MUSISZ ŻYĆ
Rok 1997, na ekranach polskich kin królują takie hity jak „Kiler”, „Sara” czy „Nocne graffiti”, zwłaszcza te dwa ostatnie, z narkotykowym problemem, ukazanym w jaskrawym lub słabszym świetle wprowadzają nas do filmu, o którym tu będziemy traktować.
Rzecz będzie dotyczyła walki z tym toksycznym zjawiskiem, walki z narkotykami/wiatrakami, ale przede wszystkim walki o własne dziecko, które jest uzależnione. Zapada się w tym bagnie, lecz nie zamierza prosić o pomoc. Zrozpaczony rodzic może patrzeć, jak traci dziecko albo mimo wszystko próbować walczyć. O ile „Nocne grafitti” ukazuje heroiczną i wręcz kowbojską walkę z gangsterami i dilerami, gdzie nie zabraknie strzelanek i wybuchów, o tyle „Musisz żyć” to film już bardziej realistyczny, bez fajerwerków, prosta historia o tym jak rozkapryszony dzieciak z dobrego domu stacza się w otchłań, a rodzice zbyt późno przyjmują do wiadomości, że ich syn jest takim samym narkomanem, jak te upiory spotkane na dworcu. Ale zarówno tu i tam morał jest ten sam. Narkotyki będą zawsze. Pytanie brzmi, jak zatem walczyć z uzależnieniem, które coraz bardziej przejmuje stery nad świadomością człowieka? Skąd bierze się uzależnienie. Czy chodzi o lęk, poczucie presji, wobec których człowiek musi się jakoś uwolnić, przez chwilę poczuć przyjemność, zażywając kolejną dawkę?
Narkotyki to zresztą najbardziej jaskrawy przykład uzależnienia, jakże wdzięczny do pokazywania w literaturze czy sztuce. Ci słaniający się ludzie, niczym upiory z podkrążonymi oczami kroplami potu na czole. Trochę jak Frodo w malignie albo jak Upiory Pierścienia, ciągle pragnące go zdobyć. Ciągły kołowrót pokusy. Ale przecież uzależnienie niejedno ma imię i jakże jest przewrotne w swej grze. Uzależnienie od alkoholu, seksu, drugiej osoby. Uzależnienie, które odbiera trzeźwy rozsądek, chłodne spojrzenie na daną sytuację. Uzależnienie, które powoduje w człowieku nieustanny przymus, a nie „czystą”, świadomą chęć działania.
„Musisz żyć” to telewizyjna produkcja w reżyserii Konrada Szołajskiego, utrzymana poetyce „ku przestrodze” dla dzieciaków i rodziców, a wszystko to w szlachetnej kampanii antynarkotykowej. Nawet jeśli to film z edukacyjnym przesłaniem, czyli robiony trochę jak „antyreklama” , to jednak ma on coś w sobie, co spróbujemy tu odkryć. Ten szorstki pazur lat dziewięćdziesiątych, gdy na mrocznych dworcach słaniali się narkomani, prosząc przejezdnych o wsparcie. W drastycznych przypadkach wyciągali strzykawki, grożąc, że zarażą wirusem, jeśli nie otrzymają pieniędzy na kolejną działkę. Brrrrr.
Niesamowity surowy klimat i oczywiście niezwykła obsada, starająca się jak najlepiej ukazać tą całą rodzinną tragedię. Piotr Fronczewski w roli zapracowanego ojca, Adama Hryńczaka, bankowca, który jak Adam w raju konsumpcji próbuje nazwać na nowo pozorne przyjemności i luksusy. Ze zgrozą odkrywa, że ten cały zbytek gadżetów i wytrawnych wnętrz coraz bardziej rozbija rodzinę. Jego żona, Magda (Marzena Trybała) to znerwicowana, niespełniona artystka, która albo tworzy albo wiecznie zmienia wnętrze domu, bawi się kolorami i gadżetami, nie próbując zmienić relacji ze swoimi najbliższymi. Ich córka Agnieszka (debiutująca na ekranie Dominika Ostałowska, jeszcze przed „M jak Miłość”) to z kolei przykład egoistycznej kujonki, studentki, która wiecznie przygotowuje się do różnych egzaminów i również ma dosyć tego pozornego ciepełka rodzinnego. Jest jeszcze ciotka, „nestorka rodu”, nieco zrzędliwa, ale zawsze pomocna przy robieniu obiadu. No i kogo jeszcze brakuje? Oczywiście głównego bohatera, który ma coraz większe problemy z narkotykami. Chodzi o Jacka. W tej roli Wojciech Klata, którego wcześniej mogliśmy podziwiać choćby w „Dekalogu” Kieślowskiego, „Korczaku”, „300 mil do nieba” (imponująca filmografia aktora dziecięcego), a później z kolei w kultowych „Chłopakach nie płaczą”. Repertuar między dramatem i komedią, co także dobrze oddaje mieszane emocje, jakie wstrząsają Jackiem. Tak, musimy porozmawiać o Jacku. Jacek ma problemy. Tegoroczny maturzysta, z pasji fotograf i być może w przyszłości operator filmowy, przygotowujący się do szkoły filmowej. Wielkie ambicje, wielkie nadzieje rodziców.
Tu zresztą wyraźnie nam się przedstawia sens samego tytułu filmu „Musisz żyć” korespondujący z piosenką zespołu O.N.A. Mówią ci, musisz być taki i tak musisz żyć. Ale żyć dla czego? Dla kogoś, dla siebie, dla kariery, dla zdobywania tych wszystkich trofeów? Ta poetyka odbije się echem kilkanaście lat później, gdy Jan Komasa ukaże nam „Salę samobójców”. Tam również mamy bohatera z dobrej rodziny, w której jednak dobrze się nie dzieje, a sam chłopak odpływa w coraz głębsze rejony depresji i świata wirtualnego, nie wiedząc już, czyje spełniać ambicje: własne czy rodziców?
Dla Jacka sporo wrażeń. Najpierw matura, potem studia, a w gdzieś w międzyczasie nowo spotkana dziewczyna o pseudonimie Yopi. Nieco starsza, seksowna, „businesswoman”, zajmująca się dilerką. Jacek dla niej i dla narkotyków traci głowę. Aż przypomina się tutaj teledysk do piosenki „Johnny B.” zespołu Hooters”. Nie może uwolnić się od ciągłego pożądania jej i nowej działki.
Z początku Jacka poznajemy jako wesołego chłopaka, który tryska energią i nowymi pomysłami. Tak jak Jacek jest szczęśliwy, tak rodzinka wydaje się być szczęśliwa. Jacuś nam wyrósł. Jacuś za niedługo będzie kimś wielkim. Poczekajmy. Aż chce się to uwiecznić w jakimś dokumencie. Dlatego otwierająca scena to film w filmie. Ekipa telewizyjna pod wodzą ekscentrycznej dziennikarki (Edyta Jungowska) realizuje humorystyczny reportaż o rodzinie Hryńczaków, gdzie Jacek jako przyszły operator dorzuca swoje trzy grosze. Niestety po tych wesołych scenkach przychodzi czas na rzeczywistość. Chłopak znika, opuszcza lekcje, szwenda się nie wiadomo gdzie. Gdyby jeszcze chodziło tylko o dziewczynę. Ale nie. Dziewczyna ta niczym zła czarownica omamia księcia (jak w „Srebrnym krześle” Lewisa). Jeśli już Jacek się zjawia w domu to z ozdobą na twarzy w postaci niezłej śliwy pod okiem. O co poszło? Sprawa honoru i tak dalej. Takie gadki można wciskać rodzicom, ale nie na długo. W końcu widać, że z Jackiem dzieje się coś niedobrego. Lustro pęka. Prawie jak schizofrenia albo choroba afektywna dwubiegunowa. Raz żal i smutek potem podniecenie, gniew, jakiś dziwny obłęd w oczach, a następnie obniżenie nastroju. Jego błazeński śmiech, potem wszczynanie kłótni, demolowanie domu, pokorne przepraszanie, całowanie dłoni matki, a potem gryzienie jej, jakby był wilkołakiem i miał wściekliznę. Znowu ucieczka i kradzież emerytury ciotki. Wiadomo na co pójdą te pieniądze, na kolejną działkę.
