PRYMAS. TRZY LATA Z TYSIĄCA
Co ta komuna ma w sobie, że niemal każdy film w tle z nią jest tak ciekawy. Czerwone usta wykrzywiają się kusząco. „Co ja poradzę, że jestem taka atrakcyjna”. Artystycznie rzecz jasna. Oj będzie ciekawie na seansie. Księża są tacy wyraziści, heroiczni, a ubecy tacy podstępni i głupi. Takie pojedynki lubimy. Znów wraca sentyment do Kościoła z charakterem. Zapowiada się ciekawe kino, zwłaszcza gdy spojrzymy na cały zespół, który pracował przy tym niezwykłym filmie.
Teresa Kotlarczyk, młodszej publiczności znana jako twórczyni serialu „Egzamin z życia” emitowanego w TVP między 2005-2006 rokiem. W swojej filmografii ma także głośny „Zakład” czy „Odwiedź mnie we śnie”. Specjalizująca się produkcjach obyczajowych i refleksyjnych. W 2000 roku stanęła za kamerą, by przyjrzeć się Prymasowi Wyszyńskiemu zza krat.
I kogo tam widzimy, udzielającego błogosławieństwa nawet braciom z UB? Andrzeja Seweryna w czarnej sutannie. Partnerują mu Zbigniew Zamachowski w roli księdza Stanisława Skorodeckiego i Maja Ostaszewska w roli przejętej siostry Leonii. Stanisław Skorodecki w wydaniu Zamachowskiego, mistrza drugiego planu to kapelan Prymasa, i wierny sługa.
Dziewiętnaście lat później Andrzej Seweryn i Zbigniew Zamachowski znów spotkają się w podobny kontekście filmowym. Seweryn tym razem wcieli w postać Księdza Zieji, a Zamachowski stanie po drugiej stronie barykady jako przedstawiciel SB. I tu warto na chwilę się zaczepić o ten drażliwy aspekt SB i wspomnieć o tym, że ksiądz Skorodecki był podejrzewany przez IPN o współpracę ze służbami i zdradę Prymasa. Sam zainteresowany jednak odpierał te zarzuty, tym bardziej, że był konsultantem przy filmie, więc nie pozwolił pokazać swojej osoby w złym świetle. Nawet jeśli donosił, to może się przyznał przed samym Prymasem, a ten mu wybaczył i nie zdradził tajemnicy spowiedzi. Mimo wszystko przetrwali razem trudny okres. Znamienne jest, że Skorodecki zmarł dwa lata po premierze „Prymasa” i to śmiercią tragiczną, przez utonięcie.
Ciekawie patrzy się tu na występ Piotra Adamczyka, który przecież za parę lata zagra samego papieża Jana Pawła II, a tu w Prymasie, gra Pana, który czyta pięknie wyraźnie krzywdzące rozporządzenia rządu Prymasowi Wyszyńskiemu
Ale Wyszyński wobec Państwowych dyrektyw odpowiada w swoim liście:
„Non possumus!”
„Non possumus, non possumus – nie pozwalam… mnie. Cały kościół byłby nasz, gdyby nie on” oburza się prezydent Bierut (Henryk Talara)
„Może trzeba się z nim spotkać Panie prezydencie?” – sugeruje Generał Kozyra (w tej roli Mariusz Benoit), typowy buc, który odpowiednią procedurą chce zmienić rzeczywistość. Prezydent jednak nie jest chętny do spotkań. Nie rozumie człowieka, który również modli się za niego. Lepiej Prymasa zamknąć na jakiś czas. Niech w ciszy przemyśli swój stosunek do władzy cezara. Niech nie waży się już burzyć Pałacu Obecnej władzy. Oto ścierają się dwie potęgi. Państwo i Kościół i każda z nich lubi metafory. Państwo pokazuje z dumą obywatelom konstytucję, lecz to urzędnicy i prezydent są najlepszymi interpretatorami tegoż dokumentu. A Kościół? On otwiera świętą Księgę pełną labiryntów, gdzie Każdy odnajdzie inną metaforę wolności. No i tak to się zaczyna, od nieścisłości, do wielkiej awantury o metaforę. Prezydent przedstawia taką formułę, prymas odpowiada takim cytatem. Kto zwycięży? Na razie siłę mają ci, których królestwo jest z tego świata i kontekstu. Wyrok zapada. Prymas, głowa Kościoła Polskiego idzie do więzienia. „To jest bezprawie” – komentuje tą decyzję sam zainteresowany i na znak protestu wychodzi tylko z brewiarzem. A rzeczy osobiste? „Przyszedłem ubogi i ubogi stąd wyjdę” – relacjonuje Wyszyński w swoich „Zapiskach więziennych”, ale i tak jakiś „standard” musi być. Rzeczy osobiste Prymasowi zostają dostarczone. Jacy wspaniałomyślni ci panowie strażnicy.
Miejsce, do którego przybywa Wyszyński z obstawą UB to nie tyle więzienie, co raczej zniszczony klasztor. Miejsce w sam raz dla kogoś, kto chciał podburzyć Pałac Cezara. Niech przemyśli dobrze swoje stanowisko w tej zrujnowanej świątyni. Właśnie takie posępne miejsca będą gościły Wyszyńskiego od Rywałdu, przez Stoczek, Prudnik, aż po Komańczę, od 1953 do 1956 roku. Trzy długie lata.
Prymas jednak nie będzie wiódł życia samotnego mnicha. Będzie miał towarzystwo: siostrę Leonię oraz księdza Stanisława Skorodeckiego, a wszystko po to, by wyciągnąć coś od Prymasa, złapać go na jakiejś słabostce, by się wreszcie otworzył i szczerze wyznał, co go boli, a towarzysze to sobie nagrają i będą z dumą odsłuchiwać. Siostra Leonia posłusznie zapisuje swoje obserwacje w zeszycie i składa raporty o wszystkim i niczym. Tyle, że Prymas niewiele się skarży. Czasem zada funkcjonariuszowi jakieś kłopotliwe pytanie o konstytucję i prawa obywatela, bo uparcie wierzy w dosłowną literę prawa, a tymczasem urzędnicy i pan prezydent Bierut to niepoprawni poeci, którzy oddalają sens od przepisów. Żonglują tak formułami, że niejeden niewinny człowiek przepłacił za tą grę więzieniem. Zdziwi się Prymas, że towarzysz ma czelność czytać na głos list od ojca, że Urząd ma prawo cenzurować prywatną korespondencję, w efekcie czego list po ich dogłębnej lekturze, wygląda jak wycinanka.
Nie zdziwi więc fakt, że Kościół w końcu zdecydował się na mocną artylerię i objął ekskomuniką Prezydenta Polski, Bolesława Bieruta. Towarzysze jednak się tym nie przejmują. Ot to zwykłe zaklęcie, zabobony. Cóż może się stać? Ale Wyszyński jest przerażony i jeszcze bardziej się modli za prezydenta.
Gdy po kolejnej jałowej rozmowie, zamykają się drzwi za towarzyszem pułkownikiem, trzeba się czymś rozgrzać. Nie tylko pledem, ale i wiarą, wyobraźnią, tworzeniem, pisaniem dziennika, nauką języka niemieckiego i włoskiego. Znamy to już z Hrabiego Monte Christo i Shawshank, że człowiek zrobi wszystko, by jakoś zabić dłużący się czas. Tak jak bohater z Shawshank uparcie usuwa młotkiem kolejne warstwy ściany, Tak Wyszyński piórem drąży kolejne pokłady wolności w swoich zapiskach. Więzienie jak żadne inne miejsce mobilizuje, by produktywnie wykorzystać szare dni, które codziennie są takie same. Można zwariować lub próbować coś robić. Wtedy już żadne donosy, układy, cyrografy z UB nie robią na Prymasie większego wrażenia, no może wiadomość o sparaliżowanym ojcu.
On jest niereformowalny! Muszą przyznać z podziwem i złością towarzysze. Wszyscy w końcu przez ten długi okres się przyzwyczajają do siebie. Wymieniają oszczędne grzeczności i kontynuują scenariusz, jaki wytyczyła władza. Gra między przeciwnikami jest tu podobna do gry w podchody.
I musiał to w końcu przyznać Bolesław Bierut, że między władzą cesarską a boską jest jakiś niewidoczny margines, że nie sposób obalić jej
W swoich „Zapiskach więziennych”, Wyszyński wspomina, jak 13 II 1956 roku obudził się nad ranem. Sen miał dziwny. Spacerował z prezydentem Bierutem i o czymś rozmawiali. To sam prezydent nalegał na to spotkanie i przechadzkę, a potem nagle odszedł bez wyjaśnień. Okazało się, że tego dnia prezydent zmarł w Moskwie. Zmarł jako ekskomunikowany, bo podniósł rękę na głowę Kościoła Polskiego. Wyszyński był mocno przejętym tym faktem i modlił się żarliwie, by dobry Pan przyjął duszę prezydenta do swego Królestwa. Przypomina to trochę historię, którą przedstawił nam Bułhakow w ostatnim rozdziale „Mistrza i Małgorzaty”, gdzie to zmęczony Poncjusz Piłat wreszcie spotyka skatowanego Jeszuę i prosi go, by ten mu powiedział, że ta okropna kaźń się nie zdarzyła. Nie miała miejsca, a potem obaj odchodzą po mlecznej drodze i rozprawiają o czymś spokojnie jak dobrzy przyjaciele.
Film pod względem fabuły (na podstawie scenariusza autorstwa Jana Purzyckiego) to spore wyzwanie. Oto trzeba pokazać egzystencję prymasa w więzieniu. Może być nudno. Ciągle modlący się bohater. Ale jeśli doda się taki kontrowersyjny wątek sobowtóra Wyszyńskiego, który miał z jego twarzą głosić nowe, szokujące poglądy, to już robi się ciekawie. Jakże dziwnie to wygląda, gdy rozczochrany Andrzej Seweryn popija kolejną wódkę z pułkownikiem UB (Krzysztof Wakuliński). I co on wygaduje na ambonie? Czyżby Prymas się dogadał z władzami? Nic z tych rzeczy. To właśnie ten sobowtór z pobożną twarzą Wyszyńskiego stara się przekazać to, czego nigdy sam Prymas nie powiedział by swoim wiernym. Sprytne. Trzeba prymasa skompromitować i wycofać z życia publicznego! Ostatecznie jednak plan wprowadzenia sobowtóra legnie w gruzach. Sam aktor przyjmujący to niewdzięczne zadanie przyzna po pijaku, że na Wyszyńskiego nie ma mocnych. Pułkownik zrozumie, że takim niecnym zagraniem sam by się mocno skompromitował. Z prymasem trzeba grać ostrożnie jak w szachy.
Zmaganiom Prymasa w niewoli towarzyszy piękna muzyka Zygmunta Koniecznego. Główny motyw: smyczki przechodzące szybko z jednej frazy do drugiej, bezkompromisowe cięcia, tak jak bezkompromisowa była walka Wyszyńskiego ze sobą, swoimi słabościami i Urzędem Bezpieczeństwa.
A potem to pizzicato w motywie knucia nowej intrygi przez władze. No i jeszcze ta kojąca wokaliza kobieca, gdy Wyszyński widzi matkę Bożą. Co za ulga. Słowo, muzyka no i obraz. Tak, niemal każde ujęcie w tym filmie w wydaniu Pawła Wojtowicza to piękny obraz, czy to portret więźniów czekających z niepokojem na strażników, czy portret Prymasa siedzącego w ciemnym pomieszczeniu i rozmyślającego nad swoją niedolą, podczas gdy przez okno sączy się światło.
To światło również będzie widoczne w pokoju ubeków jak i w zrujnowanym kościele. Światło dla wszystkich, które w końcu oświeci i ogrzeje każdego. Chciejmy w to wierzyć.
Komentarze
Prześlij komentarz