DREAM TEAM
Dream team, czyli stary dobry koncept, gdzie skłócona drużyna, pełna różnych, barwnych charakterów musi odbyć niebezpieczną odyseję, aby zrozumieć, że wszyscy oni stanowią jedność. Brzmi dziwnie, a nawet schizofrenicznie? Akurat w przypadku tego filmu skojarzenia z rozdwojeniem jaźni są jak najbardziej na miejscu. Ta komedia to jakby skrzyżowanie „Lotu nad kukułczym gniazdem” Formana i „Przebudzeń” Penny Marshall, tyle że w wersji light. Z pozoru lekka komedia, ale momentami wzrusza. Dlaczego? W zakładzie psychiatrycznym zawsze można natrafić na ciekawych ludzi i ciekawe historie. Nie dziwne, że zarówno pisarze jak i filmowcy upodobali sobie to miejsce dla swoich narracji, gdzie jest sporo skrajności – od śmiechu do rozpaczy. Tu wszyscy są na granicy. Jedni pacjenci są jak posągi, zamknięci, ograniczeni, wycofani, obojętni, drudzy zaś nadpobudliwi, agresywni, niczym rozbiegane clowny, d-rżące głupawym śmiechem na każde pytanie pielęgniarza.
Gdzieś pośrodku tej cienkiej liny spotykamy to doborowe towarzystwo: czterech różnych facetów. Mało który z nich nadaje się na ulubieńca publiczności, a jednak razem zdobędą się na czyn godny superbohatera.
Zaczynamy od Christophera Lloyda, który już chyba przywykł do grania dziwaków i podejrzanych typów na dużym i szklanym ekranie. Najbardziej znaną jego kreacją jest doktor Emmet Brown, ale przecież i równie pięknie wcielił się w postać Festera Addamsa. Tu poznajemy go jako ekscentrycznego doktorka w zakładzie psychiatrycznym, choć wcześniej grał pacjenta Tabera w kultowy „Locie nad kukułczym gniazdem”. No właśnie. Coś nie tak? Ten facet nie może być doktorkiem, choć pierwsze minuty filmu sprytnie na to wskazują. Lloyd w okularach, z przylizanymi włosami, w białym kitlu, z notatkami w ręce przemierza nerwowym krokiem korytarz i zwołuje pacjentów na spotkanie grupowe. Bohater grany przez Lloyda, Henry to w miarę wygadany gość, choć trochę znerwicowany. Taki typ nadgorliwego urzędnika, księgowego, lizusa, który musi zapisać każdą wpadkę pacjentów i pozbierać porozrzucane dookoła papierki. Zawsze w białej koszuli pod krawatem, z wyniosłym obliczem, na którym rysuje się autorytet i mądrość
Jakież zdziwienie nas bierze, gdy Henry na sesji terapeutycznej na polecenie prowadzącego ściąga posłusznie swój biały kitel jak skarcony uczeń i zmienia się w przestraszonego pacjenta, którego przeraża bałagan tego świata. Może dlatego zostawił to wszystko, nawet swoją rodziną i zamknął się w tym zakładzie. Może dlatego ubzdurał sobie, że jest psychiatrą, by wyprzeć własną chorobę. Może chciał być psychiatrą, by kontrolować innych pacjentów? Może… Henry nie lubi zbyt wielu możliwości, tak jak porozrzucanych wszędzie śmieci. To nie do zniesienia.
Inaczej ma się rzecz z drugim bohaterem, niechlujnym Albertem, granym przez Stephena Fursta. To kompletne przeciwieństwo wygadanego Henry’ego. Sprawia wrażenie autystycznego, jakby nic do niego nie docierało. Sam też niewiele mówi, tylko patrzy tymi przerażonymi oczkami. Czego się boi? Nie odpowie nam wprost. Musimy poczuć ten strach, te wibracje w powietrzu.
I ja się zaczynam bać, bo oto nadchodzi znacznie bardziej nieprzewidywalny pacjent, nieradzący sobie z agresją. Słychać już spadające krzesło. Kolejne trafi w okno. Brzdęk szkła. Oto i on, Billy, w którego wcielił się tu Michael Keaton. To kolejne jego spotkanie z Christopherem Lloydem. Wcześniej grali razem w komedii „Pan Mamuśka”. Tu z kolei ścierają się między sobą jak prymus z cwaniaczkiem w jednej klasie.
No proszę mamy już doktora Emmeta Browna i Batmana. Ale Keaton tu raczej nie przypomina opanowanego Bruce’a Wayne’a. Bliżej mu do Jokera lub Beetlejuic’ea. A może ja teraz przesadzam w szufladkowaniu tego ciężkiego przypadku. Billy to nerwowy, nadpobudliwy fantasta, który wymyśla różne historie, co przydawało mu się, gdy był pisarzem. Ale w końcu nie wytrzymał i trafił do tego przygnębiającego miejsca. Mimo wszystko Billy z całej grupy jest chyba najnormalniejszy, bo najbardziej świadomy swego upadku. Nie dziwne, że to potem on przejmie rolę lidera w ważnej misji, o której za chwilę.
Również liderem, czy przywódcą duchowym w tej dziwnej wspólnocie pragnie być tutaj pewien jegomość – Jack (świetny Peter Boyle), który zerwał z karierą w reklamie i wszedł na drogę Chrystusa. Odrzucił wszelkie zaszczyty, bogactwa i trafił tutaj, do zakładu psychiatrycznego. To się nazywa święte szaleństwo. Choć w przypadku tego bohatera można raczej mówić o dosyć skrzywionym fundamentalizmie niż otwartej świętości sługi Bożego.
Od wielu tygodni ci czterej panowie spotykają się na sesjach terapeutycznych i tak jak w „Locie nad kukułczym gniazdem” mówią o swoich emocjach, a przynajmniej próbują mówić. Nad wszystkim czuwa otwarty, postępowy doktor Weitzman. Z tą brodą i włosami do szyi przypomina trochę hippisa, albo nawet… Chrystusa. I nie mówimy tu tylko o wyglądzie zewnętrznym, fizjonomii aktora, Dennisa Boutsikarisa, co także o jego cierpliwości i cieple w stosunku do trudnych pacjentów.
Doktor Weitzman obrał sobie za cel, by skonfrontować swoich podopiecznych z rzeczywistością, ze światem zewnętrznym. W jaki sposób? Pyta zaniepokojony dyrektor ośrodka. Poprzez wycieczkę do Nowego Jorku na mecz. O rany! Pamiętamy chyba dobrze, czym taka wyprawa na mecz się skończyła w „Poradniku pozytywnego myślenia” — niezłą rozróbą.
Pamiętamy również, jak rozgrywki baseballa stały się kością niezgody w „Locie nad kukułczym gniazdem”. McMurphy wyszedł z inicjatywą, ale został przegłosowany przez cichych i lękliwych pacjentów. Pozostał mu tylko pusty ekran telewizora i wyobraźnia na temat meczu, który gdzieś tam daleko się odbywał.
Tutaj to sam doktor Weitzman, psychiatra wychodzi z inicjatywą, by wziąć swoich pacjentów na miasto i to jeszcze na mecz, na którym iskrzą różnorakie emocje. Chwila nieuwagi i zapłonie gdzieś awantura i bójka. Takie argumenty wysnuwają pozostali koledzy psychiatrzy, sztywniacy, służbiści sceptycznie nastawieni do postępowego Weitzmana.
