YUMA, CZYLI ROBIN HOOD Z NIEMIEC DO POLSKI
Yuma filmowy debiut Piotra Mularuka, który jest także współautorem scenariusza i jednocześnie producentem tego filmu. Ciekawe kino i na pewno nie powód do wstydu.
Polska, początek lat dziewięćdziesiątych. Wielkie slogany, nadzieje, może bardziej w stolicy. Ale tu w tym małym miasteczku przygranicznym ta sama bieda co zawsze. Zyga z zawodu cukiernik, jakoś nie potrafi sobie osłodzić życia. W tej roli wystąpił Jakub Gierszał z hollywoodzką urodą, będący wtedy na fali popularności po „Sali samobójców”, „Wszystko co kocham”. Ciekawostką jest też to, że Gierszał większość swego życia spędził w Niemczech, w Hamburgu. Tu gra bohatera, który także uczyni z Niemiec swoją drugą ojczyznę, czy raczej skarbiec, z którego będzie czerpał pełnymi garściami, aż Wujek Hans obije go po łapach.
Zyga żyje przeciętnie, w starej kamienicy wraz z rodzicami. Gdy ma dość gorzkiej prozy życia, ucieka do starych westernów i ogląda po raz setny „Pociąg do Yumy” w telewizji albo w podupadającym kinie. Karmi się tymi opowieściami jak baśniami na dobranoc, by wierzyć w honor i wielką miłość. Czarno-białe westerny wydają być bardziej kolorowe niż szara rzeczywistość dookoła. A gdy mu ciasno w domu, włóczy się z przyjaciółmi, Młotem, Kulą oraz Bajaderą, która się podkochuje w Zydze. Zyga jednak ma na oku inną dziewczynę Majkę, która już trochę widziała świata i biegle mówi po angielsku.
Miło pomarzyć o takiej dziewczynie i o czymś, co jest gdzieś ponad. To marzenia zastąpiły życie Zydze, który przechodząc z przyjaciółmi po miejskim targu, marzy chociaż o tych białych, kultowych „adaśkach” z trzema niebieskimi paskami. Czy to tak wiele, by przejść się w wygodnych i modnych butach? Towar prosto z Niemiec. Solidna robota i równie oszałamiająca cena. Patrzenie na te buty i złośliwego sprzedawcę to istna tortura, tak jak marzenie o lepszym życiu gdzieś tam za siedmioma górami i żelaznymi kurtynami. Może lepiej zapomnieć o tych marzeniach. Siebie się nie przeskoczy i nie oszuka przeznaczenia bycia kmiotem polskim. Jedyne jeszcze, co jest pocieszające to to, że Zyguś mieszka niedaleko granicy z Niemcami. Tak blisko tego raju. Czasem można sobie pojechać i pozwiedzać, jak tzw. Finanse pozwolą.
Domową nudę przerywają wizyty obrotnej ciotki Haliny, która zawsze ma jakieś ciekawe prezenty i nowiny z innego świata. Niegdyś była w Nowym Jorku, by klepać polską biedę („Szczęśliwego Nowego Jorku”), a teraz szmugluje między Polską a Niemcami. Katarzyna Figura znów wciela się w jowialną panią z obfitym biustem, która mimo upływu lat umie czarować żartem.
Szmugluje z Niemiec papierosy i sprzedaje w Polsce, do tego jeszcze prowadzi bar, gdzie można dobrze wypić i za odpowiednią dopłatą liczyć na towarzystwo miłych pięknych pań. Halinka wie, jak się dorobić na słabościach mężczyzn. Nawet pan burmistrz docenia jej wysiłki. W końcu wygłodniały lepszego, zachodniego życia Zyguś postanawia przyłączyć się do ciotki i wykorzystać swoją szansę.
Pamiętając wszystkie instrukcje z wymianą towaru w Niemczech, rusza na spotkanie ze szczęściem.
Na dworcu widzi, jak rosyjskie wojska opuszczają umęczoną Polskę. Pamięta pewnego Rosjanina, Opata, z którym kiedyś zadarł, gdy wraz z kumplem oszukali prostytutkę. Wracają dawne demony, ale i czas ruszyć po nowe życie. Głęboki oddech. Wizyta we Frankfurcie nad Odrą, a potem w Berlinie Zachodnim jest dla Zygi niezwykłym przeżyciem.
Dziś dookoła mamy Aldi, Lidl, Kaufland, Selgros i pełne półki różnorakich towarów. Dziś już się do tego przyzwyczailiśmy, a nawet jesteśmy zdumieni, że prawie co drugi sklep w tym kraju to niemiecka sieć. Spowszedniał nam ten „luksus”, który kiedyś dostawaliśmy w paczkach od znajomego znajomych. I co? Nadal zachwyceni? Zwyczajny produkt w lepszym opakowaniu.
