SEKRETNE ŻYCIE WALTERA MITTY. W POSZUKIWANIU NEGATYWU ŻYCIA I OBIEKTYWU RÓWNIEŻ
Macie czasem wrażenie, że bardziej żyjecie w swoich marzeniach niż tu i teraz. Może jesteście idealistami, może niespełnionymi jednostkami, które zawsze uparcie szukają swego raju spełnienia gdzieś poza tymi ramami, na których rozciągnięte jest ich szare płótno życia. Nie mogąc znieść tego, że to życie w żadnym stopniu nie przypomina kolorowego życia z filmów i internetowych przechwałek instagramowych gwiazd, dmuchacie uparcie w płótno jak w żagiel statku, który płynie gdzieś w nieznane. Dokąd? Tylko wy wiecie, dopóki słodki sen wam sprzyja a zaduma nie grozi spowodowaniem wypadku. Potem słychać budzik, ktoś was szturcha, czas wrócić do tego co tu i teraz.
Jeśli wam jest bliskie takie uczucie, to poznajcie kolejnego członka klubu marzycieli, Waltera Mitty’ego, czterdziestodwuletniego, samotnego faceta, który piastuje stanowiska kierownika działu archiwum negatywów w legendarnym magazynie Life. Całkiem nieźle. Ale jednak pozostaje niedosyt, prawda drogi Walerze? Dojrzały facet, a wciąż gdzieś w głębi chłopiec, pragnący przeżyć jakąś ciekawą przygodę. Coraz boleśnie odczuwa to, że na jego kliszy życia nie odbiło się nic godnego uwagi, a czas bije nieubłaganie. Kiedy to się stało, że zapomniał on o swoich marzeniach, odłożył plecak i nigdy nic nie zapisał w dzienniczku podróży, który dostał od ojca.
Może wtedy, gdy stracił ojca jako nastolatek. Równolegle ze szkołą rozpoczął pracę w restauracji, a potem się to jakoś potoczyło. Dziś pomaga matce i siostrze, niespełnionej artystce. I jakoś tak sobie udaje, że żyje. Nasz niepozorny bohater pod krawatem, w wyprasowanym mundurku i z walizką doświadcza dziwnego paradoksu. Pracując w „Życiu”, nie żyje pełnią swego życia. Trochę wyczuwa się tu klimat filmu „Zdjęcie w godzinę”, gdzie również mamy bohatera zajmującego wywoływaniem zdjęć, który bardziej żyje życiem swoich klientów niż swoim własnym. Tyle, że tam niewinnie wyglądający Seymour, samotny mężczyzna w średnim wieku, coraz bardziej ingeruje w życie klientów. Walter na szczęście potrafi jeszcze trzymać równowagę, choć zdarza mu się zawiesić w fantazji, w nieodpowiednim momencie, gdy akurat mija nowego, wrednego szefa-karierowicza.
Te fantazje na przykład dotyczą jego koleżanki z pracy, księgowej Cheryll, która zwyczajnie zawróciła mu w głowie, ale on nie wie, jak zwrócić jej uwagę na siebie. Zwykłe „cześć” i uprzejma konwersacja na korytarzu firmy jakoś nie rozpalają wielkiego uczucia, jak to bywa w filmach. Cheryll zresztą jest ostrożna co do nowych związków, bo ma jeszcze syna. Ale w marzeniach Waltera ona jest zawsze tą dziewczyną, księżniczką, której on przychodzi na ratunek. Ona go podziwia, ona go inspiruje, jest jego muzą, a czasem partnerką w trudnym śledztwie dotyczącym poszukiwania pewnego zdjęcia, o którym w następnych akapitach.
Podczas gdy Walter Mitty snuje swoje marzenia o życiu na maksa o byciu superbohaterem takim choćby jak zamknięty w sobie Bruce Wayne czy Peter Parker, jego mistrz Sean O’Connell o zawadiackim wyglądzie, reportażysta i fotograf przemierza kolejne części świata, by utrwalić je na tradycyjnych negatywach. Seanowi nie straszne tornada, dzikie bestie, dżungle, wojny, sztormy i brudne statki. Zawsze ze swoim aparatem pragnie być świadkiem wielu ważnych zdarzeń. Ale jego praca chwytania kadrów z życia nie byłaby pełna, gdyby nie staranna obróbka Waltera, który do każdego negatywu podchodzi z wielką sumiennością. Ta współpraca układała się od lat, mimo, że panowie właściwie nigdy się nie spotkali. Zresztą Sean rzadko do kogo się odzywa. Nie rzuca niepotrzebnych słów, a jeśli już wybierze kogoś na rozmówcę, to powie mu coś naprawdę ważnego i inspirującego. Jak dotąd O’ Connell przysyłał negatywy do redakcji i dobrze wiedział, że Walter go nie zawiedzie. Teraz zresztą w ostatnim liście podziękował mu i przysłał w prezencie także skórzany portfel. Ta owocna współpraca mogłaby trwać jeszcze przez kolejne magazyny „Life”, śledzące najważniejsze wydarzenia z kraju i świata. Ale cóż. Magazyn ze swoim tradycyjnym formatem, zdyszany dobiega do mety. Czas się dostosować do nowych czasów i przejść na format elektroniczny. Bezduszna cyfra wypiera romantyczny analog. To nie koniec zmian. Ambitni managerowie wciąż wymyślają nowe, absurdalne rozwiązania, by było widać, że coś robią. Jak zwykle trzeba ciąć koszty, zwalniać ludzi. Transformacja, likwidacja, transformacja, a potem i tak wychodzi na to, że lepsze było to, co było wcześniej. Ale zanim wszyscy dojdą do tego oświecenia, trzeba się jeszcze postarać przy ostatnim papierowym wydaniu magazynu.
Taki numer wymaga odpowiedniej okładki, na której rzecz jasna będzie zdjęcie wykonane przez legendarnego, wspaniałego Seana O’Connella, który jawi się w tym filmie niczym Bóg, odległy, tajemniczy, genialny. Walter już przeczytał notkę od niego i wie, że pośród przesłanych negatywów, to zdjęcie numer dwadzieścia pięć ma być „kwintesencją” magazynu i zdobić ostatnią papierową okładkę. Wszystko pięknie, tyle że pośród przesłanych rolek filmowych nie ma negatywu dwadzieścia pięć. Kierownictwo się niecierpliwi, bo makieta ostatniego numeru już jest prawie złożona, a Walter próbuje dociec, co się stało? Nigdy nie gubił negatywów. To by była największe hańba dla niego jako dla archiwisty.
Może Sean nie przysłał zdjęcia, a może jest ono gdzieś indziej, gdzieś bardzo blisko, ale tak jak w każdej baśni, bohater najpierw musi pokonać wiele niebezpieczeństw, aby odnaleźć to, czego szukał. A niepozorne zdjęcie jest tylko przyczynkiem do wielkiego odkrycia, jakie czekało na bohatera, swoistą ramkę w której zobaczy on coś nowego. Co? Poczekajcie jeszcze chwilę.
Oto dzieje się rzecz niezwykła, niepozorny Walter Mitty, żyjący bardziej w alternatywnych światach, gdzie mógł być bohaterem, ratować świat, imponować swojej ukochanej Cheryll i na dokładkę odegrać się na wrednym szefie, który na każdym kroku mu docina. Ten Walter Mitty, żyjący w niespełnieniu, postanawia wybrać się w podróż, by odnaleźć Seana i zapytać go wprost o zaginiony negatyw numer dwadzieścia pięć. Nie jest to oczywiście takie proste, ponieważ O’Connell nieustannie się przemieszcza z jednego miejsca w inne, to Islandia, to Grenlandia, potem Afganistan i wreszcie Mount Everest. Tam niebo, tu morze, a potem twarde skały. Facet jest wszędzie i nigdzie. Spotkanie O’ Connella to prawdziwe wzywanie dla Waltera. Ale na szali znajduje się jego praca zawodowa a także prestiż samego pisma. Oto przykład oddanego pracownika, który rzuci swoje dotychczasowe nudne życie i uda się na poszukiwania negatywu zdjęcia, kryjącego w sobie jakąś niezwykłą tajemnicę.
Pościg na deskorolce (jak z „Powrotu do przyszłości”), sztorm, walka z rekinem (jak w „Szczękach”), lot helikopterem z pijanym pilotem podczas burzy. Twórcy nie żałują nam efektownych, głośnych scen, będących parodią filmów o super bohaterach. Ale nie zabrakło tu również pięknych widoków, bezkresnych pól, gór owianych mgłą i wijących się cudownie ścieżek, którymi niejeden zagubiony wędrowiec będzie jeszcze szedł w nadziei, że rozplącze swoją historię.
Ile to człowiek musi przeżyć, by obudzić w sobie uśpione „ja”, by wreszcie dostać się do upragnionego celu. Przeżyć. No właśnie. Najważniejsze to jednak coś przeżyć, a nie tylko dotrzeć do celu, ale Walter zrozumie to później. Póki co jesteśmy na tej skalistej górze. Jest zimno, plecak ciężki, oddech płytki, bolą mięśnie. Do świadomości ciągle puka to nieznośne pytanie: „I co ja tu robię do cholery?!”.
Jak na ironię, spotkanie z legendarnym Seanem, na które tak długo czekaliśmy w napięciu z głównym bohaterem, nie jest jednak aż spektakularne, jakby się mogło wydawać. Raczej rozbraja swoją prostotą, co także dobrze oddaje filozofię O’Connella jako skromnego faceta. Spotkanie tych dwóch panów na filmie to zaledwie kilka minut. Ale niezwykłe, jak bardzo spokojne i głębokie są to chwile na tle tych wszystkich głośnych dynamicznych scen, które widzieliśmy wcześniej. Walter przygląda się swojemu mistrzowi z niedowierzaniem. Sean jak zwykle kryje się za swoim wielkim obiektywem i czeka w skupieniu. Na co? Na jakiś ważny moment, na spotkanie z dziką bestią, której naturę chciałby oddać na fotografii. Trwa tu i teraz, nie śpieszy się, medytuje.
Chyba nie bez powodu filmowy Sean to prawdziwy Sean Penn, idealnie pasujący do roli twardych gości o nonkonformistycznym podejściu. Ten Sean Penn, który kiedyś namawiał Michaela Douglasa do podjęcia ryzykownej „Gry” w poszukiwaniu głębokich, życiowych doświadczeń. Sam Penn również pasjonuje się przygodą, czemu dał wyraz w swoim debiucie reżyserskim: „Into the wild” z 2007 roku. To film poświęcony osobie Chrisa McCandlesa, dwudziestoparolatka, który porzuciwszy dom, studia, zainspirowany poetyckimi sloganami, ruszył w podróż w nieznane (w głąb siebie), by zakończyć swoje życie na Alasce. Ostatnio o Pennie było głośno w kontekście jego wsparcia dla walczącej Ukrainy. Co ciekawe takim ambasadorem wsparcia został również Ben Stiller. W ten sposób obaj panowie zapewnili sobie honorowe miejsca na czarnej liście i dożywotni zakaz wjazdu do Rosji. No cóż, po za zimną Rosją jest jeszcze wiele innych ciekawych miejsc.
Walter wstrzymuje oddech. Dookoła dość nieprzyjemny krajobraz, zimno, twarde skały, czasem prószy śnieg. Idealna atmosfera, by oczyścić swoje wnętrze, nabrać pokory a może i dystansu do tego wszystkiego, co dotąd spotkało Mity’ego. Bruce Wayne także przedzierał się przez takie krajobrazy, by potem trenować u samego Ra’s al Ghula i wreszcie żeby stworzyć siebie na nowo w postaci Batmana.
Tu także na tym skalistym wzgórzu Walter Mitty, spotykając Seana O’Connella, doświadczy oświecenia w swoim życiu. To niezwykłe spotkanie marzyciela, archiwisty klisz życia, z praktykiem przygody, który żyje od jednego krańca świata do drugiego. Walter nareszcie staje oko w oko z człowiekiem, którym zawsze chciałby być. Przez te parę chwil doświadcza on jakiejś niezwykłej jedności z samym sobą. Nie chodzi jednak o to, aby być dokładnie Seanem O’Connellem, ale żeby wziąć przykład z jego sposobu życia. Spójrz Walter, ile przeszedłeś, żeby się tu dostać. Zobacz, ile przeżyłeś przygód, wreszcie obudziłeś w sobie jakiś nieznane pokłady energii.
Śnieżna pantera, na którą czeka cierpliwie Sean wyłania się zza skał. A gdy już się pojawi to piękne stworzenie i spojrzy w obiektyw, ku zdziwieniu Waltera, O’Connell nie naciśnie spustu migawki. Nie zabije tego stworzenia w jednym zdjęciu. Nie tym razem. Zniecierpliwiony Walter jest wciąż zdumiony takim podejściem. Ale jeszcze bardziej jest zaskoczony, że tajemniczy, zaginiony negatyw numer dwadzieścia pięć był tak naprawdę cały czas w portfelu, który przysłał mu w prezencie Sean, jako wyraz wdzięczności za jego pracę. Co jest na tym zdjęciu? Wspomniana już wyżej kwintesencja magazynu „Life”. Wzruszony Walter zobaczy je w pełnej okazałości w kiosku z gazetami. Portret człowieka oddanego swojej pracy, przeglądaniu negatywów, który bez tego całego jaskrawego blichtru super bohatera, bez tego zgrywania się, jest cudownie zwyczajny, prawdziwy. Oto portret człowieka, który jest „kotem-duchem” i nie narzuca się ze swoim pięknem. Spójrz w lustro Walterze. Spójrzcie wszyscy na siebie, takim, jakim jesteście tu i teraz. Takie jest wasze piękno. Piękno, które nie szuka poklasku i odbicia.
Oto twoje życie Walterze, utrwalone na tej kliszy. To ty i za to kochają ciebie w rodzinie i za to szanują cię w pracy. Właśnie bez takich „zwyczajnych” ludzi nie byłoby tego magazynu i to im jest dedykowany ten ostatni numer.
„Sekretne życie Waltera Mitty’ego” to chyba jeden z najciekawszych filmów w reżyserii Bena Stillera, (to właściwie remake filmu z roku 1947) który ma na swoim koncie takie lekkie produkcje jak „Zoolander”, „Jaja w tropikach” czy te bardziej ambitne: „Orbitowanie bez cukru” albo „Telemaniak”. Zwłaszcza te dwa ostatnie w jakimś stopniu pokrywają także z tym filmem. Doprawdy? Na upartego znajdziemy poszukiwanie sensu, esencji życia, ale już z perspektywy faceta po czterdziestce, który choć ma stałą pracę nie może znaleźć tego jednego pięknego momentu na kliszy. Natomiast bohaterowie „Orbitowania bez cukru” byli przedstawicielami pokolenia X, które nie potrafi być w niczym solidne i łatwo traci poczucie sensu. Bo jaki tu mieć cel, gdy wszystko jest podobne do batonika, który bierze się z regału, rozpakowuje, przegryza i już. Za czym tu biegać? O co się starać? O pracą? Którą z kolei? I ile jeszcze będzie tych obietnic spełnionego życia jak z reklamy? Ile jeszcze garniturów i strojenia min do lustra? Kolejna plansza, kolejna klisza. Nihiliści w życiu przepełnionym wygodami. Nie wspomnę tu już o bohaterze „Podziemnego kręgu”, który uciekł w swoją schizofrenię, by przeżyć coś więcej oprócz konsumenckiego życia.
Dosyć tego smęcenia znudzonych dekadentów, którzy psują tą radosną młodość. Włączmy trochę akcji. Walter Mitty, choć ma już czterdziestkę na karku, ratuje się przed kryzysem ucieczką w świat fantazji, gdzie zawsze przywraca utracony porządek.
Ten film choć radośniejszy w swej wymowie niż dekadenckie „Orbitowanie bez cukru”, oparty trochę na poetyce filmów o super bohaterach, przepełniony efektami specjalnymi, jakie widzieliśmy w produkcjach typu „Hulk”, „Hancock”, „Spiderman” czy „Batman”, to jednak gdzieś poza tymi gęstymi i głośnymi scenami, naszpikowanymi efektami specjalnymi, rezonuje refleksja nad naszym życiem. Najpierw cichutko, a potem coraz głośniej. Jakie życie tak naprawdę prowadzimy? Czy potrafimy być autentyczni w tych paru klatach naszego filmu? Czy kiedyś spotkamy kogoś, kto pokaże nam nas samych na takiej kliszy. I czy będziemy dumni z tego zdjęcia, czy może się zawstydzimy i znów będziemy chcieli uciekać w inne sceny?
Komentarze
Prześlij komentarz