Ale czy tylko chodzi o mecz basebollowy? Baseball to pewna metafora: odbijanie kijem i łapanie piłki. Oto sztuka życia – odbijanie ciosów niczym władanie mieczem i chwytanie szans. Wbrew pozorom w filmie właściwie nie zobaczymy meczu baseballowego i tłumu rozkrzyczanych kibiców. Dlaczego? Bo nasi bohaterowie nie dotrą na mecz. Zgubią się w tym okropnym mieście. Jak to? A tak, bo nagle nasza komedia zmieni się w kryminał. W Nowym Jorku to nic dziwnego! Doktor Weitzman, który wyszedł z Albertem, by ten wreszcie się wysikał, będzie świadkiem zabójstwa policjanta i to jeszcze zabójstwa dokonanego przez innych policjantów.
Oczywiście, że świadek zabójstwa powinien być trupem, ale Weitzman zostanie tylko pobity. Jednak to nie oznacza końca problemów. Doktor trafi do szpitala, a nasza czwórka nieustraszonych jeźdźców będzie musiała się odnaleźć w nowej rzeczywistości i znaleźć sposób, by uratować swojego doktora przed mściwymi policjantami, którzy chcą dobić świadka.
Szybko się okaże, że z pozoru zapomniana rzeczywistość zapuka głośno do drzwi pamięci naszych bohaterów. Bill odnajdzie swoją dawną dziewczynę (Lorraine Bracco), która już wystarczająco dużo razy widziała, jak jej ukochany trafiał do więzienia za różne rozróby. Mimo wszystko dziewczyna chce dać mu drugą szansę. Henry odwiedzi dawno nie widziane córkę i żonę, ale nie będzie próbował robić u nich porządków. Odda za to córce deskę z klipsem, na której dotąd gorliwie notował różne wykroczenia swoich kolegów, by potem sporządzać raporty jak psychiatra. Odda tą deskę córce, jakby pozbywał się jakiegoś brzemienia, przymusu kontroli wszystkich i wszystkiego. Teraz córeczka będzie mogła na niej rysować swoje niezwykłe obrazy. Jack na chwilę wróci do agencji reklamowej, w której kiedyś tworzył te rewolucyjne hasła reklamowe i zarabiał krocie. Znów przebudzi się w nim przebojowy copywriter.
A nawet Albert, ten najbardziej beznadziejny przypadek, milczący głaz, zdobędzie się na odwagę i w porę ruszy na mściwych policjantów, prowadząc szpitalny autobus.
Taaa, wszystko tu na opak. To wariaci… pozorni ratują swego doktora przed złymi policjantami i stawiają czoła absurdom normalności. Doktor Weitzman niczym mesjasz nieświadomie poświęca swoje zdrowie, by jego pacjenci zdobyli się na odwagę i zagrali w „baseball z rzeczywistością”, jakby weszli na teren wesołego miasteczka, gdzie każdy ma odegrać konkretną rolę, jak to było w filmie „Człowiek, który wiedział za mało”. Jasne, że nie jest łatwo, gdy ma się etykietę „czubka”, ale tam, gdzie normalny nie może, tam wariat poradzi sobie bez problemu. I to nawet w takim dziwnym mieście jak Nowy Jork, gdzie taki dzieciak, jak Kevin dał sobie radę z dwoma patałachami, tak nasi bohaterowie dadzą sobie radę z dwoma gniewnymi policjantami.
Uuups… zdradziłem zakończenie? Nie do końca. Tak naprawdę nie wiemy, jak skończą nasi bohaterowie. Czy swoją odwagą i pomysłowością udowodnili, że potrafią funkcjonować w tym dziwnym świecie, czy jednak powinni jeszcze zostać w szpitalu? A może na ich miejsce powinni trafić inni furiaci, którzy codziennie uprzykrzają nam życie?
Nie wiem.
Woźny woła mnie na sesję. Kończę ten akapit, czas na terapię.
Sympatyczna komedia Howarda Zieffa, o tym, że w największym szaleństwie i chorobie można trafić na kumpli, z którymi naprawi się odrobinę ten kopnięty świat.
Komentarze
Prześlij komentarz