Ale wtedy, trzydzieści parę lat temu ten świat widzieliśmy tylko w gazetach, w telewizji, świat tak niezwykły, że nawet te sreberka po czekoladach, te kolorowe opakowania były jak relikwie, które warto było przechować na pamiątkę. Taki to był zachwyt.
Ach być tam!
Zyga staje w tym innym świecie, jak wędrowiec, który właśnie po długim okresie żeglugi trafił do raju. Jak tu kolorowo, jak pachnie świeżością: te kosmetyki, Old Spice w słynnej białej buteleczce – to dla Chrzestnego, strażnika na granicy, który potem będzie przymykał oko na to lub tamto no i szampon dla mamy. Ale Zyguś, chyba zapomniałeś zapłacić? Ciiii. Towar znika w głębokich kieszeniach, a w głowie wciąż szumi idea, by Niemcy oddali, co za jumali nam Polakom na tych wszystkich wojnach. Póki co parę kosmetyków, ubrań. I tak otwieramy kredyt dla pokrzywdzonego kraju. Zyguś już czuje bluesa. Te centra handlowe z ruchomymi schodami, wiodącymi do konsumpcyjnego nieba, te sklepy pełne ubrań, nie mające jeszcze monitoringu. W jednym z takich sklepów Zyga dokonuje swojej wielkiej transformacji. Jakby w garderobie przebierał się do występu w westernie, który za niedługo rozegra się w jego mieścinie.
Zdejmuje stare łachy i zakłada nowiutkie dżinsy i piękną skórzaną kurtkę. Spogląda w lustro. Jeszcze tylko poprawić włosy, zaczesać tak do tyłu, jak gwiazdorzy. Musi przyznać, że do twarzy mu w tych ciuchach. Jakby one były jego częścią, wyrażały w pełni jego osobowość. On już w to uwierzył, teraz pora by ekspedientki w sklepie zajęte obsługą innych także w to uwierzyły. Zyga w nowych ubraniach wychodzi pewnym krokiem, jak gdyby nigdy nic, jak zwykły, dobrze ubrany klient, mieszkaniec Berlina, a nie podniecony turysta.
O patrzcie, kto jedzie! Patrzcie na te szaty. We wszystkich oknach ciekawskie oczy. Oj powrócił Pan Zyga z Zachodu w nowej skórze, jeansach, w nowych butach, pstrokatych kowbojkach wkroczył w nowe życie jako złodziej. Prezenty dla przyjaciół robią wrażenie. Młot z niedowierzaniem trzyma w rękach autentyczne „adaśki”, a Kula już z radością biega w swoich Pumach. Za parę lat Krzysztof Skonieczny rzuci tą Kulą i strąci wszystkie Kręgle, reżyserując „Ślepnąc od świateł”. Póki co można oślepnąć od tych wszystkich pięknych prezentów.
Jeszcze jakiś drobiazg dla Bajadery, która z zazdrością patrzy na piękną sukienkę. Lecz to nie dla niej. To prezent dla Majki, w której zadurzył się Zyga. Ta jednak nie zwraca nie niego uwagi. Chyba już kocha jakiegoś Niemca, Ernesta (Tomasz Schuchardt). Gorzej być nie mogło. A jeszcze lepsze jest to, że temu Niemcowi kiedyś Zyga pomógł przedostać się do lepszego świata, gdy było gorąco na granicy.
W Niemczech życie kwitnie, a Ernest otwiera swój antykwariat. A za niedługo pewnie będzie już dzielił życie z Majką, która się do niego przeprowadzi. Zyga natomiast w swej mieścinie wciąż czuje kompleks „małego Polaka”. Potem Jakub Gierszał i Tomasz Schuchardt (swoją drogą aktorów, którzy mają z Niemcami wiele wspólnego, korzenie rodzinne albo długoletni pobyt na emigracji) spotkają się na planie „Doppelgängera. Sobowtóra”, by wymienić tożsamości między Polską a Niemcami.
Zyga razem z przyjaciółmi decyduje się odwiedzać zagranicę, by uzbierać trochę towaru, nie wydając przy tym ani marki. O dziwo nikt ich nie przyłapuje na surowym uczynku. Dumni Polacy wszystko potrafią sprytnie przemycić. A w swoim miasteczku witani są jak bohaterowie, przywożący dobra luksusowe z lepszego świata. Przybyli jaśnie państwo, przybyła nowa arystokracja. Młode Wilki! Rządzi ten kto ma trochę więcej tych niemieckich świecidełek. Proceder kwitnie, a Zyga staje się lokalną gwiazdą, Robin Hoodem zabierającym złym Niemcom i oddający biednym Polakom, którzy wciąż nie mogą się pozbierać po tych wszystkich wojnach i komunizmie. Jedni jadą do Ameryki, by tam sobie życzyć Szczęśliwego Nowego Jorku, a drudzy jadą do Niemiec, by przeżywać „glücklich Lebe”.
Nawet pan burmistrz, znajomy Halinki, korzystający z jej wdzięków, chwali Zygę za obywatelską postawę. No, proszę znalazł się jakiś odważny, który wreszcie ten Zachód do nas sprowadza i wyrównuje z Niemcami rachunki za krzywdy dziadków. Czas na reparacje! Tu wszystko się przyda: telewizory, pralki, lodówki, ubrania, ale i też sprzęt dla szpitali. Pan dyrektor przybył na audiencją do wszechmocnego Zygi, który będzie pamiętał o respiratorach. Tu już duma Zygi jest znacznie większa. Szlachetni pomagający słabszym, choć nadal złodzieje. Ale nie da się wynieść wszystkiego ze sklepów niemieckich. Niemcy zauważają, że sporo ubyło towarów z półek, a w kasie jakoś nic nie wpłynęło. Do klienta to trzeba mieć ograniczone zaufanie. Jakież będzie wielkie zdziwienie Młota i Kuli, gdy przy następnej wizycie w sklepie zorientują, że ich występki nagrały kamery. Nocy w niemieckim więzieniu nie zapomną do końca życia.
Tak jak Zyga nie zapomni pewnego incydentu z rosyjskim mafiosem, Opatem. Opat właśnie powraca na stare śmieci, by zobaczyć, że jego stary znajomy robi mu niezłą konkurencję we wpływach. Zyga sobie zbudował jakby miasteczko w mieście, gdzie sobie rządzi w swoim prywatnym Saloonie jako szeryf, kowboj i zbir w jednej osobie. Opat się postara, by jego „zakon” też na tym skorzystał. Inaczej obróci wszystko w proch i nastaną mroki średniowiecza.
Ale żeby tego było mało, pojawia się jeszcze ktoś. Dawny kolega z szalonych czasów, gdy chłopcy zaczepiali prostytutki i nie płacili im za szybkie numerki. Rysio już jednak nie jest takim ryzykantem jak kiedyś. Przeszedł na stronę wroga, czyli Policji, która coraz uważniej śledzi poczynania pana Zygi, sprzedającego (albo rozdającego) cenne towary. Czarodziej czy złodziej? Kolega czy wróg? Choć Zyga próbuje z Rysiem odnowić dawną przyjaźń, dobrze wie że stąpa po kruchym lodzie. Rysio już go wziął pod lupą. Zna to środowisko, tu się wychowywał, jest ziomkiem, jednym z nich i zarazem zdrajcą, polującym na swoich dawnych znajomych. To polowanie nie zawsze mu wychodzi tak brawurowo, gdy Policja wciąż dysponuje powolnymi nyskami. Nie zawsze da się dogonić Zygę, który już powoli traci grunt pod nogami. Jego dwaj przyjaciele, którzy kiedyś z nim klepali biedę i spacerowali po targowisku, sprzeciwiają się mu i na jego oczach bezczeszczą jego ideał kobiety, Majkę, która wolała Niemca. Ci zabawni chłopcy z pierwszych scen filmu zamieniają się w bandziorów, którzy są gotowi zabić wszystkich, stojących im na drodze. Podczas skoku na sklep z biżuterią, nie mając już nic do stracenia, giną od kul jubilera, który ma dosyć rozbijania szyb w jego salonie. A prywatny saloon Zygi też staje w płomieniach zgodnie z obietnicą Opata, który chce oczyścić teren z niepotrzebnych szkodników. W końcu nie można być cały czas monopolistą. I tak się kończy ta opowieść o polskim Robin Hoodzie, któremu reżyser mimo wszystko dał szansę na nowe życie. Podczas gdy pierwowzór takiego Robin Hooda zginął z rąk swoich przyjaciół. Zyga po tym bujnym, ciekawym, rozbójniczym życiu zostaje cukiernikiem i zakłada rodzinę z Bajaderą, która zawsze go kochała, a on ją odtrącał. Zresztą dobry cukiernik nie powinien narzekać. Cukier się przyda w tej odradzającej się Polsce, która powoli rozprostowuje kości i rozkręca gospodarkę.
Ciekawe to kino, powrót do drapieżnych lat dziewięćdziesiątych z „Młodymi wilkami” na czele, co chciały bogato, intensywnie i na maksa.
Komentarze
Prześlij komentarz