Wreszcie diagnoza, postawiona przez piękną (aczkolwiek trochę szorstką) panią doktor (Małgorzatę Foremniak, która za dwa lata zagości w „Na dobre i na złe”). Jacek jest pod wpływem narkotyków. Jacek jest uzależniony. Tylko terapia może coś dać, choć i tu trzeba być ostrożnym w prognozach. Rodzice z początku nie wierzą. Nie dopuszczają tej myśli, że może być AŻ tak źle. Palenie trawki. Ok. Każdy był młodym i oni też palili w latach sześćdziesiątych. Ale Amfa, te strzykawki, koktajl i widok snujących się szkieletów w brudnych ubraniach, którzy zajmują jakieś podejrzane meliny. Tak nie może wyglądać życie Jacka. Jacek to nasz syn, to artysta, ale przecież nie narkoman! Na litość Boską! Do rodziców, zwłaszcza do Magdy to w ogóle nie dociera. Oprócz głównych bohaterów na uwagę zasługują tu występy Iwony Bielskiej, despotycznej przewodniczącej stowarzyszenia rodziców uzależnionych dzieci, Stanisławy Celińskiej jako matki uzależnionej córki. To rola chyba podwójnie znacząca dla samej Celińskiej, która przez lata zmagała się z własnym alkoholizmem, czy wreszcie wyrazisty występ Piotra Wawrzyńczka w roli narkomana (który wcześniej grał w filmie o uzależnieniu od alkoholu „Tylko strach”), który Adamowi opisuje walory pewnej naćpanej dziewczyny, która zrobi wszystko za jedną działkę. A na końcu jeszcze ten dziwny śmiech jednego z narkomanów, spotkanego w noclegowni, którą zarządza Cezary Żak, w roli zakonnika. Śmiech szaleńca i zrozpaczonego człowieka. Wszystkie te spotkania są jak drogowskazy, wiodące zrozpaczonych rodziców do piekła zatracenia ich dziecka.
Jacek błąka się po piekle, a Adam jako ten silniejszy, rozsądniejszy postanawia go szukać. Sprawdzi każdy podejrzany klub i melinę, byleby znaleźć swego syna. Przekona nawet do pomocy tą podejrzaną dziewczynę, Yopi (Edyta Łukaszewska), która zna ten mroczny świat pod strzykawką jak żadna inna. Czyżby Dante znalazł swego Wergiliusza? A może jednak to Beatrycze? Yopi potrafi zaskoczyć. Na początku poznajemy ją jako bezwzględną dilerkę, ale ona również odczuwa coraz większe wyrzuty sumienia. Kiedy Adam wyrzuca z jej torebki towar i spuszcza w toalecie, jest gotowa go zabić, ale potem zaczyna mu pomagać. To ją ekscytuje. Czuje się jak tajniak, który szuka podejrzanego przestępcy. A może gdzieś w głębi podkochuje się w Adamie, chce romansu z dojrzałym mężczyzną. Inna sprawa, że tylko z Yopi Adam pozwala sobie na tak brutalnie szczerą rozmowę o swoich problemach rodzinnych. Tylko jej może się przyznać, że jego życie rodzinne to udręka z dwójką dzieci i znerwicowaną żoną, niespełnioną artystką. Yopi potrafi słuchać. Tylko rozmowa, a chyba jeszcze głębsza niż sex z żoną.
Podczas tych wycieczek z Yopi po brudnych zaułkach pozornie znanego miasta, Adam zobaczy, jak można nisko upaść, poczuje zapach życia, którego atrapę widział w filmach sensacyjnych. Wciąż nie będzie mógł uwierzyć, że jego syn gdzieś w tych zaułkach marnuje swoje życie. Jacek jednak wróci do domu, jako syn marnotrawny. Przeprosi i jak zwykle umiejętnie zagra na emocjach wzruszonej matki. Wróci, by się najeść, umyć i wyłudzić kolejną sumę pieniędzy. Ale o tym na razie cichosza. Grunt to utrzymywać pozory. To całe zamieszanie z narkotykami to po prostu wymysł rodziców. Ostatnie podrygi młodzieńczego buntu. Niech się wyszumi chłopak przed dorosłością. Może i tak. Adam wraca do liczenia słupków bankowych. Magda znów ucieka w sztukę, jedzie z wystawą swoich prac, którą załatwił jej cichy adorator, Witek, dyrektor banku, w którym pracuje Adam. Jacek znowu sprawia wrażenie takiego, jakim był kiedyś, roześmianego, pełnego energii. Uspokaja matkę, która i tak mocno przeżywa każdy zwrot akcji w życiu swoich dzieci. Ale gdy tylko Magda wyjeżdża na wystawę, Jacek znów znika z domu. Znowu ucieczka i to samochodem ojca (wypasionym VOLVO). Nie trudno się domyślić, że samochód nie wróci cały. Porozbijany i holowany przez policję, świadczy tylko o wielkiej przegranej Jacka, który wreszcie musi stawić czoła odpowiedzialności za swoje czyny.
Czas iść do ośrodka na leczenie albo do więzienia za dewastację auta ojca. Między młotem i kowadłem. Wybieraj! Przerażony Jacek skarży się ojcu, że żyje w zbyt dużej presji, że nikt go nie rozumie. Ale również ojciec nie żałuje szczerości:
„Myślisz, że mnie jest łatwo?! Z twoją matką, która ma nieustanną nerwicę, ponieważ nikt nie chce kupować tych jej arcydzieł, z dwojgiem dzieciaków, które nieustannie wyciągają ręce po pieniądze! Tylko nikt nie zastanawia się nad tym, że ja sam muszę na to zarobić. Co ty myślisz, że mi się chce pracować 24 godziny na dobę. Pieprzyć się z tymi bankowymi słupkami. Że nie mam ochoty tego wyrzucić w diabły i uciec stąd, wyjechać. Ale nie robię tego! Słyszysz?! (…) Chcesz zdechnąć pod płotem?!”.
Ojciec zawsze jest obok, ale musi mieć twardą rękę, by trzymać syna w pionie. Wydaje się znów, że sytuacja jest pod kontrolą. Jacek w ośrodku przechodzi drastyczną terapię, a Adam postanawia zrezygnować z awansu w banku, by mieć więcej czasu dla rodziny. Magda natomiast rozkoszuje się pobytem za granicą i wciąż wmawia sobie, że może być wielką artystką, a w jej rodzinie nie dzieje się nic złego. Agnieszka wreszcie zdaje egzamin i z większą empatią podchodzi do problemów brata. Ale jednak… wszystko pęka. A my, widzowie, przekonujemy się, że to jednak nie będzie „happy story”.
Jacek znów znika z ośrodka. Adam znajduje go na dworcu, miejscu w którym większość narkomanów odjeżdża już na zawsze do innego świata. Bezbronny i otępiały Jacek leży na rękach Adama jak małe dziecko. Ale to nie narodziny tylko śmierć. Pieta na dworcu, gdy zrozpaczony ojciec wyciąga z otchłani nałogu swego syna, który jeszcze przed śmiercią rozpoznał ojca. Tej scenie towarzyszy przejmujący soundtrack autorstwa Danuty Zankowskiej. Najpierw te smyczki jak pszczoły podkreślają napięcie, a potem ten smutny fortepian, obrazujący zanikając dźwięk pulsu życia i wreszcie obojętny saksofon.
A po tym wszystkim rozbrzmiewa O.N.A ze swoim słynnym utworem „Czy warto było?” w wersji akustycznej, której tekst jest idealnym domknięciem całego filmu.
Gorzka historia o tym, jak czasem zbyt łatwo zamiatamy problem pod dywan, aby potem przegrać walkę o siebie czy naszych bliskich. Oby ten film nigdy nie odbił się w naszym życiu pełnym lęków i uzależnień.
Komentarze
Prześlij komentarz