ZAWÓD: DZIENNIKARZ (THE PAPER)


 

Film godny przypomnienia, zwłaszcza na tle tego szumu informacyjnego, którego doświadczamy codziennie, korzystając z portali internetowych, elektronicznych wydań dzienników, słuchając radia, podcastów, czy wreszcie oglądając telewizję. Informacja to potęga, ale jeszcze wszystko zależy jaki dziennikarz nią operuje. Czy to dziennikarze kształtują naszą rzeczywistość, czy może tylko ją opisują? Raz garść faktów, potem cały potok komentarzy, trochę felietonów, wywiadów i oczywiście ploteczki, a wszystko to poprzetykane paskami reklam i wulgarnymi komentarzami. Głośno, nachalnie, byleby kliknąć. Ufff, jak gorąco, aż ciśnienie się podnosi. Doprawdy lektura wszelkich serwisów informacyjnych to istna katorga. A jak było kiedyś?

Przenosimy się do lat dziewięćdziesiątych, kiedy podczas śniadania witał nas zapach tostów i świeżego wydania gazety. Chrupiący tost znikał w mgnieniu oka, a przeczytana gazetka z newsami powodującymi niestrawność, służyła jeszcze jako podkładka do pisania albo do prac remontowych. Ale nade wszystko czytelnik nie był wtedy tak katowany reklamami. Byliśmy właścicielami fizycznych nośników informacji, nad którymi mogliśmy panować, a ostatecznie porwać na strzępy i wyrzucić. Dziś każdy serwis informacyjny próbuje nas zatrzymać, podsuwając na swojej stronie reklamy produktów, które sprawdzaliśmy w poprzedniej zakładce. Och zostań jeszcze z nami. Popatrz! Ktoś bardzo sławny pożegnał się z życiem. News na całą stronę. Reklamodawcy aż zacierają rączki, będzie dużo kliknięć.

Oczywiście tragedie, morderstwa, skandale polityczne zawsze były na pierwszym miejscu. I to zawsze jest NEWS. Aż chciałoby się zakrzyczeć o poranku w redakcji „wszystkie tragedie przybywajcie do nas, byśmy mogli je opisać jako pierwsi i mieli wielki nakład!”. Apostrofa do złośliwego chaosu jak przed wielką epopeją. Może każdy dziennikarz podświadomie jest katastrofistą, który najchętniej chciałby relacjonować Apokalipsę św. Jana. Jednak cała akcja filmu rozgrywa się na Brooklynie, gdzie co chwila słychać syreny „Nowojorskich gliniarzy”, więc trudno powiedzieć, czy rzeczywiście morderstwa, strzelaniny, porachunki mafijne robią jeszcze jakieś wrażenie na mieszańcach Nowego Jorku. Nagłówek: „ktoś zginął” może pojawiać się niemal co drugi dzień. No i co z tego, jutro ktoś umrze na raka. Media spłyciły wszystko i wciąż szukają nowych sensacji. Może drastyczne zdjęcia, może jakiś skandal obyczajowy? Niejedna poważna gazeta z lat dziewięćdziesiątych stała się dziś serwisem, bazującym na tanich plotkach dotyczących celebrytów, którzy aż się proszą, aby o nich pisać. A wszystko dlatego, aby się utrzymać na tak zmiennej powierzchni, jaką jest internet, łączący zgrabnie słowo, dźwięk i obraz.

Henry Hackett, czyli Michael Keaton, wychodzący z cienia Batmana, ambitny dziennikarz z powołania o idealistycznym zacięciu i do tego pracoholik staje na życiowym rozdrożu. Jest coraz bardziej niezadowolony z jakości dziennikarstwa w swojej gazecie, a także ze słabych zarobków. To była pierwsza kolumna. Cięcie i od nowej linijki. Teraz podsyćmy napięcie. Do tego wszystkiego jego żona, Martha, również dziennikarka jest w dziewiątym miesiącu ciąży i oczekuje, że mąż zmieni pracę na lepiej płatną w konkurencyjnym dzienniku i przy okazji będzie bardziej obecny w domu. Może pan dziennikarz zostanie „Panem Mamuśką”, a żona wróci do dziennikarstwa? Henry jednak na starych śmieciach czuje się najlepiej, nawet ze swoją wymagającą przełożoną Alicią Clark, której lubi dogryzać. W tym miejscu jest kimś ważnym, kogo jedni pytają, jak napisać „ultimatum” w liczbie mnogiej. A bardziej kapryśni, jak choćby Phil proszą o lepsze, ergonomiczne krzesło do pracy. Dzisiaj to oczywiście standard w pracy biurowej, ale w latach dziewięćdziesiątych nie każdy zakład pracy, czy redakcja dbały o odcinek lędźwiowy znerwicowanego redaktora, który musiał do trzeciej skończyć tekst o jakiejś marnej podróbce słynnej afery Watergate. Nie tylko Phil zrzędzi na swoje zdrowie, również redaktor naczelny, Bernie White ma problemy z prostatą. Robert Duvall znów wciela się w doświadczonego przełożonego (tak jak to widzieliśmy w „Czasie apokalipsy” czy w „Upadku”), który z humorem i ironią podchodzi do swoich podopiecznych, a także do swojej choroby. Szkoda, że jego córka jakoś nie może docenić poczucia humoru swego ojca. Może dlatego, że w swojej karierze dziennikarza tak często bywał poza domem. Cóż, wobec tych wszystkich problemów osobistych, tylko redakcja z wiecznie psującą się klimatyzacją, podbijająca gorącą burze mózgów, pełna biurek, automatów z Colą, stosów papierów i krążących tematów jest lekarstwem dla niejednego redaktora, który bardziej żyje cudzą sensacją niż własnym życiem.

Taka cena tej roboty. Spójrzmy na McDougala, który znów śpi w redakcji i to jeszcze z rewolwerem wciśniętym za spodnie. Ostatnio znów popełnił tekst kompromitujący osobę naczelnika wydziału transportu. Nie wiadomo, jaka będzie zemsta? Lepiej się mieć na baczności. Co damy na pierwszą stronę? A jaki będzie tytuł?! Skandal, dajcie mi skandal! Dajcie mi wszystkie słabości burmistrza! Kolejny wypalony papieros, kolejna puszka Coli, kolejna kawa. Ile trzeba w siebie wrzucić używek, by coś wykrzesać w tych kolumnach. A jeśli nawet to nie pomaga, warto wyjść na taras, przewietrzyć się i podziwiać tą niezwykłą panoramę Nowego Jorku, jeszcze z World Trade Center. I pomyśleć, że gdzieś tam w dole rozgrywają się jakieś dramaty, potencjalni kandydaci na pierwsze strony. Trzeba je tylko wyczuć i złapać w swoje częstotliwości.

Henry zawieszony między bólem kręgosłupa Phila, zrzędzeniem swojej żony i prostatą Berniego, próbuje wyjść na pro…stą w wyborze kolejnej zawodowej drogi w innej redakcji. Jednak ciągle go coś uwiera w kręgosłupie moralnym, gdy tylko przegląda konkurencyjny dziennik, w którym mógłby pracować. O ile Henry jeszcze stara się dbać o jakość dziennikarską, to jego przełożona, managerka, Alicia, z którą zawsze ma na pieńku, oczekuje przede wszystkim sensacji nawet za cenę niewiarygodnej informacji. Alicia również ma uczucie, że zmierza do nikąd w swojej pracy. Nie jest dziennikarką z powołania i nie jest też zadowolona z własnych zarobków. Bernie ją przestrzega, że jeśli rzeczywiście jest tu tylko dla pieniędzy, to nigdy nie będzie zadowolona z tej pracy. Bo na tym rzeczywiście nie da się zarobić. To jeden z takich zawodów, który wykonuje się w poczuciu misji, nie dbając specjalnie o zarobki.

Oczywiście za tymi wszystkimi perypetiami dziennikarzy, ukazywanymi z różnych perspektyw i przerywanymi szybkimi cięciami, by spotęgować ruch i chaos, rozgrywa się dramat dwóch czarnoskórych chłopców, którzy przypadkowo znaleźli się na miejscu zbrodni na tle rasowym. Zginęło dwóch białych obywateli. A jedyni podejrzani to te niewinne dzieciaki przechodzące obok wozu.

Czy można im pomóc i wybronić ich z tego jakimś obronnym artykułem, czy może na siłę szukać sensacji i pogrążyć tych chłopców? Najpierw ich skazać mocnym nagłówkiem, a potem gdy opadną emocje i skończy się nakład, napisać sprostowanie. W końcu przecież to tylko jakieś chłopaczki z biednej dzielnicy, a nie urażeni politycy, grożący procesem za zniesławienie. Te i wiele innych dylematów będą przechodzili nasi bohaterowie, gdy wreszcie postawią ostatnie zdanie w kolumnie i między tanimi sensacjami odnajdą także własne priorytety i tak jak w zawodzie dziennikarza walczyli o prawdę z różnym szczęściem, tak może w swoim życiu odnajdą wreszcie te parę autentycznych chwil, gdy żyli w zgodzie z sobą.

Ron Howard wkracza z kamerą w świat redakcji pewnej gazety, śmiga między biurkami dziennikarzy, którzy obgryzają nerwowo ołówki, starając się sklecić ostatnie zdanie przed puszczeniem nakładu. Czuć to napięcie, nerwowość i chaos, jak w „Ostrym dyżurze”, gdy kamera krąży między bohaterami, którzy szybko wymieniają swoje kwestie. Tu ucięte rozmowy telefoniczne, tam gadki o nowym artykule, jeszcze jakieś kłótnie i pretensje w zespole, a potem głośny strzał z pistoletu flegmatycznego McDougala, by wreszcie wszyscy się opamiętali w tej pogoni za sensacją. Co za niespotykana cisza w redakcji gazety. McDougal, którego poznajemy jako redakcyjnego śpiocha okaże się tym wyrazistym sumieniem gazety, przypominającym o jej prawdziwej misji przekazywania prawdziwych, sprawdzonych informacji.

Z jednej strony to komedia, z drugiej dramat ludzi, którzy opisując już niejedną aferę czy ludzką tragedię w jakiś sposób znieczulili się na krew i łzy, na autentyczność życia tak sprytnie wciskaną przez nich w kolumny gazety. Historia ciekawa choć dość przewidywalna w swym finale. Dziennikarskie ideały muszą zwyciężyć, czyż nie?

A potem panie Howard czas polecieć „Apollo 13” i jeszcze pokazać „Okup”. O tym dopiero będą trąbiły gazety. Pytanie czy dla samej sensacji czy dla prawdy i zrozumienia bohaterów swoich artykułów?

 

 

 



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH