ZABIJ MNIE GLINO


Zdyszany i podniecony, biegnie co tchu. Właśnie uciekł z więzienia. Ma jeszcze sporo spraw do załatwienia. Pora rozliczyć się ze starymi znajomymi, którzy zawiedli w ostatniej chwili. Zemsta to najlepszy powód, by żyć. A drugi cel to oczywiście upragniona wolność z fałszywymi dokumentami i walizką pełną skarbów. Nasz bohater chce dogonić pociąg, który wyprowadzi go na wolność. Biegnie tak, jak kiedyś Bogusław Linda biegł w filmie „Przypadek”. Ale ten bohater nie chce już przypadków. Wszystko ma zaplanowane. Wyskakuje z pociągu jak Cybulski w „Salcie”, by zdobyć nową tożsamość. Zanim zacznie świtać, już łowcy głów rozpoczną swoje polowanie. Budźcie się panowie w niebieskich mundurach. Bestia na wolności. Kto będzie pierwszy?

Polska, lata 80, pojedynek między policjantem a złoczyńcą w amerykańskim stylu. Czy to się może w ogóle udać w tej epoce? I tak i nie. Bo nie ma sensu tu kopiować „Miami Vice”, „Crime story” czy „Brudnego Harry’ ego”. Jacek Bromski idzie na kompromis, by przemycić trochę tej amerykańskiej poetyki, ale nie przesadza, bo dobrze wie, że wyszłaby z tego karykatura. „Zabij mnie glino” ma wyraźny polski koloryt i nie trzeba się tego wstydzić, tak samo jak „07 zgłoś się”. Tyle, że szyldu „Milicja” w filmie Bromskiego jednak nie dostrzeżemy. Bo po co? To już tylko parę lat do nowej rzeczywistości. A poza tym swobodne dialogi, ciekawe pojedynki, choć momentami za mało dynamiczne. Uwagę zawraca też syntezatorowa ścieżka dźwiękowa w klimacie „Crockett theme” (szczególnie motyw „Point Park” w scenie napadu na pociąg), skomponowana przez Henriego Serokę, który stale podkreśla swoimi pięknymi dźwiękami obrazy Jacka Bromskiego. W scenografiach nowoczesne aparatury audio. I ta niezwykła technika odczytywania głosu z taśmy, głosu, który może wskazywać, że osoba mówiąca cierpi na jakąś rzadką chorobę wątroby. Zupełnie jak CSI! Ameryka puka do naszej wyobraźni, przeszklone biura, a na jednej z szyb naklejka zespołu Europe. „Final countdown”. Każdy policjant w tym oddziale odlicza, kiedy wreszcie złapie nieuchwytnego bandziora. Nerwowo przekłada papiery, wystukuje coś na komputerze z jarzącymi się niebieskimi tabelkami. Trzeba jeszcze nakarmić się tymi amerykańskimi węglowodanami, żeby tak pracować jak ci twardziele z zachodu. Łyk Coca Coli, gryz hamburgera, którego pudełko z Mcdonalda pan reżyser przywiózł, niczym relikwię do naszej szarej polskiej rzeczywistości. Ale spokojnie, nie trzeba się przejmować jak pudełko się zatłuści. W 1992 roku McDonald zawita do naszej ojczyzny. I każdy będzie miał pudełko na hamburgera, kartonowy domek Happy Meal i zabawkę. A potem w drogę panowie mili…policjanci tajniacy w samochodach bez szyldów. Ścigają się Fiatem i Skodą zamiast Lamborghini, ale i tak jest akcja.

„Zabij mnie glino” kojarzyłbym raczej z nazwiskiem Wojciecha Wójcika, który w latach osiemdziesiątych miał już a sobą takie kryminalne hity jak „Prywatne śledztwo” czy „Trójkąt bermudzki”, a tu proszę, Jacek Bromski za kamerą. Ten, który reżyserował takie komedie jak „Sztuka kochania”, „Dzieci i ryby” oraz najbardziej znany cykl „U pana Boga…”, ale to tylko świadczy o wszechstronności tego twórcy.

Co do amerykańskiego klimatu tego filmu, to niezwykłe, jak „Zabij mnie glino” współbrzmi z trzygodzinną „Gorączką” Michaela Manna. I dodajmy tu tylko, że to Bromski był pierwszy. Ale przecież nikt tak jak Mann nie pokaże strzelaniny, która brzmi jak symfonia, wciąga, fascynuje, trzyma do ostatniego napięcia, a huk pocisków rozbija się w uszach.

