KTO NIGDY NIE ŻYŁ
Utarło się już takie myślenie, że jeśli ktoś jest Sługą Bożym, to niejako ma łatwiej w życiu. Nie masz rodziny, a raczej tą daleką, pozostawioną gdzieś tam za górami, za lasami. Oni ufają, że wybrałeś dobrze lub że zostałeś wybrany. Sam natomiast służysz innym, obcym, których starasz się nazywać braćmi i siostrami. Starasz się być przewodnikiem po labiryntach życia, ale i sam czujesz się czasem zagubiony, nie wiedząc, którą formułkę zacytować z Pisma Świętego, by było lżej na sercu. Czasem te nabożne słowa nie pomagają. Trzeba szukać innych rozwiązań. Musisz być jak człowiek orkiestra. Musisz być elastyczny, by rozmawiać o Bogu ze starszą osobą, jak i próbować dotrzeć do młodszego pokolenia, gdy zdarzy ci się prowadzić lekcję religii.
Codziennie przeżywasz skrajne momenty, jak narodziny Boga w czyimś sercu jak i Golgotę, gdy Bóg umiera, a człowiek popada w depresję i cynizm. Chciałbyś poklepać po ramieniu, powiedzieć coś miłego, a zarazem mądrego, co zainspiruje, ale jesteś na straconej pozycji. Stoisz na drodze rozwścieczonej bestii. Sam przecież też masz dosyć. Próbujesz być silny, próbujesz być wzorem, przewodnikiem, a niejeden wytknie ci hipokryzję. Tłumaczysz sobie, że to twój krzyż, twoje brzemię, ale czasem już nie możesz. Ksiądz Jan (Michał Żebrowski) też już nie może. Kiedyś pracował jako misjonarz w Afryce. Było to spore wyzwanie i okazja do zaprezentowania takiego heroicznego szerzenia wiary, jak kiedyś przed wiekami. Jan ma to już za sobą. Teraz udziela się jako duszpasterz dla zagubionej, trudnej młodzieży z problemami narkotykowymi. To też mu sprawia ogromną przyjemność, choć jego przełożeni są sceptycznie nastawieni do tej idei. Jan jednak się nie poddaje i wraz z młodymi prowadzi zespół muzyczny, w którym święci bardzo głośno imię Pana. Muzyka pomaga młodym zapomnieć o narkotykach i innych problemach. W tym artystycznym przedsięwzięciu Janowi pomaga także znany piosenkarz, Paweł (Robert Janowski), spłacający swój moralny dług za opieką nad swoim bratem (już byłym) narkomanem.
Wszystko się zmienia gdy Marysia, jedna z tej grupy umiera z powodu przedawkowania. Jest to dla wszystkich szok. A co niektórzy zaczynają pytać wprost i coraz głośniej, czy rzeczywiście taka wspólnota byłych narkomanów na plebani ma sens?
Profesja księdza ma to do siebie, że musi on służyć ludziom, swoim wiernym, ale i być również posłuszny swoim przełożonym. Biskup naciska na Jana w kwestii zamknięcia świetlicy dla narkomanów i daje do zrozumienia, że jego wyjazd do Rzymu na studia jest bardzo prawdopodobny. Może to lepsze niż użerania się z zagubionymi narkomanami, którzy tylko zniechęcają pozostałych wiernych (świętoszków) ze wspólnoty parafii. Tylko, że jeśli Jan wyjedzie, to straci swoich uczniów już na zawsze. Zwyczajnie ich zdradzi.
Tu oczywiście, gdy dochodzi do kryzysu i bohater staje na rozdrożach, pojawia się mistrz, mentor. Jan także ma takiego mistrza, starszego księdza, w którego wciela tu Stefan Burczyk. Urocza jest scena gdy ten brodaty ksiądz z niedbałą fryzurą, przypominający trochę Pana Kleksa, roztkliwia się nad kremówkami, które mu przyniósł Jan, by było trochę słodziej podczas tej gorzkiej rozmowy o posłuszeństwie wobec zwierzchników. Jak zwykle mistrz mówi zagadkami lub aforyzmami, które dopiero potem osiągną pełen sens. Jan musi być posłuszny wobec…
Wyjazd do Rzymu, spełnienie swoich ambicji, pozostawienie uczniów. Lojalność wobec jednych i posłuszeństwo wobec drugich. Ile można trwać w tym zawieszeniu? Jak wybrać dobrze? Los jak zawsze okazuje się pomocny i podaje trzecią możliwość. Wszystkie te dylematy przestają mieć znaczenie wobec tego, co spada na Jana jak grom z jasnego nieba. Kontrolne badania medyczne wykazują u księdza obecność wirusa HIV, którego prawdopodobnie nabawił się na jednej z misji, choć ta choroba ma różne źródła, co w przypadku księdza staje się stygmatem i powodem do plotek.
Nie chcąc być na widoku, Jan decyduje się opuścić parafię, na co chętnie przystaje biskup. Jan chce zaszyć się w klasztorze, gdzie niestety też dowiadują się o jego niewygodnym sekrecie. I tam potrafią być nieprzyjemni, traktując nowego gościa jako trędowatego. To, co jednak najbardziej uderza Jana, to odrzucenie go prze matkę z „kompleksem Pani Dulskiej”, która więcej nie chce się wstydzić za syna. Jan ze swoją chorobą jest kompletnie sam i czuje się oszukany przez Boga, któremu poświęcił niemal całe swoje życie. Zmęczony rzucaniem ziarna słowa Bożego przed ludzi, zajmuje się sadzeniem roślin w przyklasztornym ogródku, co trochę go uspokaja. Wychudzony, z kędzierzawą czupryną i brodą w ogóle nie przypomina siebie, a raczej bliżej mu do jakiegoś proroka, ascety, który wybrał się na pustynię by pościć i czekać spokojnie na śmierć.
Wtedy też odwiedzają go dawno nie widziani podopieczni, byli narkomani, Kasia i Mateusz, którzy właśnie zostali rodzicami. To trochę symboliczna scena, tak jakby Józef i Maryja z dzieciątkiem odwiedzili Jana, w którym wszystko umarło. A jednak teraz coś się odrodziło. Bóg? Chcielibyśmy, by tak to się skończyło, nieprawdaż? Jan jednak decyduje się zerwać z instytucją kościoła, w której już nie czuje wspólnoty, tymczasem jego byli uczniowie próbuję go przywołać do porządku. Wszystko się odwraca, jakby los chciał pokazać Janowi, jak to jest być słabym, poniżonym i odrzuconym. Jak łatwo spaść z tej ambony wszechwiedzy.
Nawet jeśli to lekcja, to trzeba przyznać, że bardzo brutalna. Ksiądz postanawia się zbuntować i dezerteruje z klasztoru. Nikt raczej tam za nim nie będzie tęsknił. Ale nawet o swoim dezerterze Bóg nie zapomina. Jacyś młodzi ludzie śpieszący na koncert, notabene, koncert Pawła, z którym Jan się przyjaźnił, zabierają go ze sobą jako autostopowicza, lecz póki co Jan nie zamierza się przyznawać, że jest księdzem. Jednak ta podróż i rozmowa z pewną dziewczyną, która cierpi po odejściu bliskiej osoby, rozbudzają w księdzu siłę, by jednak wziąć swój krzyż, założyć koloratkę i mimo wszystko trwać na posterunku. Coś podobnego zobaczymy potem w filmie „Kalwaria”, gdy zmęczony swoją posługą duszpasterską ksiądz spotyka kobietę, Weronikę, która żarliwie wierzy, że jej zmarły ukochany odnajdzie spokój w niebie. Jeszcze wcześniej widzimy coś podobnego w filmie „Goście wieczerzy pańskiej Bergmana”, gdzie kaleki kościelny tłumaczy zrezygnowanemu pastorowi sens cierpienia Chrystusa. Jak widać księża też potrzebują nauczycieli i lekcji od zwykłych ludzi, którzy potrafią zaskoczyć swoją siłą, charyzmą, odwagą znoszenia cierpienia.
Kto nigdy nie żył? Nie żył ten, kto nigdy nie cierpiał. A cierpią również ci, którzy dosłownie noszą „mundur armii Pana Boga”. Bóg stworzył świat, „Fiat” i już, ale musiał jeszcze zejść na ten świat, by poznać życia od środka. Poznać ból, radość, łzy, cierpienie, samotność, by tak wreszcie zrozumieć życie człowieka. W końcu wypadało się zrehabilitować za los Hioba. Niezwykły to film o tematyce, o którą coraz trudniej w telewizji czy kinie. Nie można tu przejść obojętnie obok faktu, że to debiut reżyserski jednego z najwybitniejszych polskich aktorów: Andrzeja Seweryna, który tu także gra lekarza, przekazującego księdzu tą druzgocącą wiadomość o wirusie HIV. Cztery lata wcześniej, Seweryn grał samego Wyszyńskiego, który również niejako został poddany próbie, zmagał się z chorobą, więzieniem i poniżeniem. Teraz to Michał Żebrowski, jeszcze przed wcieleniem się w aroganckiego doktora Falkowicza, odbiera wyrok, że jest nosicielem wirusa, który kojarzy się z narkomanią lub homoseksualizmem. Ciekawie się tu również prezentuje Robert Janowski, który przecież w pierwszej serii „Na dobre i na złe” okazał się gejem i nosicielem wirusa HIV. A wcześniej przecież w „Nocnym graffiti” mocno dawał sobie w żyłę. Jednak tu, w tym filmie jest on przede wszystkim dobrym przyjacielem księdza Jana i piosenkarzem, co łączy się z profesją Janowskiego jako artysty musicalowego. Fajnie zobaczyć tego artystę w innej odsłonie, bo jak dotąd pan Robert był tylko prowadzącym teleturniej „Jaka to melodia”, tu udowodnia po raz kolejny, że jest całkiem przyzwoitym aktorem i wokalistą wykonującym przewodnią piosenkę do filmu. Również miłym zaskoczeniem jest Piotr Szczepanik, który gra tu przeora w klasztorze, wyrozumiały, cichy, dyskretny. Z kolei Aleksander Bednarz nawet w habicie znów przypomina swoje dawne role wrednych typów, służbistów, prokuratorów, egzekwujących regulamin i prawo w kościele. No i oczywiście możemy tu podziwiać młode pokolenie aktorów, czyli Joannę Jabłczyńską, Natalię Rybicką, Mateusza Banasiuka, refleksyjną Joannę Sydor w roli Marty (jakże symboliczne imię), przeżywającej śmierć swego męża, która w szczerej rozmowie z Janem niejako wskazuje mu drogę, Joanną Liszowską i jak zwykle z odrobiną humoru Wojciech Mecwaldowskiego. Wszyscy ci różni bohaterowie wraz z Janem odkrywają znów pojęcie życia.
Komentarze
Prześlij komentarz