SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO JORKU. NIE DLA KAŻDEGO
Zabrałeś razem
Z sobą tajemnice swe,
Zgubiłeś gdzieś do życia chęć.
Uciekać jest najłatwiej,
Chociaż nie masz gdzie.
Wszędzie pełno Twoich miejsc,
Jeszcze jesteś z nami.
Zdobyć świata szczyt
Albo przeżyć jeden dzień,
Zapamiętać sny I zrozumieć jeden z nich,
Ten jeden
najważniejszy Wielki sen.
(Artur Gadowski/Marek Kościkiewicz: „Szczęśliwego Nowego Jorku”)
Amerykański sen? Nie dla każdego.
Punk Jacek i Janek, bracia, górale z zakopanego zmienili szczyty górskie na wieżowce amerykańskie. Bo jak robić karierę i pieniądze to tylko w Stanach, tylko na takim poziomie. Ach ten błogi stan. Ale cóż. Jest to co jest. Nawet Stan Borys, który był gwiazdą w PRL-u musiał się zderzyć z amerykańskimi realiami grania w podrzędnych klubach. Nie inaczej było z Krzysztofem Klenczonem, który został taksówkarzem. Marek Piekarczyk, który wyemigrował z rodziną do Stanów w latach dziewięćdziesiątych zaczynał właściwie od zera, sprzątania ulic i drobnych napraw, by potem już przeprowadzać poważniejsze instalacje elektryczne. Wyżej wspomniany już Gadowski Artur i zespół Ira również mieli za sobą emigrację zarobkową, gdzie pracowali na budowie. Z naszymi bohaterami filmowymi nie jest wcale lepiej. „Szczuropolacy”, jak ich określił Edward Redliński w swojej książce, która jest tu kanwą dla całego scenariusza.
Jacek jako niespełniony artysta, rzępoli w knajpie na swojej fujarce (jak Joszko Broda) mając nadzieję, że podbije Manhattan folklorem z rapowymi beatami. Interesująca muzyka, ale póki co nasz bohater jest fujarą w wielkim mieście, gdzie trudno się o cokolwiek zaczepić. Chyba, że zaczepić kogoś i dostać po głowie.
Nie tak łatwo uwieść tą dumną damę, która choć przyjmuje w swoje ramiona wielu cudzoziemców, niejednemu zgotuje piekło. Bo Ameryka nie przyjmuje gości tylko nawóz, na którym kwitnie!
A Janek z kolei prowadzi podejrzane interesy, narażając się lokalnym gangsterom, bo
usilnie marzy o wielkich pieniądzach, które są wręcz synonimem Ameryki. Dla Janka (pseudonim Serfer), Ameryka to filozofia życia. Uśmiechnięty Boguś Linda idealnie pasuje do roli Polaka, który już prawie jest spełnionym Amerykaninem. Uśmiechaj się i bądź bogaty! Bogaty zewnętrznie i wewnętrznie. Maklerzy i coache klepią cię po wątłych ramionach. Już niedługo będziesz silny! A jak jesteś smutas, to lepiej się nie pokazuj. No chyba że na Greenpoincie, tam sporo takich smutasów jak Potato (Zbigniew Zamachowski), czy podpity Profesor (Janusz Gajos) no i jeszcze kolejne rodzeństwo: Leszek i Teresa. Polska rodzinka imigrantów z rożnych stron, gnieżdżąca się jak wróble w małym gniazdku, które Gnieznem nie będzie. Wszystko po to, by ciąć koszty i ciułać dolar do dolara, aby potem wrócić do Polski jako jaśnie państwo dorobkiewiczów.
Co do postaci Potato, to jest ona powtórzeniem tego, co zobaczymy w spektaklu „Emigranci” Mrożka, w reżyserii Kazimierza Kutza, gdzie Zamachowski również gra robotnika pracującego po kilkanaście godzin, ale tym razem na budowie. Haruje, by mieć na czynsz w marnej suterenie, dzielonej wraz z neurotycznym inteligentem. Tu znowuż postać Profesora (Gajos) też ma swoje odbicie z dramatu Mrożka. Chociaż u Zaorskiego Profesor zupełnie nie panuje nad swoim pijaństwem, podczas gdy u Mrożka inteligent trzyma się w ryzach, nieustannie analizując, narzekając i doprowadzając do szału swego towarzysza.
Gajos i Zamachowski wystąpili również w filmie „Biały” Kieślowskiego, gdzie Zamachowski grał emigranta, nie mogącego się odnaleźć we Francji. Sfrustrowany i spłukany powrócił do kraju w walizce Mikołaja (Gajos), by tu zrobić karierę i zemścić się na byłej żonie. Potato oczywiście nie jest tak przebiegły. Zresztą nie ma na kim się mścić. Pracuje w rzeźni, robi swoje i ciuła dolary, chowając je w magnetofonie. On jeden ze wszystkich rodaków zebranych w tym ciasnym mieszkanku uparcie wierzy w Matkę Boską i cuda. Modli się gorliwie, poucza, moralizuje. Ameryka daje mu zarobek, a święty Krzyż Pański daje mu oparcie, choć coraz bardziej podupada na zdrowiu.
Leszek „Azbest” (Cezary Pazura) też mocno kaszle. Nasycił się już amerykańskimi spalinami, konserwuje, naprawia i stara się za wszelką cenę rozkręcić swój mały biznes nadętym optymizmem. On już dawno zdecydował, że tu jest jego dom. Koniecznie chce sprowadzić tu całą rodzinę, która handluje na stadionie dziesięciolecia. Wielkiej różnicy nie ma. Przeciętność polska równa amerykańskiej nędzy emigranta. No ale to Ameryka. W Ameryce być przeciętniakiem czy nędzarzem to jednak być zawsze Kimś. Azbest znów kaszle.
Póki co jest z nim jego siostra Tereska (Kasia Figura) o wydatnym biuście i wylewnym charakterze, która zatrudniła się u pewnego sparaliżowanego (ale majętnego) jegomościa jako sprzątaczka. Ale coś chyba się widzi, że ów szef nie zatrudnił Teresy tylko w celu sprzątania domu. Nie zawadzi czasem posprzątać mieszkania w kusej spódniczce albo z odkrytym biustem. Sprzątanie to wielka sztuka i gra zmysłów. Ale kto wie, może te niemoralne propozycje zaprowadzą Teresę pod sam ołtarz i weźmie ślub z Ritchim, a tym samym stanie się już Amerykanką jak ta lala.
Oj Ameryko ojczyzno moja, ile cię trzeba cenić, ile trzeba zrobić, byś i ty nas doceniła i dała nam godny żywot? To pytanie zawisa w powietrzu jak wirująca półdolarówka. Za chwilę spadnie, uderzy z łoskotem o bruk.
O ile cały film w swoim nastroju balansuje między dramatem, komedią i kinem sensacyjnym, o tyle końcówka wydaje się być najbardziej zagadkowa – oto w wyniku nieporozumienia Serfer zostaje postrzelony przez Leszka, bo za dużo od niego pożyczył. Potato też jest wkurzony, bo nie ma swoich oszczędności. Serfer wie, jak kroić swoich rodaków. Tak czy siak, intrygujące jest to, co rozgrywa się po tym głośnym strzale z pistoletu, który w Ameryce zapewne nikogo nie dziwi.
Czy to, co widzimy na końcu, szczęśliwe zakończenie to w gruncie rzeczy marzenia głównych bohaterów, czy może rzeczywisty szczęśliwy finał? Czy Pank zdobył główną nagrodę w przekręcie i wraca z pieniędzmi do ojczyzny. Czy Serfer przeżył i radośnie spędza święta ze swoją rodziną? Trudno w to uwierzyć, po ostatnim spotkaniu z żoną, która nie chciała go znać. I podobnie profesor z żoną malujący mieszkanie w Gdańsku na biało, jakby właśnie przewracali nową kartę w swej historii, choć wcześniej ich rozmowa telefoniczna raczej nie należała do udanych. Czy Tereska będąca w ciąży ze swoim pracodawcą, szykująca się w białym welonie do ślubu? Naprawdę? No a Leszek, który przyjmuje amerykańskie obywatelstwo jak większość innych wybrańców, choć przecież wcześniej to on nacisnął spust i strzelił do Franza MAURERA, znaczy do Serfera.
A potem widzimy Serfera w białym garniturze, jak prowadzony jest przez czarnoskórego aniołka. Dokąd? Do nieba. Do Amerykańskiego nieba, raju. Bo Serfer był jedynym z tej całej paczki, który uwierzył całym sobą w American Dream.
Słodko-gorzkie zakończenie, że być może ten cudowny raj znajdziemy dopiero po śmierci… gdy zabijemy w sobie toksyczną polską, melancholię. Ale z drugiej strony nie jest tak, że Polacy w Stanach są tylko szczurami czy nawozem użyźniającym amerykańską gospodarkę potem, krwią i łzami.
Wystarczy tu wspomnieć postać Tada Witkowicza, który w Stanach stworzył firmę Artel Communication, czy Cross Comm, wartą miliony dolarów, ale przy tym zaliczył też sporo wpadek i bankructwo. Mimo wszystko i tak na wyszedł na swoje. Różnica jest taka, że Witkowicz wyjechał z rodziną jeszcze jako nastolatek do Kanady, więc nie był to taki typowy emigrant jak Potato, w sile wieku, z dwiema walizkami i słabym angielskim w dziurawych kieszeniach. Oswoił się już klimatem Stanów. Skończył studia w Toronto, a potem podbił branże informatyczno-telekomunikacyjną. To tak na zakończenie, żeby nie popadać w totalne przygnębienie na obczyźnie.
Komentarze
Prześlij komentarz