JEDYNA PRAWDZIWA RZECZ
Film będący adaptacją książki Anny Quindlen pod tym samym tytułem, która właściwie jest biografią samej autorki, dziennikarki New York Posta i laureatki Pulitzera.
To takie smutne i oczyszczające kino. Rzecz będzie tu o powrocie do domu rodzinnego, wyglądającego jak z pocztówki. Domu, który główna bohaterka, przebojowa, ambitna dziennikarka Ellen Gulden zostawiła w pamięci jako ciepłe lecz nudne gniazdko. Zawsze chciała żyć inaczej niż jej matka, ciepła, otwarta Kate (wzruszona Meryl Streep), gospodyni domu, oddana matka, żona, która całe życie poświęciła rodzinie, a także innym potrzebującym. Kate z pewnością nie można odmówić tego niezwykłego talentu do zjednywania sobie ludzi i ocieplania atmosfery, tak jak wcześniej widzieliśmy Meryl Streep w filmie „Dom dusz”, gdzie również ujmowała otoczenie swoją pozytywna energią.
Ellen z kolei jest jej przeciwieństwem. Jest chłodniejsza w swoich emocjach, bardziej podobna do ojca, George’a Guldena wykładowcy literatury, od którego zdobywała swoje pierwsze szlify pisarskie. Ojciec zawsze był dla niej niedoścignionym autorytetem, Bogiem który obudził w Elen to pierwsze ważne słowo, a potem były miliony słów układane na różne sposoby, by zadowolić ojca. I wreszcie pojawiły się artykuły w New York Poście, a Ellen z niepokojem czekała na recenzję od swego mentora, który jak zwykle nie zamierzał rozpieszczać córki pochwałami.
Tu sprawdza się ten klasyczny podział rodzinny, w którym matka czuwa nad ogniskiem domowym, a ojciec wprowadza dziecko w symbole rzeczywistości. Matka mieszka w domu i kuchni, a ojciec przebywa w bibliotece. Co takiego się stało, że Ellen nagle zawitała do domu? Są urodziny taty, a niedawno ukazał się kolejny artykuł w gazecie. Ciekawe, co tym razem ojciec będzie miał do powiedzenia? No i warto zrobić mu niespodziankę. Z pozoru niewinny powrót do domu okazuje się powrotem na dłużej. Dziwną wyprawą w przeszłość do miejsca i ludzi, którzy ukształtowali Ellen. Parę lat później podobną konstrukcję zobaczymy w filmie „Za czerwonymi drzwiami” gdzie zadziorna, nieprzystępna fotografka odwiedzi swojego umierającego brata i zostanie z nim do końca. A z naszego polskiego podwórka warto zwrócić uwagę na „33 sceny z życia” Magdaleny Szumowskiej czy „Erratum” Marka Lechkiego.
A więc będzie źle. Porządek tego domu, tej symbolicznej świątyni, gdzie książki są starannie ułożone, a w kuchni pichcą się przepyszne potrawy, zostanie naruszony. Jeden z filarów pęknie.
Bo po wesołym przyjęciu nagle pogarsza się mamie, tej uśmiechniętej, radosnej kobiecie rozświetlającej najbardziej ponurą atmosferę. Nagle ona zaczyna gasnąć. Ojciec George, którego słowa Ellen zawsze traktowała bardzo poważnie, prosi teraz córkę o pomoc w domu. Słowa ojca są niczym zaklęcia albo rozkazy, a może są jak szantaż emocjonalny, wobec których córka czuje się coraz bardziej przytłoczona. William Hurt, którego niedawno pożegnaliśmy, tu w tym filmie zmaga się z odchodzeniem własnej żony. A nazwisko „HURT” aktora idealnie pasuje do tego, co jego bohater wyczynia. Podobnie zresztą jak za parę lat gdy wcieli się w równie wymagającego ojca w filmie „Wszystko za życie”, gdzie tym razem straci syna. Kiedy George mówi, że tak ma być, nic się nie liczy. Nie liczą się plany Ellen (która też w pewnym sensie jest egoistką), niedokończony reportaż, wywiad. Trzeba wszystko rzucić. Ojciec natomiast będzie pracował jak dawniej. On będzie miał możliwość ucieczki od tego przygnębiającego widoku umierającej żony, on będzie mógł się skryć za książkami lub studentkami. Ellen będzie musiała się skonfrontować z tym sama. Ojciec w końcu zarabia więcej, jest profesorem, ma prestiż, nie odpuści pracy, a brat (Tom Everett Scott znany z „Szaleństw młodości”) nie mogący sprostać wymaganiom ojca musi studiować poza domem. Padło na Ellen. Choć czuje się ona oszukana, gdy trzyma w ręku koszule ojca, w których ma przyszyć guziki, wyprasować i jeszcze napisać wstęp do jego wspaniałych esejów. A potem jeszcze spróbuje sprostać oczekiwaniom matki kucharki, która już nie ma siły stać przy patelniach. Tu pieczeń, tam ciasto. Ellen jest wielozadaniowa, potrafi sporo, choć pozostawione dania przez gości będą gorzką recenzją dla jej kulinarnych umiejętności.
Ojciec nie ma głowy do przyziemnych spraw. Nikt go nigdy nie widział przy kuchni, gotującego czy prasującego. On wciąż błądzi myślami po swoich tekstach i wciąż dopracowuje swoją wielką powieść o tytule „Oberża powrotów”. On jednak nie wraca do rodziny, za to Ellen wróciła za wszystkich. Chętnie też dopracowałaby swój artykuł, ale nie ma do tego głowy wobec natłoku domowych obowiązków. Trudno tu wytyczyć granicę dla swego egoizmu, który przecież jest potrzebny, by coś osiągnąć, być dumnym z siebie, a nie tylko poświęcać się dla innych. Ale to przecież rodzina Ellen. Jej matka! Ona zawsze zostawała z małą córką, gdy ta była chora. Po co teraz wynajmować pomoc, skoro jest rodzina.
Skupiona dotąd na tym, aby nie prowadzić takiego życia jak jej matka. Antyrodzinna, trzymająca na dystans nawet swojego chłopaka, uparcie szukająca nowych tematów, starająca się zabłysnąć na każdym kroku przed naczelnym, właśnie ta Ellen nagle staje przed dylematem. Czy poświęcić karierę w imię opieki nad własną matką. I czy jest ona gotowa na taką próbę? Zobaczy teraz swoich rodziców w zupełnie innym świetle niż kiedyś, słabszych, smutnych, zagubionych, bezradnych, czasem zachowujących się jak dzieci. Boże, czy to ci ludzie, którzy ją wychowali? Którzy kiedyś byli tacy wielcy niczym bogowie, tacy idealni, nieskazitelni, pouczający, nosili ją na rękach, śmiali się i odkrywali z nią tajemnice świata. Teraz ona będzie musiała się skonfrontować z tajemnicą swoich rodziców i tajemnicą przemijania. Ona będzie widziała jakieś kobiety obok ojca, ambitne studentki, zostające po godzinach i ze zdziwieniem usłyszy od matki, że ona wie o tych różnych romansach. Że w małżeństwie trzeba sobie dać swobodę, bo jutro jest znowu nowy dzień i znowu chce się być razem. Ale ten nowy dzień pełen nadziei to ostatnio dla rodziny Guldenów wielka zagadka. Cóż, trzeba się cieszyć, jeśli w ogóle mama ma siłę wstać i zjeść. Najdrobniejszy gest, uśmiech. Teraz to tylko się liczy. I żeby w porę sprowadzić ojca do domu, gdy nadejdzie ten najgorszy moment. Ale najgorsze jest to dziwne uczucie, że to teraz Ellen niejako staje się matką dla tych zagubionych ludzi. Ojca znajduje w barze gdzie samotnie się upija, by zapomnieć o tym wszystkim, bo czuje się niespełnionym pisarzem, nie mogącym dokończyć swojej wielkiej powieści… zwanej rodziną. Jak teraz wydaje się mały, przegrany, prawdziwy jak nigdy dotąd, bo słaby. A potem Ellen kieruje swoją uwagę na wychudzoną i łysą matkę. Rety jak szybko postępuje ta choroba. Cierpliwie pomaga wyjść jej z wanny. Czuje wyraźnie to wątłe ciało. Skóra i kości. Moja matka. Zupełnie bezsilna wobec bólu, który ją atakuje. I tak zrozpaczona, że rzuca w furii talerzami, nie mogąc pogodzić się ze swoją niepełnosprawnością. Ellen pozostaje tylko cierpliwe zbieranie tych rozbitych talerzy, z których potem ułoży mozaikę, myśląc pewnie o rozbitej rodzinie. A może będzie także myślała o tym, czy podać matce więcej morfiny.
Dotąd zimna, nieprzystępna, dumna Ellen będzie musiała nabrać sporo pokory. Bo to już nie są wakacje w domu, to służba i właściwie jedyna taka okazja, by spędzić trochę czasu z matką. Bez tych sztucznych uśmiechów i powiedzonek. Tak autentycznie między łzami bólu, krzyku i szczęścia, aż cała rodzina dostąpi tego niezwykłego katharsis.
Film jest ciekawie zmontowany, bo na początku już się dowiadujemy, że Kate nie żyje, a sama Ellen zostaje przesłuchiwana. Choć z początku myślałem, że to rozmowa z psychologiem, której główna bohaterka zwyczajnie potrzebowała po tak bolesnym rozdziale swego życia. Dlaczego w ogóle jest przesłuchiwana? Bo istnieją podejrzenia, że podała matce większą dawkę leku, by przyspieszyć śmierć. Raz widzimy sceny z przesłuchania, gdy już jest po wszystkim, potem cofamy się do momentów, gdy Ellen mieszka u rodziców jako opiekunka i gospodyni, a potem jeszcze cofamy się do dzieciństwa głównej bohaterki, widząc już tą przemądrzałą dziewczynkę, noszoną na rękach przez ojca, który nie dba o to, co o nim mówią ludzie.
Niezwykła opowieść o powrocie do korzeni oraz przeżywaniu żałoby po dawnym życiu, które musimy zostawić, pożegnać i rozpocząć nowy rozdział. Meryl Streep, William Hurt i wchodząca już na salony Renee Zellweger, która właśnie w tym filmie wreszcie pokazała w pełni swoją wszechstronność.
Komentarze
Prześlij komentarz