FORREST GUMP. POCHWAŁA GŁUPOTY


W '69 miałem dwadzieścia jeden lat i ruszyłem w swoją drogę

Nie wiem kiedy szlak poprowadził mnie w tę stronę...

Biegnę dalej, biegnę bez niczego

Biegnę, biegnąc na ślepo

Biegnę, biegnąc w stronę słońca

Lecz nie mogę nadążyć...

Każdy kogo znam, gdziekolwiek się znajdę

Wszyscy potrzebują w coś wierzyć

Wszyscy chyba tak mają, oprócz samego mnie

 

Jackson Browne „Running on empty”

Tekst pochodzi ze strony:

https://www.tekstowo.pl/piosenka,jackson_browne,running_on_empty.html

 

Wyobraźcie sobie, że siedzicie nabuzowani na ławce i czekacie właśnie na autobus. Spóźnia się, a wy czujecie presję czasu. Nagle dosiada się do was jakiś facet, który zaczyna opowiadać swoją historię życia. Tego jeszcze brakowało. Grzecznie przytakujecie i myślicie, że to się skończy, ale on dalej nawija. Mimochodem słuchacie tej historii, bo jest ona coraz bardziej intrygująca. Ten facet spotkał tylu niezwykłych ludzi na swojej drodze. Eee. Pewnie zmyśla.

Wreszcie przyjeżdża wasz autobus. Nareszcie. Uwolniliście się od towarzystwa tego rozgadanego dziwaka. Coraz więcej świrów na ulicy. Ale po jakimś czasie, gdy przypominacie sobie to spotkanie i jego opowieść, coś w was drży. Czyżby to było jedno z tych spotkań, które zapamiętuje się na całe życie. Czyżby to był jakiś drogowskaz?

Pamiętacie ten niezwykły głos, który uruchomił w was jakiś potencjał? Taki głos, który gdzieś rozbrzmiał w waszym wnętrzu i tak silnie rezonował, że poczuliście w sobie siły, jakich dotąd nie mieliście. Biegnij Forrest, biegnij! Niech biegną myśli i nasze marzenia jak rydwany ognia. I zaczęliśmy biec, jak nigdy przedtem, rozpadły się ograniczenia i lęki. Wiatr muskał nasze lica i czuliśmy się tacy niezwyciężeni. Biegliśmy nie dając szansy nikomu.

Kto wie, gdzie nas zaprowadzą i kim będziemy. Poetyckie wersy rozpędziły moje myśli, więc zwolnię trochę natchnienia. Winston Groom, twórca Forresta Gumpa trochę się rozpędził po premierze Filmu i jak zwykle powyginał znów życiorys swego bohatera, który musi się przyzwyczaić do kolejnych zmian. My póki co skupmy się tutaj na adaptacji książki według scenariusza Erica Rotha i w reżyserii Roberta Zameckisa, z którym potem Hanks spotka się na planie „Cast away. Poza światem”.

Głupi ma zawsze szczęście! Chciałoby się zakrzyknąć, gdy obejrzało się TAKI film z tak niezwykłym bohaterem, jakim jest Forrest Gump — esencja niewinności. Trochę tak, jakby Tom Hanks powtarzał tu rolę z filmu „Duży”. Choć wydawałoby się, że tacy niewinni, nierozgarnięci, nieprzystosowani bohaterowie będą rzuceni światu na pożarcie, jak pierwsza lepsza przystawka, czy KREWETKA, to jednak w jakiś cudowny, znany tylko sobie sposób, odnajdują swoje miejsce i spełniają się w życiu.

No jasne, tak zawsze jest w filmach. Ale te filmy dają nadzieję, że nawet jeśli byliśmy tymi przegranymi, to jednak za kolejnym przebytym kilometrem i spotkaniem, stało się coś niezwykłego. Pewnie niejedno z nas marzyło, aby kiedyś opowiedzieć innym właśnie taką niezwykłą historię swego życia, jakie miał Forrest Gump. To by było coś, nieprawdaż?

Ale chyba nawet sam Forrest, którego nazwisko dziwnie kojarzy się słowem „dumb” nie zdaje sobie sprawy, jak miał niezwykłe życie, uczestnicząc w najważniejszych wydarzeniach Stanów Zjednoczony w XX wieku. Oto błogosławiona głupota na tle dramatycznej historii Stanów Zjednoczonych. A może jest w tym też pewna ironia, że w tym kraju każdy głupi może zostać kimś wielkim albo ktoś, kto zawsze ma otwarty umysł na różne możliwości. Ale Forresta to zupełnie nie obchodzi. To taki typ człowieka, który nie stara się na siłę być kimś wyjątkowym. Po prostu robi swoje, a czasem nawet jest ofiarą szczęśliwych zbiegów okoliczności i tak zdobywa swoje nagrody. A to na boisku wykazuje się jako najszybszy gracz footballu, by potem dostać stypendium i możliwość studiowania, a to potem jako oddany żołnierz na wojnie w Wietnamie, który uratował cały swój oddział (z wyjątkiem kochanego Bubby). A to w szpitalu, by spróbować gry w ping-ponga i zostać mistrzem. Forrest raczej nie jest typem, który po takich tragicznych przeżyciach, jak śmierć swego przyjaciela Bubby, będzie popadał w depresję, rozpijał się ćpał, by zapomnieć o wojennej traumie, jak to już widzieliśmy choćby w „Urodzonym 4 lipca”. Co ciekawe zarówno Gump i Kovic to ochotnicy na żołnierzy i zarazem ofiary ironicznego żartu losu. Kovic jako ten wybrany, namaszczony, urodzony 4 lipca, syn Ameryki, zapatrzony w patriotyczne ideały, wraca z frontu jako kaleki weteran, który w dodatku zastrzelił swego kolegę z oddziału. Z kolei Gump, zupełnie nie zdający sobie sprawy z piekła wojny wychodzi z niej w jednym kawałku i to jeszcze jako bohater, który uratował swoich towarzyszy.

Spotkanie z prezydentem? Czemu nie. Przynajmniej wypije za darmo kilkanaście butelek doktora Peppera. Wojna w Wietnamie? A niech będę ochotnikiem. Połów krewetek dla kochanego Bubby. A co tam! Gump to idealny przykład bohatera, który niewiele się zastanawia, analizuje czynniki ryzyka, tylko robi swoje i los mu hojnie za to odpłaca. Jakby powiedział Richard Branson: „Screw it. Let’s do it”

 

Po prostu Biegłem!

 

To dynamiczny bohater, który raz jest zdolnym futbolistą, oddanym żołnierzem, potem znowu graczem ping-ponga, oczywiście tak zdolnym, że znów reprezentuje kraj i znów ściska dłoń prezydenta. Ilu to prezydentów nasz bohater już poznał i ilu jeszcze przed nim? Jedni zginęli w zamachach, drudzy padli ofiarą własnych intryg, jak choćby Nixon ze słynną aferą Watergate, którą podobno odkrył sam Forrest Gump.

Zabawne, że potem Robin Wright grająca tu kochaną Jenny, za dwadzieścia parę lat wcieli się w rolę żony prezydenta, cynicznego Franka Underwooda w serialu „House of Cards”. A co tam prezydenci! Tam Elvis Presley, tu John Lennon. A w tle jeszcze Jimmi Hendrix ze słowami Boba Dylana („Along all watchover”), Scott Mccenzie wskazujący San Francisco, Lynyrd Skynyrd powracający do słodkiej Alabamy. Niezwykłe wehikuł czasu z ciekawym soundtrackiem. Tym razem powrót Roberta Zameckisa do przeszłości i ciekawy popis możliwości ILM pod kierownictwem Kena Ralstona, by spotkać Forresta z Lennonem czy Kennedym na matrycy teraźniejszości. Albo pograć w ping-ponga niewidzialną piłką z metronem w tle.

Ponad tymi wszystkimi niezwykłymi spotkaniami i osiągnięciami, Gump nie upaja się swoim sukcesem, nie osiada na laurach, nie rozpamiętuje dawnych klęsk, upokorzeń, wciąż uparcie biegnie przed siebie, nie zważając na sławę. Ze swojego majątku (zrobionego na krewetkach) funduje szpital, szkoły i kościoły. A co tam! I biegnie dalej przez życie widząc na horyzoncie twarz swojej Jenny, przyjaciółki z dzieciństwa i późniejszej wielkiej miłości.

Zawsze był jej wierny. Miłość do Jenny była niczym kierunek północny na życiowym kompasie Forresta. On ją kochał bezgranicznie, mimo, że ona wciąż uparcie szukała innych przygód obok różnych facetów w dzikich czasach hippisów. Odjeżdżała, a potem wracała, przekraczała kolejne bramy świadomości, wciąż nie pogodzona ze swoją burzliwą przeszłością, gdy jako dziecko była molestowana przez ojca.

Ale to Jenny pierwsza zawołała, aby Forrest biegł z tymi swoimi nieszczęsnymi szynami na nogach, uciekał przed złośliwymi chłopakami, którzy nazywali go „głupkiem”. Aby zawsze biegł przed siebie, nie zważając na krzyki, krytykę i ograniczenia. Bo głupi są ci, którzy żyją wedle określonych schematów, którzy tak łatwo szufladkują dane osoby.

Jenny taka nie była. Zobaczyła w Forreście kogoś więcej niż tylko kalekiego, głupiego chłopca. Nie tylko Jenny. Podobnie zresztą mama Forresta, uparcie powtarzająca synowi, aby nigdy nie czuł się gorszy od innych. Ta wytrwała kobieta wierzyła, że jej syn może osiągnąć równie wiele niż inni.

 


Forrest zawsze miał szczęście do ludzi. Mama, Jenny, czy Bubba, kolega z wojska nieustannie nawijający o krewetkach, nawet gdy obok świszczą pociski. Gadający tak często o tych owocach morza, aby wreszcie obudzić w Forreście poławiacza krewetek. A co tam, spróbujmy! I jak zwykle strzał w dziesiątkę! Gump wciąż biegnie przed siebie, nie zważając ile już osiągnął i ile ludzi stojących na rozdrożach jak w „Cast away” zainspirował.

Tak jak Jenny poruszyła w Forreście tą cudowną moc biegania, tak potem Forrest uwolnił ten potencjał w innym bohaterze, który swoją tragiczną historią nawiązuje trochę do „Urodzonego 4 lipca”. Zarośnięty facet na wózku, opróżniający kolejną butelką ginu, whisky czy co tam jest jeszcze na tapecie, aby zapomnieć o tym, że nie ma się nóg. Co to za okrutny los. Przecież porucznik Dan tak samo jak jego zasłużeni przodkowie, miał zginąć w Wietnamie. Ale miał to szczęście, że spotkał na swojej drodze Forresta Gumpa, odważnego żołnierza, który przez swoją głupotę nie zawahał się ratować porucznika, gdy dookoła (ku radości pułkownika Kilogore’ a z „Czasu apokalipsy”) wybuchał napalm.

Poranieni żołnierze wrócili do domów jako żywe argumenty hippisów, że nie warto się bawić w wojnę. Jedni się odnaleźli w życiu, jak Forrest a inni jak porucznik wciąż nie mogą odnieść swojej pokaleczonej osoby do tego, co jest teraz. Ale oto zjawia się Gump, ten głupawy żołnierz z oddziału i obwieszcza, że będzie łowił krewetki, a porucznik może być bosmanem na jego łajbie. I porucznik się zgadza. Bo co ma tu do roboty, w tym brudnym mieście?

Jest w tym coś z chrześcijańskiej filozofii, aby wypłynąć na głębię i szukać sensu, Boga… czyli krewetek. A jeśli trzeba to modlić się o nie i wykrzykiwać do najwyższego Pana najgorsze przekleństwa, gdy burza dookoła. „Grzmij Sukinsynu! Nie zatopisz tej łajby!”. Zdesperowany porucznik Dan nie ma już nic do stracenia. Był kiedyś żołnierzem, a teraz musi zacząć wszystko od nowa.

Wyłania się złote słońce i odbija się na tafli morza, jak podwójna szansa. Z Forrestem zawsze warto spróbować, tak jak z Tomem Hanksem do trzech razy sztuka. Sukces murowany. Gary Sinise, wcielający się w postać zrzędliwego porucznika, pomoże Hanksowi w naprawie awarii „Apollo 13”, a potem jeszcze przekroczy „Zieloną milę”. Z Forrestem Gumpem przekracza się kolejne zielone mile i wciąż czuć ciepły oddech nadziei i inspiracji. Firma Bubba Gump rośnie w siłę i nie tylko w filmie, ale również w naszej rzeczywistości jako sieć restauracji, gdzie podaje się krewetki na różne sposoby. I mimo, że nasz bohater inspiruje tylu ludzi, bogaci „od tak bez wysiłku” na ping pongu, krewetkach i inwestycji w jakąś firmę „ogrodniczą” Apple, to jednak zawsze ponad tymi sukcesami i spotkaniami z wielkimi sławami, Forrest wciąż uparcie szuka swojej wyśnionej Jenny, przyjaciółki z dzieciństwa i wielkiej inspiracji.

A Jenny jak to Jenny wciąż się miota między przeszłością a teraźniejszością, upaloną narkotykami i alkoholem, wciąż żałuje, nienawidzi, rozpamiętuje, czuje, że nie zasługuje na kogoś tak niewinnego i cudownie głupiego jak Forrest. Wciąż szuka kogoś innego, mimo że jej przyjaciel z dzieciństwa zawsze jest obok, w pobliżu, zawsze gotowy, aby ją bronić i przyłożyć temu, kto podniesie na nią rękę, zawsze gotów ją przyjąć pod swoje skrzydła, nawet gdy już osiągnął w swoim życiu tak wiele. Dla Jenny zawsze jest miejsce.

Niezwykła historią, którą sami chcielibyśmy przeżyć tak intensywnie a potem rozluźnieni, upojeni swoim szczęściem i swobodą, nie śpieszący się do niczego, opowiedzieć komuś na przystanku i zostawić w nim ten wyraźny ślad.

 

 

 

 

 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH