MANEKIN. I KTO NAM ZABRONI BAŚNI?

 


Spokojnie, to nie będzie rozprawa o manekinach Brunona Schulza.

Dawno, dawno temu, w bajkowych latach osiemdziesiątych żył sobie pewien młody artysta, który nade wszystko przedkładał sztukę nad życie. Jak to artysta w wielkim stylu, który pragnie stworzyć coś niezwykłego. On będzie mały, niepozorny, lecz jego dzieło będzie żyło na wieki.

Takim ideałem żyje Johnatan Switcher. W tej roli Andrew McCarthy, aktor o sympatycznej buzi, który w latach osiemdziesiątych zdobył sporą popularność przez takie produkcje jak „Dziewczyna w różowej sukience”, czy „Ognie św. Elma”.

Johnatana poznajemy jako rzeźbiarza manekinów. Choć manekin to twór, który się podziwia wraz z tym, co ma na sobie, jak w galerii, to jednak jego produkcja niewiele ma wspólnego z twórczymi mękami, jakie mógłby przeżywać Michał Anioł, rzeźbiący w śnieżnobiałym marmurze. Paradoksalnie Johnattan wylatuje z pracy zawsze za swoją staranność i dbałość o szczegóły. Jednego manekina robiłby przez kilka tygodni, a tu nie ma na to czasu – krzyczy gburowaty kierownik. Wynocha! Nie potrzebujemy artystów, tylko… pracowników. Trzeba zmienić po raz kolejny scenografie dla swoich artystycznych ambicji – jakby wskazywało nazwisko „switch-er”. I będzie to zarazem błogosławieństwo i przekleństwo Johnatana. Bo artysta nie znosi stagnacji. Paradoksalnie im gorsze warunki do tworzenia, tym dzieło lepsze. Artysta ściera się z materią, walczy, aż osiąga ideał. Idzie dalej.

Nasz nieco ofermowaty, sympatyczny bohater błąka się miedzy różnymi miejscami i czynnościami. Z jednej strony ucieka od rzeczywistości w marzenia, z drugiej strony poznaje coraz to bardziej przyziemne zajęcia, w których może odrobinę poczuć się jak artysta. Raz jest kucharzem, a innym razem ogrodnikiem, czy wreszcie baloniarzem, który robi z balonów różne figurki (jak w pamiętnej „Masce”) a pracodawca i tak robi go w balona. Bang! I znów trzeba się obudzić. W żadnej z tych prac nie potrafią docenić kunsztu i staranności chłopaka. Artysta nie ma łatwo w rzeczywistości, w której liczy się czas i konsumpcja. A kontemplacja, dbałość o detale? Kogo to obchodzi? Kto to doceni. Nawet jego przebojowa dziewczyna (Carole Davis) nie zawsze do końca pojmuje te artystyczne ambicje.

Czy znajdzie się wreszcie ktoś, kto zrozumie Johnatana? Chyba tylko dzieło sztuki, nad którym codziennie biedny się pochylał, formował, gładził, pieścił. To w tym kawałku tworzywa zawarte są te wszystkie emocje, ambicje, lęki – to wszystko, co artysta w sobie nosi.

Gdy oglądam pierwsze sceny tego filmu powraca do mnie inny obraz, znacznie późniejszy, „Interstate 60” z 2002 roku, gdzie główny bohater, młody chłopak Neal Oliver mając wątpliwości co do swej życiowej drogi: artysty albo prawnika, rusza w podróż, którą funduje mu tajemniczy pan Grant. Chłopak rusza pod odpowiedź, by spotkać swoją wyśnioną dziewczynę, którą już kiedyś malował. Życie artysty wcale nie musi być klepaniem biedy i klepaniem tych samych obrazków – może być zaskakującą przygodą.

Niemniej zawsze mnie to ciekawiło, jak ludzie o artystycznym temperamencie odnajdują się na przyziemnym rynku pracy. Nie każdy ma szczęście samemu stanowić nowy nurt w sztuce i zdobywać szturmem wszystkie galerie sztuki.

Czasem potrzebny jest kompromis – jakaś stała praca, przynajmniej o twórczym charakterze, by mieć spokój z rachunkami. Tylko co też takiego nasz Johnatan mógłby robić? Jak to w baśni, przypadkiem znajduje się we właściwym miejscu i czasie, choć okoliczności nie są zbyt miłe. Akurat przechodząc obok sklepu towarowego w stylu Harrodsa, zauważa, że wielki szyld sklepu wieszany przez pracowników zrywa się z liny. Pod wpływem impulsu nasz bohater ratuje przed uderzeniem pewną starszą panią, która okazuje się być właścicielką tegoż sklepu. W ramach wdzięczności sympatyczna pani oferuje Switcherowi pracę w jej sklepie, który choć wygląda na ekskluzywny, jest w kiepskiej sytuacji – po prostu nie ma klientów. A stoi za tym osoba, która powinna raczej dbać o interes sklepu. Nie można tego powiedzieć o młodym panu Richardsie (James Spader), typowym karierowiczu, który sprzedał się konkurencji i działa na niekorzyść własnej firmy.

To ciekawe zresztą, jak losy aktorskie się mieszają – w 1986 roku McCarthy i Spader spotkali się na planie filmu „Dziewczyna w różowej sukience”, a w 2015 roku Andrew Mccarthy stanął w roli dyrektora, by reżyserować parę odcinków „Czarnej listy”, gdzie James Spader gra główną rolę.

Teraz jednak w tej baśni to James Spader gra rolę wrednego dyrektora od kadr, który ma znaleźć jakieś zajęcie dla roztrzepanego pana Switchera, wybawcy wzruszonej właścicielki sklepu. Nie jest to zadanie proste. Johnattan to właściwie chłopak znikąd, który imał się różnorakich prac, nie ma za sobą solidnej szkoły i dobrej praktyki. Switcher zwierza się, że pragnąłby pracować z manekinami. Ale złośliwy i sceptyczny pan Richards nie zważa na te prośby i zatrudnia naszego bohatera w dziale z bielizną na stanowisku „tragarza”, kogoś w stylu „przynieś, przewieź, posprzątaj”. Johnatan pcha wielki wózek i przenosi jedną stertę bielizny na drugą, podpatrując przy okazji różne manekiny, aż wreszcie trafia na manekina, którego kiedyś zrobił. Przypadek?

Wzruszony, zachowuje się jak zakochany (albo totalny świr), który koniecznie pragnie przytulić swoje dzieło sztuki. Rozumie to ekscentryczny Hollywood (świetny Meschah Taylor), który wręcz obscenicznie, każdy gestem i słówkiem oznajmia, że z niego gej pełną parą. Hollywood pełni w sklepie rolę projektanta okien wystawowych i prosi Johnatana o pomoc przy jednym z nich.

W takim niezwykłym sklepie jak ten i w nocy wszystko może się zdarzyć. Przypomnijmy sobie serię „Noc w muzeum”. To jest ta noc w sklepie, kiedy niejeden manekin ożyje. A tej nocy będzie nim niejaka Emmy (w tej roli Kim Cattrall), która jako księżniczka, przybyła ze starożytnego Egiptu. Wcześniej włóczyła się przez różne epoki i kultury, zupełnie jak Johnattan, włóczący się przez różne miejsca pracy, aż wreszcie wylądowała tutaj. Czy to Emmy sprowokowała Switchera, by ją stworzył, czy może on ją wymyślił sam z siebie? Piękna Emmy, która nagle ożywa pewnego wieczora staje się inspiracją i dobrą przyjaciółką dla naszego zagubionego bohatera, który wraz z jej pomocą projektuje jedno z najciekawszych okien wystawowych. Oto poniżany książę wreszcie spotyka swoją księżniczkę, która pomaga mu w odkryciu jego talentu, pomaga uwierzyć w siebie. Choć czar tej relacji polega tu na tym, że ich bal trwa tylko wtedy gdy są sami, we dwoje. Gdy przychodzą inni, Amy zmienia się znów w sztywnego, zimnego manekina, którego wciąż tuli do siebie Switcher. Niezręczna chwila. Ale każdy ma swoje preferencje.

Kolejne okno wystawowe wedle aranżacji Johnatana robi furorę. Ruchoma dekoracja zyskuje sporą publiczność, a wraz z nią również zapomniany sklep. Wreszcie pojawiają się klienci. Switcher szybko awansuje z tragarza bielizny na projektanta okien wystawowych. Swoją drogą , jakie to proste w tych baśniowych produkcjach, wystarczy, że uratujesz właścicielkę sklepu i dostaniesz u niej pracę, wystarczy, że inaczej przestawisz manekiny i już zyskujesz awans i poklask. Nonsens, coś tu jest nie tak. Nasz sceptycyzm w pełni podzielili nieufny pan Richards i jego podwładny, nieco głupawy strażnik Felix Maxwell (G.W. Bailley), który powtarza każde słowo swego podwładnego. Postać Maxwella to jakby echo naburmuszonego kapitana Harrisa z kultowej „Akademii Policyjnej”, a do tego jeszcze ten jego leniwy pies trochę w stylu z „Gliniarza i prokuratora”.

Wszystkich nurtuje to pytanie: Jak właściwie Switcher, ten patałach, ten nieudacznik tworzy te swoje genialne witryny sklepowe? Czy Johnatan ma pomocnika i czemu się obściskuje z tym manekinem? Trzeba znaleźć na niego jakiś haczyk. Promocyjne działania Switchera są wyraźnie nie po drodze panu Richardsowi i B.J. Wertowi (Steve Vinovich), który chce przejąć podupadający sklep. I dochodzi do tego jeszcze mściwa była dziewczyna Johnatana. Sporo tych wrogów, a tu tylko biedny chłopak z manekinem.

 

Czas uciekać!

 

Słynna już jest scena, gdy Switcher uciekając przed policją, jedzie na motorze z manekinem, niczym książę na mechanicznym rumaku, ucieka ze swoją księżniczką przed tym wszystkim co zwyczajne i zawistne, a w tle słychać słynny przebój grupy Starship, „Nothing gonna stop us now”. Skoro już mowa o muzyce do tego filmu to króluje typowa stylistyka lat osiemdziesiątych – plastikowe, cukierkowe, dyskotekowe brzmienie syntezatorów, wyczarowane przez Sylvestra Levaya

Romantycznie, słodko i baśniowo. Aż chce się wierzyć, że zagubiony książę odczaruje Emmy, która z plastikowego manekina zmieni się już na zawsze w żywą kobietę. Oboje dadzą nauczkę „bardzo złym ludziom” i ruszą dalej przed siebie.

 

Nic ich nie zatrzyma

 

Cukierkowa bajka na te nudne czasy, w których czasem wydaje mi się, że jesteśmy jak manekiny, podążające za najlepszymi trendami, idealnie skrojeni i tacy bez życia. Ale może to tylko wrażenie, narzekanie człowieka, który nie może się przystosować, jakaś smuga w oknie wystawowym, na którym ciągle się eksponujemy, by ktoś nas jednak odczarował i zobaczył w nas coś więcej.

 


 

 

 


 

 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH