ODA DO RADOŚCI, CZYLI KIERUNEK LONDYN
Bardzo dobrze pamiętam okoliczności, w których obejrzałem ten film po raz pierwszy. Był maj 2006 roku, matury w szkole, dookoła zielono i wesoło. Ja wówczas chodziłem do drugiej liceum, więc miałem jeszcze rok refleksji nad własną drogą. Eeecch, nie wykorzystałem go zbyt mądrze. Abyśmy nie przeszkadzali w wysiłkach intelektualnych maturzystom, poszliśmy właśnie do kina na ten niezwykły film, który nota bene był także kręcony w śląskich plenerach, jakie często mijałem w drodze do szkoły. Jakie były moje wrażenia wtedy, gdy mając siedemnaście lat, obejrzałem ten film? Po prostu mnie wbiło w fotel i cały czas gdzieś z tyłu głowy sobie powtarzałem, by nie dopuścić do takiej sytuacji, w jakiej znaleźli się główni bohaterowie. A dziś? Gdy oglądam ten film. Niestety przypomina mi się, jak wciąż daleko jestem od swojej drogi, jak błądzę lub drepczę w miejscu. I nie chcę tu w żaden sposób krytykować „złej rzeczywistości”, bo to nie ma sensu. Szkoła przechodzi jak gorączka, potem odsypiasz wszystkie nieprzespane noce i budzisz się pewnego ziemna ranka z pustką w głowie. Wykułeś, zdałeś i bęc. Co dalej? Dreszcze nie przechodzą. Nie ma planu lekcji, nie ma poleceń, zadań, rozkazów. Znów jest droga, albo co gorsza rozdroże. Najgorsze jest zostać w tyle, patrzeć z podziwem i strachem, jak twoi rówieśnicy zdobywają kolejne szczeble, a ty gdzieś tkwisz w dziwnym zawieszeniu, plączesz się w sieci. Jeszcze nie zdą-żyłeś? Co jest z tobą? Już czujesz wstyd? Już stałeś się obiektem żartów. Zazdrościsz, podziwiasz, coraz bardziej masz dosyć swojej bezradności i bicia głową w mur. Tak, teraz ten film jeszcze głębiej rezonuje w mojej pustce.
„Oda do radości” to głos młodego pokolenia, napisany i zrealizowany przez trójkę młodych twórców: Annę Kazejak, Jana Komasę i Macieja Migasa. Każde z nich wyreżyserowało półgodzinną etiudę, by potem wszystkie trzy połączyć w jeden film. Choć mamy tu trzy różne historie, trójkę różnych bohaterów, wychowujących się w różnych środowiskach, to jednak wszystko zmierza tu do próby odpowiedzi na pytanie o emigrację młodych ludzi za granicę. „Gdzie jesteś Polaku. W Londynie na zmywaku” śpiewał kiedyś Kwartet Okazjonalny. I cóż? Wyszło na to, że więcej się zarobi na zmywaku w Londynie, niż w kochanej ojczyźnie? Zresztą nie wszyscy młodzi jechali za granicę, by zmywać. I dlaczego zawsze jest lepiej za granicą? Wyjazd za granicę to odważny krok. Inne środowiska, inna kultura, inna mentalność, język. Idealne warunki, by definitywnie się przeprogramować, chyba że trafi się do jakiejś polskiej dzielnicy. Tak, jak to było w Stanach na Green Point. Szczęśliwego Nowego Jorku. Wesołego Londynu drodzy „Londyńczycy”! Żyjcie i zmywajcie….się
Bohaterowie, trójka młodych ludzi z różnych miast, miasteczek już od dłuższego czasu marzą o tym, aby zwyczajnie się zmyć z tego kraju, zmyć za sobą wszystkie brudy i ruszyć przed siebie. Niech chociaż ta wyprawa do kraju Królowej Elżbiety będzie słodką niepewnością, nadzieją na coś lepszego[Z1] , póki nie staniemy na tych samych ulicach, po których przechodził niegdyś Jaś Fasola. Taki żart.
Ale zanim do tego dojdzie…
Anna Kazejak-Dawid prowadzi nas na Śląsk, Bytom, Mysłowice i Katowice, gdzie poznajemy Agę. Właśnie wróciła z Londynu. Myślała, że emigracja już za nią. Swoje zarobiła, pomachała szmatą, zmyła brudy w Anglii i wraca, by stopniowo zrealizować swój życiowy plan. Jednak powrót na polskie, szare podwórko z kopalnią w tle nie napawa optymizmem. Magiczne koło w szybie kopalnianym jakoś dziwnie się nie kręci, tak jak koło fortuny stanęło w martwym punkcie. Matka-fryzjerka właśnie straciła pracę, a ojciec o solidarnościowych ideałach walczy o życie kopalni, rozpoczynając strajk wraz z innymi górnikami. Aga już powoli zapomina o swoim własnym mieszkaniu na legendarnym osiedlu Tysiąclecia, czego nie może jej wybaczyć chłopak Waldek. Czas jakoś pomóc rodzicom, których powoli przerasta ta nowa rzeczywistość. Dopiero, co minęły wariackie lata 90-te, a już po roku dwutysięcznym czuć równie wielką frustrację. I co dziwne młodzi, wolni, swobodni również jakoś nie mogą tu znaleźć swojego miejsca. Przedsiębiorcza Aga postanawia jednak działać i otworzyć salon fryzjerski, by tu jej mama realizowała się jako fryzjerka. I oto stary salon fryzjerski zostaje otwarty na nowo, odświeżony, z nową szefową na czele i solarium w komplecie. Strzał w dziesiątkę. Już ustawiają się kolejki zainteresowanych gospodyń domowych. A co najważniejsze mama się uśmiecha, strzeże, suszy, podcina. Jest jak dawniej. No prawie. Cięcie.
Za chwilę ojciec i pozostali górnicy tą całą spokojną rodzinną atmosferę wytną z filmu za sprawą strajku, manifestacji i zadym w mieście. Sceny jak z rewolucji. Manifestujący z kijami baseballowymi, policjanci z gazem łzawiącym. Jakbyśmy się cofnęli do dawnych czasów. Efekt taki, że przez miasto przeszło tornado. Porozbijane witryny sklepowe i wielu chętnych na cudze rzeczy. Ucierpiał także nowo otwarty salon fryzjerski Agi i jej mamy. Kolejna porażka w tym kraju, który coraz trudniej nazywać ojczyzną. Bo czy warto tu cokolwiek two-rzyć?! Skoro pojawiają się inni, którzy niszczą, by przetrwać. Najważniejsze, że ojciec jest zadowolony. Strajki wystraszyły władze. Chyba nie zamkną kopalni. Jeszcze nie teraz. A salon fryzjerski trzeba będzie zbudować od nowa. Aga zaciska zęby. Już raz była w Londynie i nie wspomina tego z sentymentem. Angielska ziemia obiecana już raz dała jej w kość. Ale i na polskiej ziemi jej marzenia nie wydały słodkich owoców. Czas znów ruszyć przed siebie po marzenia…
Strajki, niesprawiedliwość, źli politycy, biedni, obrzydliwie bogaci czyli niezawodne tematy dla niespełnionego wieszcza-rapera, Michała, który lubi sobie przed mikrofonem ponarzekać z odpowiednim beatem w tle. Michał wychowany przez babcię, wciąż żyje marzeniami o rapowaniu jako o sposobie na życie. Ciekawe, czy dziś by się spełnił jako raper i zagościł na stronie głównej Youtube, gdzie przez jakiś czas co drugi wykonawca rapował nam o swoim stanie duszy, kondycji ekonomicznej i kraju, w którym przyszło mu żyć. Nagle publiczność zapragnęła recytowanych tekstów, aniżeli tradycyjnych piosenek. Mamy jednak rok 2005 (cztery lata po śmierci Magika), gdy jeszcze nie ma Tik-Toka, Youtube’a czy Spotify. Michał próbuje promować swoją twórczość przez radio lub na licznych imprezach hip-hopowych, ale wciąż jego historia zawiera się w jednym wersie z utworu „Królowe życia” Kombi: „Hej, mamo, mamo będę gwiazdą. Jak wolno spełnia się ten sen. (…) Wciąż czekam w poczekalni sławy. Ciągle nie słychać słowa wejść”.
Historia Michała (Piotr Głowacki) rozgrywa się w scenografiach Warszawy. Została napisana i wyreżyserowana przez Jana Komasę, który sześć lat po tym filmie zrealizuje swoją głośną „Salę samobójców”. Ta etiuda przypomina trochę baśń o biednym muzykancie marzycielu, który na swoje nieszczęście zakochał się w księżniczce z bogatego domu. Marta (Roma Gąsiorowska) jednak nie wydaje się w pełni realizować stereotypu snobistycznej księżniczki. Wspiera Michała w jego pasjach, a jednocześnie stara się być lojalna wobec ojca, który szykuje dla niej solidną edukację w Londynie. Nie mogąc znieść myśli, że chłopak Marty to tylko raper-marzyciel, ojciec dziewczyny załatwia chłopakowi pracę w swojej firmie. To oczywiście nie jest żaden akt miłosierdzia, a jedynie perfidna próba pokazania Michałowi twardych realiów życia, gdzie on, bez żadnego wykształcenia i mocnej pozycji nie ma tak naprawdę szans u Marty, którą tatuś szykuje na przyszłą elitę. Okrutne, ale w gruncie rzeczy potrzebne, by marzyciel wreszcie dorósł. Zresztą sam bohater przekonuje się boleśnie, że środowisko Marty znacznie różni się od jego wartości. Więcej tu snobistycznych pozerów, ważniaków niż ludzi autentycznych, z pasją i sercem. Michał ma ciągły konflikt między artystyczną pasją a zwykłym życiem, gdzie próbuje być wsparciem dla swojej zmęczonej babci, która mimo wszystko wierzy w niego. Z jednej strony po koncertach sporo ludzi mu gratuluje, podziwia go. Ale co z tego, kiedy na razie jest to tylko zabawa przed mikrofonem a nie tzw. Regularna Praca, którą wybrali choćby jego koledzy z zespołu. Michał angażuje się w ten artystyczny projekt całym sobą, podczas gdy jego koledzy traktują to raczej jako hobby, krótką przygodę, nie dając z siebie całej energii. Resztę trzeba zostawić na zwykłe życie. No właśnie. Gdy Michał jednak decyduje się na kompromis i idzie na normalny etat w firmie ojca Marty, wszyscy z niego drwią, traktując go jak imbecyla. Zaciska zęby i pisze w głowie kolejny buntowniczy tekst, który kiedyś będzie rapował do mikrofonu. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Niejeden twórca, czując zewsząd mury zimnej rzeczywistości, staje się jeszcze bardziej płodny, drążąc swoją sztuką tunel do wewnętrznego wyzwolenia i spokoju.
Dla Michała jednak tym wyzwoleniem będzie wyjazd za granicę. Zmiana scenografii. Do Londynu. Ale czy do Magdy, z którą ostatnio tak się poróżnił? Trudno jednoznacznie powiedzieć. Zbyt wiele złego go tu spotkało, a gdy już nawet babci zabrakło, ostatniej osoby, która go tak wspierała, bohater dochodzi do granicznego punktu, jakby stał nad przepaścią. Ten wyjazd to skok na głęboką wodę dla kogoś, kto dotąd ocierał się tylko o warszawskie podwórka. Ten hip-hopowy wątek będzie jeszcze rezonował w ekipie twórców tego dzieła, bo oto asystentem reżysera był tu Leszek Dawid, który parę lat później zrealizuje „Jesteś Bogiem”, poświęcony Paktofonice.
I z szarej Warszawy przechodzimy nad spokojne morze, gdzie za kamerą tym razem staje Maciej Migas. Okolice Ustki, Sarbinowa, gdzie nota bene pojechałem na Zieloną Szkołę. Od tego czasu znienawidziłem morze. Road to Hell…Hel. Hello. Podobnie zresztą jak bohater tej noweli, Wiktor, w którego wciela się Lesław Żurek. Już za rok, w 2006 roku zagra w serialu „Egzamin z życia”, a potem także w serialu „Londyńczycy”, opisującym właśnie Polską Brytanię. W tym filmie również będzie musiał zdać pewien życiowy egzamin, skoro na studiach w stolicy mu nie wyszło. Wiktor, choć ma w swoim imieniu „zwycięstwo”, to jednak wrócił do domu jako przegrany i porzucony przez dziewczynę, Kingę. Mieszkając w przyczepie i kantem u rodziców, patrzy, jak przecieka mu życie w sieciach rybackich. Codziennie przebiera kilogramy ryb. Rybołówstwo, przetwórstwo rybne oraz sprzedaż ryb — oto branże, w których Wiktor może się realizować. Zaciska zęby i cierpliwie znosi opóźnienie pensji ze strony szefa-cwaniaczka, który wolał sobie kupić nowe radio do samochodu niż wypłacić pracownikom należne pensje. Jedyna atrakcja w tym sennym miasteczku to zagraniczni turyści. Patrzcie, szanowni jaśnie państwo z Niemiec przyjechali w nasze skromne progi. Ech, pojechać sobie gdzie indziej, tak ci turyści.
Ten smród ryb jest dla Wiktora smrodem jego życiowej porażki. Gdy patrzy w domu na swoich rodziców, czuje jeszcze większe przygnębienie. Nie chce skończyć tak jak oni. Matka wiecznie narzekająca i ojciec próbujący swego szczęścia w teleturniejach. Zupełnie wyłączony z rzeczywistości, za to podłączony do starego telewizora, na którym nieustannie sprawdza pytania, jakie zada Tadeusz Sznuk w „Jednym z dziesięciu”. I to jest życie? Znudzony Wiktor, by poczuć jakiś dreszczyk emocji, wychodzi na plażę, by z pomocą wykrywacza metali znaleźć jakieś ciekawe skarby, podczas gdy ciemne morze przytłacza swoim smutnym widokiem. Jest jeszcze Basia, koleżanka z okolicy, która się w nim podkochuje. Ale kochana Basia to nie Kinga, z którą się rozstał i do której nieustannie dzwoni. Nie to miejsce, nie ta dziewczyna, nie ta praca. Wszystko jakby w zastępstwie. I tak to ma wyglądać już zawsze? Zastanawia się Wiktor, patrząc na swojego starszego kolegę z pracy, który tkwi tu już całe swoje życie. Wiktor czuje podobnie jak Michał i Aga, że stoi nad przepaścią. Może rzeczywiście warto wyjechać, żeby tak sprowokować zmianę.
„Nie spierdol życia” — mówi mu wreszcie roztargniony ojciec (Tomasz Lengren), który również jest zmęczony swoją teleturniejową egzystencją i poczuciem niespełnienia, ale nigdy nie miał odwagi tego zmienić. Samotny, zawstydzony, nieporadny ojciec Wiktora stoi na molo wpatrzony w ciemne morze. Wiatr uderza w jego twarz i zdaje się, jakby stary miał łzy w oczach, jakby miał za chwilę zniknąć w tym morzu żalu. Niezwykłe uczucie spojrzeć prawdzie w oczy a nie w ekran telewizora, który i tak wiecznie się psuje. Co za groza, dramat i przestroga dla Wiktora. „Nie spierdol życia synu”. No właśnie. Pora zdecydować. Kierunek Londyn.
Minęło siedemnaście lat od premiery tego filmu. W Polsce trochę się zmieniło. Zachodni kapitał ulokował w naszych gościnnych szufladkach swoje firmy, którymi zarządzają różnej maści managerowie i inni specjaliści, których tytuły brzmią tak obco, ale na pewno lepiej niż zwykły „magister”. Po co wyjeżdżać za granicę, gdy dookoła mamy zachodnie sklepy i firmy. jak miło, jak światowo. Ale czy rzeczywiście znaleźliśmy to, czego szukaliśmy w młodzieńczych ideałach. Jeszcze raz nastawiam utwór „Wstyd” grupy Varius Manx i nalewam sobie soku z cytryny.
Komentarze
Prześlij komentarz