Zarówno Bromski jak i Mann pokazują nam równie zacięty pojedynek między policjantem a przestępcą. Zacięty, bo w gruncie rzeczy obaj ci mężczyźni postawieni po dwóch stronach barykady są tacy sami i tyle samo ryzykują. Stąpają po kruchym lodzie. Są tym co robią, jeden ucieka i zmienia twarze, drugi wciąż ściga tego kameleona i zapomina o wszystkim innym, choćby o tym, że ma żonę. A żona w ramach rekompensaty ma kochanka.

„Zabij mnie glino” to oczywiście słowa Jerzego Malika, groźnego przestępcy, który zaraz po brawurowej ucieczce z więzienia, zostaje szybko schwytany przez znudzonego kapitana Popczyka. Ten ma już wyraźnie dosyć ścigania tego samego przestępcy. Malik z kolei nie może znieść tej hańby, że znów wpadł w zasadzkę Popczyka. Nie daruje glinie i przy najbliższej okazji się zemści. Ale tym samym skieruje na siebie cały gniew policji. On dotrzymuje słowa. Malik to człowiek interesów. Ma też rachunki do wyrównania i oczekuje lojalności od swoich partnerów z gangu, tyle że układy z bandziorami zawsze kryją w sobie różne kruczki, które Malik będzie musiał w tym slalomie jakoś wyminąć, by wreszcie skonfrontować z szefem gangu, Stawskim. Malik jest jak huragan, wciąga w swoje interesy wielu ludzi i niszczy ich w mgnieniu oka. Musi zabijać świadków i zdrajców. Jakiś policjant prosi go o dokumenty, a po chwili kończy z kulą w sercu. To jest silniejsze od Malika. Zastraszone zwierzę broni się jak może. Jest w tym jakiś obłęd, co dobrze oddaje także muzyka Seroki, przerażający gwizd na tle syntezatorów, w których czuć grozę, dramat człowieka, nie potrafiącego zapanować nad swoimi demonami. Jest jak rozjuszone zwierzę, rozpycha się, tratuje i kończy znajomość. Jego życie to jak upadające kostki domino. Jedna zbrodnia pociąga kolejne i nie sposób już z nich wyjść, trzeba wciąż uciekać: pociągiem, pieszo, samochodem, gnać na oślep. Ale jak długo to może trwać?

Malik to bohater w ciągłym zawieszeniu. Nie dziwne, że żona już straciła dawno do niego cierpliwość. Bo w tej robocie nie powinno się w ogóle mieć rodziny, jak słyszymy z ust profesjonalisty w „Gorączce”, ale Malik spotyka nową kobietę (Anna Romantowska, prywatnie żona Bromskiego). Właściwie to ona zagaduje go pierwszego. Odważna. Lekarka mieszkająca samotnie w wielkim domu. To typ miłosiernej samarytanki, która pomaga się schronić Malikowi, mimo, że niewiele o nim wie. A jeśli już się dowie, z dziennika telewizyjnego, z kim ma do czynienia, to i tak wybaczy. Tak spragniona jest miłości, że wszystko przyjmie na swoje barki i nawet załatwi swemu ukochanemu trudno dostępne lekarstwo na chorobę wątroby, z którą zmaga się biedny Malik. Może to jest klucz do jego nerwowego zachowania. Zawsze ma coś na wątrobie. Ale ma też wiernego przyjaciela, Seweryna (Zbigniew Zamachowski), który zawsze mu pomoże. To typ clowna, który nieco rozładowuje napięcie swoim humorem. Sprawia wrażenie niepozornego, ale w gruncie rzeczy jest bardzo sprytny. Potrafi błyskawicznie przyłożyć nóż do skroni policjantowi, wziąć go na zakładnika i uciec podczas rozprawy sądowej. Tak właśnie uciekł z Malikiem. Teraz obaj pomagają sobie na wolności. Zamachowski zawsze jest drugim partnerem w grze. Niby mniejszy, zabawniejszy. jednak potrafi dokonać zamachu na widza i wgryźć się w pamięć swoją charakterystyczną rolą. Piękna jest scena, gdy Zamachowski negocjuje z Markiem Walczewskim cenę skradzionej biżuterii. Mam wrażenie, że echa tej sceny pobrzmiewają także w „Dekalogu X”, gdzie Zamachowski targuje się z innym spryciarzem granym przez Henryka Bistę o cenę znaczków.

Linda idealnie się sprawdza w roli bandziora Malika. Można śmiało powiedzieć, że ten film to przepustka aktora do polskiego kina sensacyjnego lat 90, gdzie prym będzie wiódł Władysław Pasikowski. Obaj panowie na długie lata zaszufladkują się w kinie o twardzielach.

A ten, który szufladkuje bandziorów? To kapitan Popczyk po drugiej stronie barykady. Zgłasza się do czynnej służby ku niezadowoleniu żony Teresy (Maria Pakulnis), jak zwykle zaniedbywanej przez męża. Jeśli kapitan nie ściga swego faworyta, to w wolnych chwilach zaczytuje się w „Psychologii śledztwa”, a zapomina o psychologii małżeństwa. Żona może iść do innego pocieszyciela, który poświęci jej dosyć uwagi, co w końcu zemści się na niej, gdy trafi w ręce Malika, chcącego się zemścić na Popczyku.

Nie wiem czemu, ale Piotr Machalica, choć świetnie grający znudzonego, sarkastycznego kapitana („Rzygać mi się chce od tego twojego entuzjazmu”, „idź bo jak cię…”), który niejedno już widział, nie bardzo mi pasuje do poetyki kina sensacyjnego. Jest za bardzo spokojny do tej roli. Ale w końcu, czemu policjant ma zawsze wyglądać na supermana i być w gorącej wodzie kąpany? Może dlatego wysuwam te pretensje, bo film Manna z dynamicznym i ciętym Pacino w roli porucznika Vincenta Hanny obejrzałem jako pierwszy, a „Zabij mnie glino” przyszedł jako drugi. Niestety.

 

„Idź bo jak cię…!”

 

Tak jak Malikowi towarzyszy śmieszny Seweryn (choć skuteczny), tak Popczykowi towarzyszą jego barwni współpracownicy jak narwany, jowialny Jachimowski, czyli Andrzej Grabarczyk, próbujący co chwila udawać policjanta z amerykańskich filmów, czy poważny i sarkastyczny Tomasz Lengren, albo informator Jajo, gotujący zupę dla skacowanego Popczyka (grany przez Aleksandra Machalicę, brata Piotra). Wszyscy oni rozładowują humory posępnego pana Kapitana. A nad panem kapitanem stoi stary szef (Jan Machulski). Szef jak to szef, jak zwykle zleca albo stopuje akcje. Po prostu denerwuje. Irytuje mnie ta postać pana naczelnika, który najpierw ściąga Popczyka z urlopu, by złapał Malika. A gdy bandzior znów ucieka, ten mówi o standardowych procedurach łapania przestępców, na koniec każe zamknąć sprawę Malika, chociaż ten jest na wolności i nieźle szaleje. Uparty Popczyk na przymusowym urlopie musi działać nieoficjalnie, aż w końcu stary naczelnik łaskawie przydzieli mu solidną ekipę do finałowej konfrontacji z bandziorem. Potem pan naczelnik pojawi się jeszcze w „Psach”, gdzie będzie pytał Stopczyka, co ten pali? (Papierosy radomskie albo akta). A pięć lat później, w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych, w „Kilerze” będzie kazał komisarzowi Rybie być tak wytrwałym jak Tommy Lee Jones w łapaniu bandziorów.

I tak wytrwałym policjantem jest Popczyk, coraz bardziej zirytowany tym, że Malik tak sprytnie wymyka mu się z rąk. I tak jeden jest górze, drugi na dole. Jak Malik w dramatycznych okolicznościach znajduje swoją wielką miłość w postaci skromnej, nie rzucającej się w oczy kobiety, tak kapitan Popczyk traci swoją ukochaną żonę. „I patrzę jak rozpada się moje małżeństwo, bo wciąż ścigam takich jak ty” – podsumowuje porucznik Vincent Hanna w „Gorączce”. Traci swoją ukochaną w objęciach innego mężczyzny, aż w końcu straci ją na zawsze przez nieszczęśliwy zbieg zdarzeń, w którym główną rolę odegra pistolet Malika.

Po tym druzgocącym momencie, Popczyk nie ma już do czego wracać. Jego życie rodzinne się skończyło, a tym samym jest teraz jeszcze silniejszym przeciwnikiem dla bandziora niż poprzednio. Nie jest już tak rozdarty. To Malik ma kłopoty, bo żyjąc w związku z ukochaną sporo ryzykuje.

Skoro to film o policjantach i bandytach, to nie mogło zabraknąć w nim pościgów z helikopterem, napadem na pociąg i ostrą wymianą ognia. To także widzieliśmy w „07 zgłoś się”. Wszystko ładnie, choć można się czasem przyczepić do trochę topornej choreografii. Ale to przecież nie balet. W prawdziwym życiu pewnie jeszcze inaczej wyglądałyby te sceny. Inna sprawa, że niektórzy aktorzy grają w tym filmie naprawdę jak drewno. Na szczęście są to trzecioplanowe postacie, jako choćby Juliusz Machulski, który powinien zawsze trzymać się reżyserii, a nie aktorstwa. Coś bełkocze jako specjalista od medycyny sądowej a nawet wymienia nazwę ostatnio tak popularnego koncernu farmaceutycznego „Pfizer”. Następna w kolejce jest jego ówczesna żona, Liza Machulska, grającą policjantkę w zespole Popczyka. Milcząca dama, która jakoś nie wnosi nic ciekawego do akcji. Tylko czasem spojrzy tak jakoś ostro, że aż serce topnieje. Potem Olgierd Łukaszewicz, grający kochanka Teresy. W scenie przejaskrawionego umierania wywołuje bardziej śmiech niż przerażenie. Podobnie zresztą zagrała Anna Romantowska, gdy zaczyna płakać. Co za spazmy, histeria, łkanie! Ta kobieta, płacze i śmieje się jednocześnie. Kto następny w naszym rankingu? Dalej Tomasz Lengren gadający po raz trzeci, że idzie po samochód (po co aż trzy razy to powtarza?), zawsze z tą kamienną twarzą nie wyraża żadnych emocji. Jedyna dobra kwestia od niego to wtedy gdy się dziwi, że Malik uciekł do swojej żony. On sam przyznaje, że raczej by uciekł od swojej… damy. No i jeszcze ten jasnowidz, gadający tak sztucznie. To oczywiście drobiazgi, które jedni zlekceważą, a inni będą drążyć, by akapit się wypełnił. Ja nie mogłem sobie odpuścić. Wybacz. Zabij mnie glino!

Za to pięknie wypada tu Marek Barbasiewicz w roli człowieka Stawskiego, z tym zimnym spojrzeniem i gadaniem przez zaciśnięte zęby, gdy traci cierpliwość. To człowiek zagadka, który potem okaże się zdrajcą i wykiwa całą ekipę, aby wraz z Malikiem przejąć pieniądze z napadu na pociąg. Również Krzysztof Zalewski w roli fałszerza, załatwiającego dowód osobisty i paszport zwraca na siebie uwagę z tym niepokojącym spojrzeniem chytrego liska, który równie dobrze może wykiwać klienta. Pasjonat kaligrafii, który jednak nie mógł się wykazać swoim talentem przy nowym dowodzie Malika. Malik jest sprytniejszy, sam sobie wypisze swoje dokumenty. Wcześniej Linda i Zaleski spotkali się na planie filmu Agnieszki Holland pt. „Gorączka”. I tak pięknie nam się tutaj domyka koło w kontekście filmu Manna.

Gorączkę w tym filmie wszyscy mają. Malik ucieka w Gorączce ku wyśnionej wolności i jednocześnie w tej gorączce i obsesji zabija każdego, kto mu stanie na drodze, nawet najbliższych przyjaciół. A niewyspany, spocony i nieogolony Popczyk wciąż obserwuje to mieszkanie, z którego za chwilę wyjdzie Malik.

Do puenty proszę!

 

Wszyscy jesteśmy czasem Popczykiem a czasem Malikiem. Ścigamy jeden drugiego, stojąc w rozkroku między tym, co ważne, a tym co ulotne. Łamiemy zasady i stoimy na ich straży. Jakie to głębokie, nieprawdaż?

Teraz i ja ścigam się ze słowami, żeby wreszcie upolować sens i zamknąć go w tym jednym zdaniu-więzieniu.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH