UKOJENIE. ZDĄŻYĆ PRZED PANEM BOGIEM
Zdążyć przed panem Bogiem, ugasić ten bólu ogień, przeciąć w porę cierpienie, być tym, który przynosi ukojenie. Oto moja misja, moje postanowienie. Widzę więcej ponad tymi chmurami, nie karz mnie swoimi małostkowymi zarzutami. Daj mi działać jak działałem.
W dwadzieścia lat po premierze legendarnego filmu „Siedem” powrócono do konceptu filmu kryminalnego, w którym morderca wodzi za nos policjantów i swoimi zbrodniami „poprawia” boski porządek. Wcześniej to Kevin Spacey, niczym krwawy kaznodzieja wskazywał ludzkości „siedem grzechów głównych”. Aby być bardziej dosadnym stosował do swojej „ewangelii” krwawy atrament pochodzący z ciał nieszczęsnych grzeszników. Dobrze wiedział, że ludzkością można tylko wstrząsnąć poprzez brutalne zbrodnie. Mimo, ze został ujęty przez starego policjanta, (figura mistrza) Morgana Freemana i jego niecierpliwego ucznia, czyli Brada Pitta, to i tak zapewnił sobie ponurą sławę na wieki. Im bardziej brutalne morderstwa popełnione wedle jakiejś filozofii, doktryny, tym większa legenda. I prędzej czy później znajdzie się kolejny naśladowca.
W filmie „Solace” napisanym przez Teda Griffina i Seana Baileya, wyreżyserowanym przez brazylijskiego reżysera Afonsa Poyarta, mamy serię morderstw, które łączy jeden morderca, wbijający szpikulec w kark ofiary. Szybko i bezboleśnie. A na dokładkę zawsze zostawia bezczelne pytanie do śledczych „kim jestem?”. Nie ma nic gorszego niż morderca-filozof, pytający o sens swojej roboty czy może syzyfowej roboty policjantów? Trudno się tu doszukać konkretnych motywów. Czemu raz ginie niewinne dziecko, a raz dojrzała kobieta? Jaki jest klucz do tych zbrodni? Jeśli w ogóle jest. Może morderca działa pod wpływem emocji, jak niestabilny Joker.
Zmęczeni śledczy odbijający się od jednej hipotezy do drugiej, decydują się w końcu prosić o pomoc emerytowanego konsultanta FBI doktora Johna Clancy’ego. Clancy to psychiatra, lekarz, chemik, a nade wszystko człowiek obdarzony niezwykłą intuicją, którego można by nawet nazwać jasnowidzem. Widzi pewne fragmenty, których inni nie dostrzegają i z nich wyciąga najczęściej słuszne wnioski. Pomógł już w niejednym śledztwie, ale nie pomógł swojej córce w walce z białaczką. Podobno, gdy była mała, widział jakiś cień przy niej, czuł, że będzie coś nie tak. Nie wiedział tylko kiedy.
Strata córki wszystko zmieniła i Clancy zdecydował się przejść na emeryturę i rozstać z żoną. Zaszył się gdzieś poza miastem, gdzie miał nadzieję na święty spokój. Oto typ bohatera, który odsuwa się od świata i wiedzie pustelniczy tryb życia. Ale jego przyjaciel agent Joe Merriweather nie daje mu odpocząć i wtajemnicza go w beznadziejne śledztwo, w które brnie ze swoją partnerką, agentką Katherine Cowles, również psychiatrą. Cowles może świetnie szufladkuje motywy i działania morderców, ale jednak nie widzi tego, co jej starszy kolega po fachu, dr Clancy.
Tu poniekąd powtarza się schemat z filmu „Siedem”, gdy niecierpliwy, młody detektyw Mills uczy się od doświadczonego i zarazem przytłoczonego złem tego świata detektywa Sommerseta. Sommerset cierpliwie łączy poszczególne fragmenty, a także wie, że ma do czynienia z wyjątkowym mordercą, którego zbrodnie zasługują na szczególną lekturę konesera. Sięga do klasyków: Biblii, studiuje przerażające ryciny Dore’a, czyta wersety Dantego, Chaucera i innych, żeby wreszcie zrozumieć, że John Doe potępia swoimi zbrodniami siedem grzechów głównych. Czyżby kolejny szaleniec nazywający siebie „gniewem Boga”, który chce zaprowadzić własną sprawiedliwość wedle wersetu Ezechiela?
Doktor Clancy zmęczony tym całym złem świata, widzeniem rzeczy, o których nawet nie śniło się filozofom, postanawia jednak wrócić do gry, która może okazać się bardzo niebezpieczna dla niego samego. Ale może to lepsze niż bezczynność w samotności, w której prędzej czy później dostaje się obłędu, co potem Hopkins sportretuje niejako w filmie „Ojciec”, mierząc się z demencją. Clancy jak Hannibal Lecter wraz pozostałymi zaczyna podążać śladem mordercy, który jak na ironię również posiada ten wielki dar intuicji i widzenia w szklanej kuli różnych wydarzeń. Dobrze wie, gdzie są jego policyjni przeciwnicy i co za chwile zrobią. Nie musi ich podsłuchiwać, obserwować przez kamery. On zagląda do ich umysłów. Ale co to za frajda? Zupełnie, jakby się bawił figurkami policjantów, stawiał je na szachownicy i dobrze wiedział, jak się skończy kolejna partia. Zawsze jest krok przed nimi. Aż w końcu ma przed sobą przeciwnika godnego siebie, doktora Clancy’ego, człowieka obdarzonego takim samym darem. Czyja intuicja wygra? Emerytowany Clancy raczej nie jest typem kowboja, który w razie ostrej wymiany ognia będzie ganiał tu i tam. Hopkins pasuje tu bardziej do roli myśliciela, mentora, który gorzko podsumowuje kolejną przegraną partię i kieruje zespół na nowy trop.
A tym najważniejszym tropem jest to, że każda ofiara cierpi lub będzie cierpieć. Zostanie dotknięta jakąś śmiertelną chorobą. Morderca przez swój dar widzenia przyszłości dobrze o tym wie. Jest lepszy niż niejeden diagnosta, jest bardziej czuły niż najlepszy rentgen czy tomograf komputerowy. A skoro ktoś ma żyć z wyrokiem i codziennie coraz bardziej cierpieć, to czemu nie ukrócić tych męczarni, jego i jego bliskich? Taka szlachetna, efektowna eutanazja bez przytłaczających, szpitalnych scenografii, bez tej całej litości i braku sił. Cyk i już.
Ale na dobrą sprawę każdy z nas w pewnym momencie na coś zachoruje i będzie cierpiał. Człowiek zupełnie zdrów przez całe życie to zupełna rzadkość. Choroby nas osłabią. Z wiekiem będzie ich coraz więcej, tak jak nasza apteczka będzie się powiększała, niczym arsenał na kolejne przypadłości. Aż zdamy sobie sprawę, że nasze życie polega tylko na braniu leków i przedłużaniu agonii. Bierzemy coraz więcej tabletek i nie cieszymy się już niczym innym. Byleby uśmierzyć ból. Więc co to za życie? I oto pojawia się taki wybawca, który może skrócić nasze męki. Morderca? Ależ nie. To kwestia nomenklatury. To wybawca. Anioł przynoszący ukojenie. Tak się przedstawia Johnowi, gdy ten siedzi samotnie w restauracji, pochylony nad kieliszkiem. Przypomina się tu scena ze słynnej „Gorączki” Michaela Manna, gdzie dwaj przeciwnicy: porucznik policji i przestępca siadają sobie w przydrożnym barze, piją kawę i rozmawiają o swoim życiu, które wbrew pozorom nie różni się tak bardzo względem siebie. Zarówno policjant jak przestępca codziennie ryzykują, chodzą po cienkiej linie i zastanawiają się, kiedy spadną w przepaść. Ich życie rodzinne jest bardzo ograniczone albo żadne, gdy codziennie jeden ściga a drugi ucieka. Policjant jeszcze nie złapał złodzieja na gorącym uczynku, więc ich relacja jest jakby w zawieszeniu. Teraz rozmawiają jak starzy kumple, ale przyjdzie czas, gdy będą mierzyć do siebie z pistoletów i żaden się nie zawaha przed oddaniem strzału.
Przynoszący ukojenie morderca wspomina Clancy’emu o jego córce, która przecież bardzo cierpiała w ostatnim stadium choroby. Gdyby wtedy się zjawił, przyniósł by jej ukojenie, zabijając ją. Zarówno John jak i jego żona nie cierpieli by tak długo. Po co przedłużać tą agonię. Bóg Stwórca potrafi być tak rozwlekły, że trzeba go nieustannie poprawiać.
Ale Clancy nie zgadza się z tą argumentacją, uważając, że nawet czas w cierpieniu jest cenny dla osoby umierającej i dla jej rodziny.
Hopkins ze swoim spokojem myśliciela to największy as w tym filmie, ale również Colin Farrell nie zawodzi jako kolejny wyrazisty, czarny charakter, przedstawiający w logiczny sposób swoje racje. Nie sposób mu odmówić argumentacji, że lepiej zabić ciężko chorego policjanta na służbie niż żeby skonał w domu, w otoczeniu rodziny. W ten sposób zginie jako bohater, a rodzina dostanie pokaźne odszkodowanie. Problem w tym, że tym policjantem był przyjaciel Clancy’ ego. Ten, który wyprowadził go z mroku depresji i samotności, sam zginął. Poświęcił się dla niego. Teraz Clancy mu się zrewanżować i pomścić przyjaciela albo też zginąć, bo co ma do stracenia, gdy już stracił córkę.
Nie zapominajmy tu jeszcze o Abbie Cornish, wcielającą się w zarozumiałą Katherine Cowles, która nieustannie droczy się ze starym Clancym niczym pyskata córka, aż John nie odkryje jej bolesnej tajemnicy związanej z ciążą i nieudanym związkiem. Wtedy maska wyniosłej agentki policji zmieni się w bardziej przyjazne oblicze dobrej koleżanki Katherine, która w decydującym momencie nie zawaha się oddać strzału do przeciwnika.
Cały scenariusz filmu to znany schemat, poprawny, chwytliwy, bez większych niespodzianek: beznadziejne śledztwo, w którym może pomóc tylko jeden bohater, stojący dotąd na uboczu. Odsunął się on od świata, by samotnie przeżywać swoją traumę. Ale mimo zarzekań, że nigdy nie wróci do pracy, jednak postanawia spełnić swoją misję. Tak wychodzi ze swego mroku, by mimo wszystko szukać sprawiedliwości i złapać mordercę. W puncie zwrotnym traci on bliskiego przyjaciel i znów popada w depresję. Ale ta strata jeszcze bardziej go wzmacnia. Gotów jest na pojedynek z równym sobie. By wreszcie odzyskać spokój, tytułowe ukojenie i wrócić do życia, mimo wszystko.
Komentarze
Prześlij komentarz