KOMORNIK, CZYLI CZAS SPŁACIĆ DŁUGI
„Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie” – jak mówi klasyk. W takim razie komornik to jeden z największych przyjaciół, jakich możesz zyskać, gdy upadniesz na samo dno. Komornicy to przecież też ludzie, jedni wrażliwi, drudzy obojętni, znudzeni, z dystansem. Jeszcze inni aż nazbyt ambitni, bo muszą porządek w papierach mieć. Właśnie do tej trzeciej grupy należy niejaki Lucjan Bohme. Trzydziestoparoletni zdolny urzędnik, który w swej pracy jest aż nazbyt gorliwy, skoro nawet nie odpuszcza szpitalowi, składając wizytę na oddziale z pacjentami, by tam obowiązkowo nakleić plombę na działające sprzęty.
Bohme lubi prowokować, walczyć z ludźmi. Być może to jakiś uraz z dzieciństwa, gdy wychowywał się w patologicznej rodzinie. Pamięta doskonale te kłótnie z ojcem, którego po dziś dzień nienawidzi. Nienawidzi tej nędzy, tego robactwa i teraz po latach próbuje je tępić w swoim idealnie skrojonym garniturze, z teczką pod pachą i tym wielkim czarnym jeepem, szybkim, przystosowanym do każdego terenu, by dotrzeć do dłużnika na czas.
„Bohme” to z niemieckiego „fasola” ale to nie zabawny Jaś Fasola. To raczej twarda fasola, która uwiera każdego i doprowadza do szału. W swojej pracy już widział i słyszał wszystko. Jest przyzwyczajony do próśb: „ależ panie komorniku, proszę tego nie zabierać, to należało do mego dziadka”, czuje się wtedy jak Bóg, ale przecież do samego Stwórcy ludzie kierują również swoje groźby w stylu: „ty skurw…” – ciągnie się za nim to echo. A Bohme idzie dalej, prze do przodu. Raz ktoś poszczuje go psami, a innym razem ktoś da w mordę. Na Lucjanie Bohme te przedstawienia nie robią żadnego wrażenia. Otrze krew z twarzy, zmieni podarte spodnie na nowe i znów ruszy na podbój, by w kolejnym sezonie osiągnąć najwyższy wynik ściągalności.
Ma świadomość że wykonuje jeden z najbardziej znienawidzonych zawodów, ale i sam swoją postawą aroganckiego urzędnika przyczynia się do tego, że niewiele osób go lubi. Zresztą chyba nie zależy mu na tym. Prędzej czy później spotkasz swego kumpla z dawnych lat lub dawną miłość i będziesz musiał im zabrać to, co mają najcenniejszego, by tak wyszli na zero w bilansie. A może to sam Lucjan jest tym zerem, które próbuje być kimś więcej? Choćby mentorem dla młodszego kolegi, asystenta Janka, który zaczyna swoją komorniczą przygodę. Póki co nosi za Lucjanem teczkę, sprawdza listę i uczy się, jak rozmawiać się z ludźmi, a przy okazji ćwiczy kondycję, gdy trzeba uciekać z kopalni przed rozwścieczonymi górnikami. Ucz się Jasiu, czego się nie nauczy, tego Jan nie będzie umiał. W gruncie rzeczy to ciekawa praca. Spotykanie różnych, różnistych ludzi, którzy są pod kreską. Andrzej Chyra po raz kolejny wciela w ściągacza długów, tyle że teraz robi to legalnie z pieczęcią państwa. Janek obserwuje swego mentora i wciąż się zastanawia, jak naprawdę żyje jego mistrz. Miarą Lucjana Bohme jest jego skuteczność, ale co z jego życiem osobistym? Idealnie posprzątane mieszkanko urządzone meblami Ikea. Czysto, schludnie, no i ta etażerka z porcelaną, by trochę ocieplić zimne wnętrze. Porcelana, piękna i krucha w drżących rękach. Za chwilę się stłucze jak szczęście na wiele małych kawałeczków, które nasz ambitny komornik będzie zbierał od wszystkich, by tak odnaleźć chwilowy spokój. Bohme nie jest szczęśliwy. On jest pracoholikiem i tylko to go usprawiedliwia. Życie osobiste? Tu już dumny urzędnik nie daje sobie tak rady, nie jest taki czysty. Kiedyś miał tą swoją wielką miłość: Małgosię, a potem wyjechał od tej nędzy, by wrócić jako nowy człowiek, który nie ma oporów romansować z piękną panią prokurator, żoną jednego z komorników. Co ciekawe tym rogaczem jest Pan Zemke grany przez Dariusza Kowalskiego, znanego nam przede wszystkim z roli Janusza Tracza. To się porobiło! Tracz kontra Gerard Nowak z „Długu”. „Bractwo” komorników jest poważnie zaniepokojone tymi poczynaniami swego nadgorliwego brata, przez którego wszyscy w okolicy nienawidzą komorników. Trzeba mu dać nauczkę! Ale z nim nie będzie łatwo. Trzeba go skompromitować. Możesz kogoś podstawić z łapówką. Nauczyć tego synka, że zawód komornika to umiejętne balansowanie między zasadami, łapówkami i wartościami. Nic nie jest czarno-białe i jasne jak te rubryczki i numerki w uporządkowanych papierach
Zanim jednak Lucek wszedł w tą komorniczą rodzinę był pod opieką Roberta Chełsta (Marian Opania), który teraz już zbliża się do emerytury, a właściwie to już umiera na raka. Zmęczony ciągłymi naświetleniami oczekuje końca. Chełst to taki typ komornika, który doskonale zna życie i nie zamierza tak bezczelnie żerować na ludzkiej krzywdzie. Specjalnie wybrał sobie takie rewiry, gdzie nie może zbyt wiele ściągnąć z biednych i dogasających już ludzi. Lucek jednak chciał prześcignąć swego mistrza i stał się jak maszyna do ściągania długów, która codziennie pędzi w rytm głośnej muzyki. Ten rytm, perkusja w soundtracku. Wszystko równo, bez zbędnych improwizacji. Pytanie tylko, ile tak można ciągnąć ten spektakl? Oczywiście, że musi nastąpić moment przełomowy, punkt zwrotny. Kiedy jeden z klientów, zdesperowany piłkarz, któremu wróżono wielką karierę, wiesza się w budynku komornika, jakaś rysa pojawia się na sumieniu głównego bohatera. Po tym wydarzeniu film wyraźnie zwalnia, a Lucjan Bohme nagle spogląda w swoje odbicie i widzi w nim tylko pustkę. I do tego jeszcze ten smród. Czujecie? O ile wcześniej przebojowy Lucek spryskiwał się drogimi wodami i perfumami, które także dawał w prezencie sekretarce, o tyle teraz czuje ten dziwny zapach gnijącego sumienia, „zapach gówna”. Broni się odświeżaczem powietrza, ale nie może go w żaden sposób zatuszować.
To już wcześniej nie dawało mu spokoju, gdy wtargnął do domu pewnego bezrobotnego, by ściągnąć dług. Ściągnął za to z szafy akordeon należący do córki nieszczęsnego obywatela i postanowił go zarekwirować. Zrobiłby to, wyrwałby go z rączek chorej dziewczynki, gdyby nie jej przerażona i zirytowana matka, która okazała być dawną miłością Lucka…Gosia, Małgosia. Tak to jest najbardziej przerażające w tej pracy, że kiedyś może dojść do tak dramatycznego spotkania po latach. Dawny kumpel, dziewczyna, ktoś z rodziny – z jakiej okazji to spotkanie, ano egzekucja długu. Taki jest żywot komornika.
Ale po tym wstrząsie Bohme przechodzi dziwną metamorfozę, jakby piorun go uderzył. Postanawia rozdać rzeczy i pieniądze, które wcześniej zgarniał z takim zawadiackim uśmieszkiem. Przechodzi fazę od nadgorliwości po świętość, ale i tu średnio mu wychodzi ta dobroczynność na siłę, gdy nikt mu już nie wierzy.
„Komornik” to opowieść o człowieku chciał być doskonały w tym co robi podobnie jak „Wodzirej” i zapomniał, że czasem miło obniżyć nieco wymagania i zadowolić się środkiem tabelki, by w ten sposób osiągnąć także wewnętrzny spokój.
Komentarze
Prześlij komentarz