SKRZYDEŁKO CZY NÓŻKA? NIEDALEKO PADA KĘS OD TALERZA



Skrzydełko czy nóżka? Chyba nóżka, stół zastawiony suto wspomnieniami. Oj będzie uczta. Za co znosimy toast? Za stare dobre czasy. I z kim ja tu piję? Ze wspomnieniami i hologramami dawnych aktorów? Ciekawe, czy jedzenie będzie świeże, czy może to jakiś odgrzewany gniot. Ciepła sobota, wakacje, zaklęty świat w filmie, gdzie widać wieżę Eiflla, powiew francuskiego wina i grymas De Funesa.

Kapitalna komedia kulinarna w reżyserii Claude’a Zidi, w której głównym tematem jest starcie starej dobrej kuchni z barami szybkiej obsługi. Po jednej stronie stoi oddany krytyk kulinarny Charles Duchemin, którego słynne przewodniki kulinarne, opisujące wszystkie możliwe restauracje we Francji są niczym biblia dla turystów i smakoszy. Stanowią być albo nie być dla samych restauratorów, którzy z niepokojem oczekują nadejścia któregoś z inspektorów Duchemina. Problem w tym, że ci inspektorzy nie chwalą się swoim statusem. Chciałoby się powiedzieć: „Nie znacie dnia i godziny”, gdy zajrzą wam w gary. Również sam Duchemin, przebojowy, sześćdziesięcioletni pan oprócz smakowania różnych specjałów nie unika różnorakich strojów i przebieranek od statecznej babci po amerykańskiego turystę, by tak uśpić czujność restauratorów. A gdy tylko ci odwrócą wzrok, Duchemin schowa do swoich przepastnych kieszeni liczne próbki jedzenia, by potem zbadać je w swoim laboratorium. A na koniec rzecz jasna wszystko oceni wedle swych ostrych standardów.

Standardy jednak ostatnio mocno upadają, bo już do wielu restauracji i barów szybkiej obsługi zagląda nowy Cesarz fast foodów, największy wróg Charlesa Duchemina — Jacques Tricatel. Ten bezwzględny biznesmen ma za nic etykę i użyje wszelkich możliwych środków, by zdobyć przewagę nad Ducheminem. I po co tyle krzyku panie Duchemin, McDonald jest wszędzie! Zejdź mi pan z drogi. Każdy chce zjeść szybko i tanio. Ale z drugiej strony barykady już słyszymy: Jesteśmy tym, co jemy, więc jedzmy jak najlepiej i walczmy o jakość – tak można streścić poglądy Duchemina. Starcie Duchemina z Tricatelem to pojedynek między jakością a bylejakością, między kulturą celebracji posiłku a brakiem kultury, brakiem smaku w nijakim jedzeniu podejrzanego pochodzenia. Nóż ledwo przebił pieczeń i już rozbił talerz.

Poza gastronomią i wyższymi standardami, na talerzu w filmie zawarty jest też głębszy motyw relacji między ojcem a synem i odważnym wyborem własnej drogi. Brzmi zbyt patetycznie? Spokojnie. W komediach z De Funesem nawet najpoważniejsze tematy są w miarę lekko strawne, co nie znaczy że są tylko komediową papką. Rozśmieszą, ale i zostawią sporo refleksji, dzięki czemu ja mogę sobie tu trochę popisać.

Światem Charlesa Duchemina zawsze była kuchnia, jego ojciec był kucharzem i krytykiem kulinarnym, który teraz patrzy srogo z portretu (na którym jest namalowany sam de Funes) i Charles liczy, że również jego syn, Gerard pójdzie tym utartym kulinarnym pasażem. O ile Charles Duchemin to istna kopia swego ojca, to tego nie można powiedzie o Gerardzie, który chyba wdał się w swoją matkę. Nieco ciapowaty, niepewny siebie, zwłaszcza gdy staje tuż obok swego pewnego siebie ojca.


Gerard Duchemin zamiast rozwodzić się nad istotą jajka w danej potrawie, woli raczej nim żonglować, bo zawsze chciał być artystą – skończyło się na klaunie i własnym cyrku. To i tak spore osiągnięcie: stworzyć coś własnego, nawet w cieniu wielkiego ojca. I tak Gerard żyje w rozkroku, między pracą u swego taty, a numerami cyrkowymi. Wszystko dlatego, że jego artystyczna pasja zupełnie nie zwraca się finansowo. Ojciec na razie nie wie o tym podwójnym życiu swego jedynego syna, ale my dobrze wiemy, że to tylko kwestia czasu, by w punkcie zwrotnym filmu wyszło na jaw, co też Gerard wyprawia poza swoją pracą w gastronomii.

Wtedy to właśnie rozbije się to delikatne jajko, delikatna fasada konwenansów, grzeczności. Gerard w stroju klowna na pokazie cyrkowym powie ojcu, że nie potrafi sprostać jego wymaganiom, a zirytowany ojciec go zwolni. Mam wrażenie, że w tym filmie odbija się trochę osobista historia Louisa De Funesa jako ojca, który w pewnym momencie nie znalazł porozumienia ze swoim pierwszym synem i w końcu się go wyrzekł, nie uwzględniając w testamencie.

Jajko się rozbiło, ale przecież może być jeszcze z niego niezły omlet. Czyż nie? Oczywiście, że tak. Chodź przez chwilę następuje rozłam między panami Duchemin, to jednak w sytuacji krytycznej, gdy ojciec potrzebuje syna, znów łącza siły, by stawić czoła podstępnemu Tricatelowi, by skompromitować go jego własną bronią.


Tak jak w „Fantomasie” zdumiewała mnie ta efektowna scenografia pełna ciekawych patentów, tak i w „Skrzydełku i nóżce” poza restauracyjnymi scenografiami zawsze robią na mnie wrażenie sceny w fabryce Tricatela, gdzie można zobaczyć, jak produkowana jest żywność — od ryb po ciasta – jakby to była fabryka zabawek, gdzie od sztancy odlewa się poszczególne formy i zabarwia na jakiś apetyczny, rumiany kolor.

Oczywiście w filmie z Louisem de Funesem nie mogło zabraknąć aktorki Claude Gensac. Nie gra ona tu bynajmniej jego żony, a sekretarkę Margeritte, która musi nadążyć za gonitwą myśli swego nerwowego szefa. Po wypadku z żyrandolem zastąpi ją młodsza Margaritte (piękna Anna Zacharias), która w swej uroczej bezczelności będzie trochę drażniła starego Duchemina i coraz bardziej fascynowała Gerarda.

Jak to w filmach z de Funesem równie tutaj chwytliwy jest motyw muzyczny pojawiający się w pełnej krasie podczas napisów końcowych, autorstwa Vladimira Cosmy. Piękne intro w stylu Jana Sebastiana Bacha podkreślające powagę spożywania uroczystego posiłku w Akademii Królewskiej a potem już skoczna muzyczka ze słodkim chórkiem. Że aż chce się jeść.

 

 

 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH