizyjnej. Muszą być jakieś punkty zwrotne, jakieś sensacje, choćby drobne: a to nagle w nocy żona Kowala zacznie rodzić i Marianna z Krzysztofem będą odbierali poród. A innym razem Roberta, zięcia użądli osa, a to Krzysztofa zaskoczy burza na środku jeziora, a to tajemniczy Gustaw nagle trafi do szpitala. Będą chwile grozy, by potem jeszcze bardziej docenić spokój tego miejsca. Ale póki co cieszmy się, że oto jak do dworku Sopliców, zajeżdżają goście, by tu na chwile zrzucić swoje ciężkie kotwice po miejskiej odysei.


Bo przecież Marianna i Krzysztof mają dzieci: Jacka i Katarzynę – czyli Pawła Deląga i Agnieszkę Wagner, którzy razem pojawią na ekranie jeszcze w „Tygrysach Europy”, „Ciemnej stronie Wenus” i oczywiście „Quo Vadis”. Jacek i Katarzyna przyjadą do nowego mazurskiego domu ze swoimi połówkami, Izą (Renata Dancewicz) i stoickim Robertem (Piotrem Machalicą).

Gdy patrzy się na te dwie pary, trudno uwierzyć, że to właśnie Jacek i Iza, małżeństwo z krótkim stażem mają syna, Jasia i całkiem nieźle sobie radzą jako rodzina. Jacek to asystent filmowy, może trochę jak wyrośnięty dzieciak, no w końcu artysta, ale ma żonę Izę, psycholożkę, która zawsze w porę ustawi go jak należy. Jacek poszedł właściwie śladami swojej matki, jeśli chodzi o artystyczne zainteresowania, ale płótno zamienił na obraz filmowy. Podobnie zresztą zrobiła Katarzyna, która zajęła się fotografowaniem. Wszyscy oni chcą uchwycić te piękne widoki, choć dobrze wiedzą, że złapią tylko kiczowate ujęcia. Pozostaje tylko cieszyć się atmosferą tego miejsca. Biegać po łące z psem i coraz bardziej otwierać się na zwierzenia. Kiedy widzimy scenę, gdy wszyscy sobie spacerują po obiedzie z profesorem Wanatem (Krzysztof Kowalewski) i gadają o wszystkim, człowiek znów zaczyna wierzyć, że jednak można znaleźć te cudowne, beztroskie krainy na przekór mitowi o utraconej arkadii dzieciństwa.

Małżeństwo Roberta i młodszej od niego Kasi poznajemy w chwili, gdy ich związek przechodzi kryzys, ponieważ Kasia, wciąż nie wie czego chce od życia, nie wie, czy chce mieć dzieci, z kolei Robert to biznesmen, który całe dnie spędza w biurowcu, mając za oknami ściany z betonu i piękne asystentki. Ale zarówno dla biznesmena, fotografki, malarki, psycholożki, profesora medycyny czy asystenta filmowego, atmosfera Mazur działa niezwykle kojąco. Oto miastowi zmęczyli się miastem, ale przecież nie mogą z nim całkiem zerwać. Miasto mimo wszystko daje pracę i pieniądze, by później gospodarować w tym mazurskim raju, gdzie można sobie snuć swoją rodzinną sagę.


W tym miejscu doskonale roznosi się echo śmiechu i rozmowy. Tak, tu rozmawia się jak nigdzie indziej. Głębiej. Słychać każdy szept i oddech. Przypomnijmy sobie chociażby tą rozmowę Marianny z córką Kasią o poszukiwaniu sensu. Gdzieś w tych dialogach drży ta liryczna nuta.

Pomyślałbyś zapewne wędrowcze, że każdy tu tak ze sobą głęboko rozmawia w tej krainie. Ale przecież miejscowi tu trajkoczą i plotkują, kłócą się, piją, zabobonami żyją, ćwierkają o wszystkim i niczym, nie rozumiejąc tego melancholijnego zachwytu Marianny nad atmosferą tego miejsca. Wszak tu nic się nie dzieje, bezrobocie, bida i nuda. Ale może trzeba słuchać natchnionych gości z miasta, by docenić, w jakim raju przyszło tu żyć. Kolejni goście przybywają, jak choćby Zarzyccy, czyli Olgierd Łukaszewicz z żoną Grażyną Marzec, by również cieszyć się tym miejscem i refleksyjnymi rozmowami z przyjaciółmi na świeżym powietrzu.

Choć Marianna jako wzorcowa gospodyni, każdego chętnie zaprosi do stołu na wielki obiad, starych przyjaciół jak i tragarzy z firmy transportowej, jednocześnie stara się chronić swoje rodzinne ognisko przed intruzami. Gdy właśnie Jacek przybywa do rodzinnego domu nie z Izą, a z pewną tajemniczą damą, koleżanką z pracy, wybitną aktorką (graną przez Grażynę Szapołowską), Marianna wyczuwa, że tych dwoje chyba rozpoczęło romans. I musi coś zrobić, aby to przerwać. Podoba mi się ta scena, gdy wszyscy grają w pokera, a Marianna między kartami daje aluzje nowej damie, że nie warto się pchać w ten związek i rozbijać rodzinę jej syna. Królowa Kier nie pozwala Damie Pik. I wreszcie as kobiety doświadczonej zwycięża. Sama aktorka jest pod wrażeniem mądrości matki Jacka, która ponad wszystko chce chronić swoją rodzinę. Nie ma sensu z nią konkurować. Kochanka odpuszcza. Jacek również zaczyna rozumieć, że ta przygoda nie ma sensu.

Tak też bywa ze studentką Basią (Magdalena Cielecka), która podkochuje się w Krzysztofie, a jednocześnie wikła się w romans z biznesmanem Jaszczukiem, z którym przyjechała do Siedliska. Jaszczuk zresztą powoli ma dosyć młodszej partnerki, gdy poznaje Mariannę, piękną kobietę z duszą. Słodka pokusa zdrady wisi w powietrzu, tym bardziej, że Krzysztof chce zaimponować swojej studentce, więc i co Marianna ma do stracenia. Jednak dla niej zawsze najważniejsza jest rodzina, a przedsiębiorczy Jaszczuk ze swoim kapitałem może się przydać, żeby kupić parę obrazów od Marianny. W ten sposób zostanie spłacona kolejna rata za remont tego niezwykłego domu. A romantyczka Basia w końcu zrozumie, że nie może konkurować z taką kobieta jak Marianna, która zna Krzysztofa na wylot. I znów wszystko wróci do normy.

Wiejskie plenery, stół pełen smakołyków, choćby ruskich pierogów, przygotowanych przez roześmianą panią Helenkę i to ciągłe gaworzenie, jak przy wizycie profesora Wanata, który jedząc na potęgę, nie żałuje sobie siorbania i mlaskania. Bo tak trzeba wyrazić swój zachwyt, gdy smakuje to nowe życie. O już ksiądz proboszcz puka do drzwi i również napije się herbaty lub czegoś mocniejszego. Jakiś interes, czy odwiedziny duszpasterskie? Poświęcenie kapliczki. Urocze, idylliczne obrazki, przepełnione gierkami słownymi, które niekiedy mogą męczyć (taki humor na siłę) i wreszcie głębszymi, poetyckim, dialogami.

Tak bo są tu i tacy, którzy bynajmniej nie krzyczą, nie kłócą się, nie plotkują i niespecjalnie żartują. Nie rzucają bezmyślnie słów na wiatr. Gdy przemawiają, to tak, jakby zwolnił czas, mówią dostojnie, przejętym głosem, trochę wzruszeni, jakby recytowali Mickiewicza. Spokojni, zamknięci w sobie niczym duchy, widma z romantycznych klimatów, przechadzające się po lasach, zbierają drzewo na opał. Zapalają fajkę, snując dziwne opowieści. Taki jest właśnie Gustaw (Michał Pawlicki), trochę jak z Mickiewiczowskich „Dziadów”. To dawna miłość ciotki Róży, po której Marianna odziedziczyła gospodarstwo. Gustaw chodzi tu i tam po lasach i cmentarzach, nosząc w sobie brzemię zmarnowanego życia. Gustaw to z pochodzenia Niemiec (nazwisko Wolf), który został niestety w kraju, gdy wojna go zaskoczyła. Przerwana miłość do Róży, więzienie, utracony majątek. A potem już tylko wspomnienie człowieka. Cień snujący się tu i tam. Widzimy go już w pierwszym odcinku, enigmatyczny, zgarbiony mężczyzna w czarnym kapeluszu, wskazujący drogę Mariannie i Krzysztofowi, którzy szukają gospodarstwa swojej zmarłej krewnej. Gustaw jest jak przewodnik, świadek dawnych czasów, mędrzec, spokojnie tłumaczący Mariannie i zniecierpliwionemu Krzysztofowi, jak dotrzeć do starego gospodarstwa, które potem okaże się tym nowym domem Kalinowskich. Nieoczekiwanie losy Gustawa splotą się z losami Marianny. Ten niepozorny włóczęga o surowym wyrazie twarzy, z duszą artysty strugającym frasobliwych Chrystusów i sporym majątkiem (jak się okaże po jego śmierci) pomoże Mariannie zrealizować wielkie Marzenie o pozostaniu w tym miejscu. Bo tylko Marianna uparcie wierzyła, że tu warto zostać i rozkwitnąć ze swoją rodziną.

Historię prowadzoną przez Majewskiego, Witold Adamek przeplata pięknymi zdjęciami mazurskich krain. Płynie kamerą między lasami, potem ukazując widok skopanej ziemi i wreszcie zbliżenie na dom. Ale oprócz mazurskich widoczków widać tu dbałość o detale, jak widok pajęczyn, starych przedmiotów, malarskich wizji, zdjęć rodzinnych, widocznych w półmroku, gdy Marianna wchodzi do domu ciotki po długiej nieobecności, jakby wchodziła do jakiegoś muzeum, gdzie każdy przedmiot opowiada inną historię. Wraz z nostalgiczną muzyką graną tu (chyba) na klawesynie, czujemy urok tego starego miejsca, w którym można się zakochać i zostać na zawsze. Co potem zostanie uczczone wielką, rodzinną Wigilią.

Piękne zdjęcia, świetna gra aktorska, nieco powolna akcja (by odsapnąć od sensacyjnego kina), ale przyjemne dialogi. Czego jeszcze brakuje? Muzyki! Jerzy Duduś Matuszkiewicz nie zawodzi. W motywie otwierającym z charakterystyczną fujarką, fletnią i swojskimi skrzypcami pociąga za struny melancholii. Ten utwór otwierający czołówkę to właściwie nowsza aranżacja motywu przewodniego z serialu „Stawiam na Tolka Banana”, a jakże idealnie pasuje do tych swojskich plenerów. Do tego jeszcze ten soundtrack (grany prawdopodobnie na syntezatorach o barwie brass) w scenach z cmentarzem. Czuć w tej muzyce jakąś tajemnicę i żal za minionym czasem. 


Aż strach zapytać, czy ta sielanka będzie trwała w najlepsze? Janusz Majewski uzupełnia serialową historię (tylko osiem odcinków) o książki „Siedlisko” i „Zima w Siedlisku”, w których niestety dowiadujemy się o nagłej śmierci Krzysztofa – to zupełny zwrot w całej historii rodziny. Teraz to jest bardziej realne, gdy nie ma z nami już Leonarda Pietraszaka. Trzeba przyznać Autorowi, że uderzył w najgłośniejszy dzwon. Aż dudni w głowie. Sielanka pryska jak bańka, a dotąd bardzo towarzyska otwarta Marianna zamyka się w sobie i próbuje jakoś pogodzić się z tą stratą. Próbuje dogonić pociąg, w którym siedzi Krzysztof, odjeżdżający do „Sanatorium pod klepsydrą”. Opinie czytelników o tych książkach są dość podzielone. Nie ma takiego zachwytu jak nad serialem. Wszystko wydaje się takie sztuczne, chyba bardziej zrobione na siłę. No i w końcu słowo pisane przegrywa z obrazem, plenerami grą aktorską wybitnych aktorów, którzy spotkali w tej niezwykłej produkcji. Ale dobre i to – takie alternatywne dopełnienie historii „Siedliska”. Bo chyba już raczej nie możemy liczyć na kontynuację „Siedliska” w wersji telewizyjnej. Zresztą może to i dobrze. Takie powroty po latach nie zawsze zachwycają, a wręcz rozczarowują. Niech ten świat w „Siedlisku” trwa gdzieś tam, zaklęty w tym serialu, który zawsze możemy sobie obejrzeć i zwolnić trochę tempo miejskich dni.

 

 

 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH