TAK SIĘ ROBI TELEWIZJĘ

 

 


Jak rozśmieszyć pana Boga? Mówiąc mu o swoich planach. Oto codziennie ćwiczymy kolejną scenę z naszego ambitnego scenariusza, lecz uparty producent Los, zawsze coś zmienia. Delete, backspace, korektor, ołówek, gumka. I znów do roboty.

Mike Klein (w tej roli minimalistyczny, oszczędny w środkach wyrazu David Duchovny) z kamienną twarzą przyjmuje smutną wiadomość, że aktor, którego wytypował do głównej roli w swoim serialu „Kroniki Wexlera” (nawiązanie do „Kronik Seinfelda”) nie jest odpowiednim kandydatem. Producenci oczekują kogoś bardziej dosadnego, wręcz przesadzonego, a to już nadwyręża wizję scenarzysty. To jednak dopiero początek nierównej gry, w której producenci, telewizja ma zawsze rację, a twórca… musi się podporządkować. To zresztą żadne novum, scenariusz to otwarta wizja, którą po kolei uzupełniają ambitni reżyserzy, aktorzy z większym lub mniejszym ego, specjaliści od wielu różnych spraw. I gdy wreszcie wszyscy zrobią swoje, można z niepokojem oczekiwać, czy ta wspólna wizja porwie publiczność.

Główny bohater, Mike nie jest jakimś żółtodziobem w tym biznesie. Ma za sobą parę produkcji (a sam Duchovny ma już za sobą kultowe „Z archiwum X” czy "Californication") i mniej więcej wie, czego się spodziewać, ale gdy producenci coraz bardziej ingerują w jego AUTORSKI projekt oparty na rodzinnej historii, dostaje cholery. Jake Kasdan reżyser i scenarzysta tego filmu chyba przerobił te emocje w dwójnasób, zaliczając różne mini produkcje, by się zahartować jako twórca. W dodatku jest przecież synem Lawrance’ a Kasdana scenarzysty kultowych „Poszukiwaczy zaginionej arki”, czy „Imperium kontratakuje”. Był świadkiem produkcji wielkich hitów, jak i offowych filmów. Sam Jake w swojej twórczości balansuje między tymi biegunami. „Tak się robi telewizję” podobnie jak wcześniejszy film Kasdana, „Kwaśne pomarańcze” to obrazy przepełnione ironią, mają specyficzny, „słodko-gorzki” klimat, gdzie główny bohater wciąż nie ma spokoju i nie może spełnić do końca swojej ambitnej wizji z aktorami, z którymi przyszło mu…żyć.

Nie dziwne, że ci bardziej przedsiębiorczy twórcy po takiej twórczej męczarni na planie filmowy zakładają własne wytwórnie, by w ten sposób wykupić sobie luksus niezależności, wystarczy wspomnieć przykłady Kirka Douglasa, czy George’a Lucasa. Zresztą przykład Lucasa tu nawet wpasowuje się dobrze w kontekst zdrowia twórcy, który nie mogąc znieść tego, że jego wizja jest zupełnie rujnowana (z powodu niskiego budżetu), podupada na zdrowiu. Lucas nie mogąc wytrzymać nerwowych utarczek z Johnem Dykstrą (specjalistą od efektów specjalnych), trafił do szpitala, bo za bardzo przeżywał cały ten film.

Ale jak tu nie przeżywać, gdy ciąży na tobie spora odpowiedzialność. Pomysł i budżet.

Film Jake’a Kasdana jednak nie ukazuje kulisów powstawania filmu fantastycznego, pełnego drogich efektów i rekwizytów, a jedynie kulisy serialu komediowego, jakich dziś wiele. Jedne powstają, drugie się kończą. I tak w kółko. Co niestety martwi Mike’a, który próbuje być oryginalny w swoim koncepcie, a jednocześnie musi trzymać się utartych ścieżek komediowej narracji.

Gdy serial ewoluuje w coraz to bardziej dziwne wątki, odbiegając od oryginalnej koncepcji, Mike skarży się na coraz większe problemy z kręgosłupem. Nie opuszcza mnie dziwne wrażenie, że to doskonała metafora kręgosłupa moralnego twórcy, który musi mocno się pochylić, zapomnieć o niebiosach ambitnych fraz i wręcz, zgarbić, dotknąć bruku wulgarnej prozy życia, by wreszcie telewizja kupiła i wypromowała jego pomysł. Mike zaciska zęby z bólu, a producentka Lenny śmieje się na cały głos. Świętuje wysokie noty oglądalności jakiegoś chłamowego programu. Przebojowa, uśmiechnięta Lenny (Sigourney Wever), która oddała całe swoje życie telewizji, do tego stopnia, że już jako rozwódka, wolny czas spędza z córką na oglądaniu seriali i analizowaniu poszczególnych kandydatów do ról w kolejnych sitcomach. Wciąż kaprysi nad scenariuszem, a wtóruje jej dyplomatyczny Richard, który chcąc nie chcąc musi słuchać uwag szefowej, choć gdzieś w głębi wspiera oryginalną wersję scenariusza Mike’a. Ale i życie Richarda w końcu staje się smutną mydlaną operą, po której wypada powiedzieć tylko „smacznego telewizorku”. Bo gdy większość czasu spędza się na przesłuchaniach do seriali, w końcu rodzina musi wylecieć z obowiązkowego programu telewizyjnego… I chyba nie będzie powtórki programu.

Gdzieś przy drzwiach snują się młodzi aktorzy, którzy liczą, że tym razem załapią się na trochę dłuższy etat. Oby ten serial wypalił i trwał tyle co Moda na sukces! Na planie już szaleje ekipa filmowców, gdzie każdy z członków chce zadośćuczynić swoim ambicjom artystycznym. Wszyscy ci ludzie podpisali swoisty pakt ze szklanym ekranem, pakt przeciw biednemu scenarzyście. Nie takie ujęcie, nie taki występ aktora, nie taka scenografia!

Mike może by walczył bardziej zajadle, ale musi się pilnować pod maską dyplomaty, skoro ma rodzinę na utrzymaniu, a drugie dziecko w drodze – przypomina mu żona (w tej roli Justine Bateman, aktorka, ale dziś już bardziej producentka), a w udzielaniu celnych ripost pomaga mu dyplomatyczna menadżerka, Alice. Wiele razy nagina ona prawdę, by Mike nie musiał się tak bardzo denerwować, gdy Lenny naciska, by scena pogrzebu była bardziej pogodna, bo przecież temat śmierci zawsze przygnębia telewidzów. Wszystko ma być jak ze słonecznej pocztówki, to się najlepiej sprzedaje. A samobójstwo brata? W scenariuszu brat popełnia samobójstwo. Upiera się Mike. A producenci już dają swój pomysł. Nie będzie samobójstwa, to matka umrze… itd. Czyżby? Elastyczność, kreatywność, otwartość – oto najlepsza recepta na to, by spokojnie przejść przez proces twórczy i przez życie, do którego los zawsze dorabia alternatywne sceny.

Ciekawe, ileż to ambitnych scenariuszy przepadło tak po prostu, bo nie wpasowywały się w konkretny schemat, gusta, oczekiwania. A jak wyglądały pierwsze wersje scenariuszy seriali, do których już przywykliśmy?

O „Modzie na sukces” już ani słowa.

 

Teraz premiera nowego odcinka naszej egzystencji

 

„Życie na full”


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH