ZŁOTE RUNO, CZYLI GÓWNIANA FORTUNA

 


Rzecz będzie o g…astrologii i fortunie, a gdzieś między tymi dwoma kwestiami jeszcze śmierdzące g…, w którym lśni siedem diamentów. Idealna to metafora współczesności, Europy, Zachodu. Trzeba się trochę wytarzać w gównie, by zebrać swoje złoto. Mimo smrodu, robi się ciekawie, nieprawdaż? Wszak bohater „Skazanych na Shawshank” wydostał się z więzienia przez rurę kanalizacyjną pełną ścieków. Przez g… do bogactwa i wolności.

Janusz Kondratiuk kreśli nam tu coś w rodzaju przypowieści, a może baśni o dwóch zupełnie różnych bohaterach ale mających to samo pragnienie: bycia bogatymi. Jeden to biznesmen, Stefan. Można go określić światowcem i koneserem, z kolei drugi bohater to Rysio, poczciwy, bezpretensjonalny chłop, który wyróżnia się tym, że ma żelazny żołądek i nie pogardzi kilogramem kiełbasy jak i tłuczonym szkłem. Nic dziwnego, że taki spokojny, gdy ma spokojne trawienie. I jeszcze po tym ciekawym obiedzie przejdzie się na kolejce w wesołym miasteczku. Ten to ma nerwy. Właśnie takiego kogoś poszukuje Stefan do swojego przekrętu życia. Właśnie wszystko postawił na jedną kartę, a właściwie na siedem malutkich diamentów, które chce sprzedać za granicą. Tyle, że najpierw musi je jakoś wywieźć. Oczywiście, że nielegalnie. Ale jak? Niezwykłe, jak małe są te diamenty, niczym tabletki, które uwolnią w mózgu dopaminę, a w żołądku spowodują niezłe zamieszanie. Wystarczy je połknąć i wsiąść do pociągu i wytrzymać, ściskając w ręku… nie kamyk zielony a blaszany nocnik.

Gdy będzie po najważniejszym, czyli kontroli, blaszany nocnik zadzwoni siedem razy, niczym dzwon. To siedem diamencików wypadło na wolność. Ufff, co za ulga.

Przetransportowania w swoim żołądku tych diamencików ma się podjąć właśnie Rysio o żelaznym żołądku. Żaden to kolega, przyjaciel, rodzina dla Stefana. Jak robić interesy to tylko z obcym! Strzeżcie się panowie dookoła na dworcu mnóstwo wygłodniałych ludzi, którzy nieustannie proszą o jakieś drobne. Ile trzeba byłoby mieć takich drobniaków, by nakarmić nimi to wygłodniałe stado? Nie można wszystkich uszczęśliwić, dopóki samego siebie się nie uszczęśliwi. Wracajmy do ambitnego planu.

Wszystko przebiega aż nazbyt gładko. Panowie przedostają się za granicę, a z okien pociągu widzą złote słońce, odbijające się w falującej wodzie, niczym złote runo. I w końcu nasi Argonauci zmieniają siedem diamentów (wyjętych z gówna) w fortunę, która pozwala im odetchnąć luksusem. Spragnieni wygód i pierwszorzędnego życia, od razu rzucają się w hedonistyczny zug. Tyle, że szybko zaczynają się nudzić. Znacie to uczucie, gdy wygłodzeni rzucacie się na pyszne ciastka, a już po chwili dostajecie niestrawności, cukier uderza, a potem się obniża i czujecie się, jakbyście byli z plasteliny. Jesteście wszystkim zbyt zmęczeni, że już nie macie nawet siły podnieść kieliszka, by wznieść toast za swoje zwycięstwo.

Janusz Kondratiuk w tej współczesnej przypowieści o Złotym runie idzie trochę tropem swojego brata, Andrzeja, który w 1973 roku nakręcił film „Wniebowzięci” z legendarnym duetem Maklakiewicz-Himilsbach. Ci bohaterowie nie przemycali diamentów, tylko wygrali w totolotka, by potem spełnić swoje marzenie o podróży, w której od spotkania do spotkania, będą odczuwali jednak coraz większą pustkę.

I w „Złotym runie” jest podobnie. Wszystko poszło zbyt gładko. Jest nagroda. Niby są lepsze ubrania, większe wygody w hotelu, ale g… jest to samo. Jesteśmy w Europie, pijemy drinka, obok przechadzają się piękne kobiety. Właściwie prostytutki, które za pieniądze staną się najsłodszymi towarzyszkami. Taki kiczowaty raj z palmami i złotym słońcem. Słodkie słówka, pocałunki. Z portfela Stówka. Partnerki Stópka. I co z tego? Czyżby uwolniła się czarna żółć i dopadła nas melancholia, spleen znudzonych, bogatych jegomości? Przekleństwo konsumpcjonizmu, który tak łatwo wypala. Może dlatego ci najwięksi bogacze nie szastają tak łatwo pieniędzmi, tylko nieustannie inwestują w różne narzędzia, które pozwalają im się rozwijać. Świadomość rozwoju daje satysfakcję i zwiększa dopaminę, a poczucie zjedzenia kolejnego słodkiego ciastka jeszcze bardziej rozleniwia i w końcu doprowadza do znudzenia, jeśli nie do depresji, bo oto straciliśmy kontrolę nad samymi sobą.

Podobnie jak we „Wniebowziętych”, tak i w „Złotym runie” widać tą słabość braci Kondratiuków do naturszczyków, przez co sama atmosfera filmu bywa trochę drętwa. Ale to ma swój cel, aby pokazać, jak nudne jest życie skupione wokół pieniędzy. Buczkowski to właściwie już weteran, który pojawiał się na srebrnym ekranie regularnie w czasach PRL-u. Teraz z kolei dostał szansę zagrania głównej roli. Potem będą seriale, „Graczykowie” czy „Lombard. Życie pod zastaw”.

A tym, który lubił zastawiać jedno, by tworzyć drugie był właśnie zmarły dziesięć lat temu, biznesmen, Zbigniew Mazurek (Stefan), dla którego występ w „Złotym runie” to jedna z pierwszych ról i poniekąd portret jego samego: biznesmana o szerokich horyzontach, który ukochał podróże zagraniczne. We Francji osiadł na stałe, gdzie założył firmę Mazurek Marines Service, specjalizującą się w dostarczaniu części zamiennych na statki, co przysporzyło mu sporego majątku. Potem jednak wrócił do Polski, gdzie na początku lat dziewięćdziesiątych otworzył sieć butików z kosmetykami (taki pre-rossman) a także firmę ochroniarską. Jednak na tych interesach sporo stracił, aż w końcu je sprzedał, żałując, że nie zainwestował w jakiś film ze swoim udziałem, z którego miałby chociaż miłe wspomnienia.

Ze Zbigniewem Buczkowskim Mazurek spotkał się jeszcze na planie „Graczyków. Wielka Wygrana”, gdzie po raz kolejny swoim charakterystycznym sposobem bycia wypełnił daną scenę. Ale czy ta charakterystyczność wystarczyła, by zrobić większą karierę w showbiznesie, o czym zawsze marzył? Wydaje się, że Mazurek zawsze grał tylko na jednym tonie. Choć on sam tym się nie przejmował. To była dla niego kolejna przygoda, dorzucona do jego skarbca doświadczeń. Taki jest właśnie urok ludzi przedsiębiorczych, którzy przede wszystkim kolekcjonują ciekawe doświadczenia, wiedzę z różnych dziedzin, by potem ją odbić w jakimś ciekawym biznesie, który może odnieść sukces.

Zbigniew Mazurek, Pan o spokojnym usposobieniu, wrażliwy na sztukę, malarstwo, muzykę, a zarazem wzięty biznesman, który nie bał się ryzykować – tak go przedstawia Krzysztof Lipowicz w filmie dokumentalnym „Argonauta”.

 

„Jakiegokolwiek gówna się nie dotknę, zamieniam je w złoto. To nie moja wina. To nie ja wymyśliłem kapitalizm. Ja próbuję się tylko przystosować” — powiada gość na bankiecie (Zbigniew Mazurek) w filmie „Córka marnotrawna”.

 

Ciekawe czy bohaterowie „Złotego runa” przystosowali się wreszcie do swojego złotego bytu? W ostatniej scenie przyłączają się do wielkie parady i sobie podrygują, czując jednak, że to wszystko gówno warte. Jeden wielki kicz, po którym i tak czuć wielki apetyt na coś większego.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH