UPADEK. KIEDY NIE MASZ JUŻ NIC DO STRACENIA.
Samotny, porzucony Odyseusz przemierza brudne ulice Miasta Aniołów, by dostać się wreszcie do swojej rodziny. Ale Miasto Aniołów nie jest tu wizją nieba, co raczej piekła, a żar z nieba sprzyja tej wizji. A piekło to aż pali swoim absurdem, przemocą, brakiem szacunku. Może to jakaś dziwna gra, gdzie trzeba przejść kolejne plansze, by zdobyć wielką nagrodę. Człowiek z innej epoki, jak z lat sześćdziesiątych, starannie ostrzyżony, w białej koszuli, z krawacikiem (trochę jak ten specjalista NASA z „Apollo 13”) próbuje jeszcze walczyć o swoje ideały w piekle, które w końcu go pochłonie, hańbiąc i ukazując jak wroga publicznego. On jest chory? To ta rzeczywistość dookoła jest chora. Tak dziwaczna, nie chcąca się poddać precyzyjnemu umysłowi bohatera, który wypadł z niej jak ogryzek.
Jak to się stało, że padłeś ofiarą tak okrutnego żartu?
Nie tak dawno żegnaliśmy Joela Schumachera reżysera, który świetnie sobie radził zarówno z dramatem, thrillerem czy kinem sensacyjnym, choć i nie uniknął, wpadek jak choćby w ekranizacji nieszczęsnego Batmana. Ale nie zamierzam tu krytykować mistrza za tą pulpową produkcję, która też ma swój urok.
Zaczepka człowieka nietoperza pozwoli mi tu na chwilę zaprosić jaskrawego Jokera, który nie tak dawno doczekał się kolejnej filmowej interpretacji swojej osoby w wersji Joaquina Phoenixa. W tej interpretacji widzimy zbyt nadwrażliwego człowieka, który nie potrafi poradzić sobie z jakże zimnym podzwrotnikowym klimatem społeczeństwa, w jakim mu przyszło żyć. Ile jeszcze razy będzie bił głową w mur obojętności? Ile razy będzie płakał przed tą ścianą? Chyba, że dokona czegoś takiego, co zupełnie wstrząśnie tą zimną masą. I oto widzimy tą smutną ewolucję od depresji po szaleństwo. Dlaczego o tym wspominamy w kontekście „Upadku”? Bo nie sposób oglądając Jokera Phoenixa, nie myśleć o Williamie Fosterze w wydaniu Michaela Douglasa.
Bohater „Upadku” to oczywiście nie pajac z jaskrawym makijażem, tylko tzw. „white collar man”, ubrany w starannie wyprasowaną białą koszulę, starannie ostrzyżony, ogolony, w okularach. Taki dobrze wpasowany w wielki kombinat społeczny i przemysłowy.
Perfekcjonista, inżynier precyzyjny do bólu, projektujący maszyny, z wielką starannością. Od dziecka wychowywany, że ciężką pracą coś osiągnie, zupełnie inaczej niż rekin biznesu Gordon Gekko. William osiągnął w miarę dobrą pozycję członka średniej klasy, ale po drodze jednak coś stracił. A gdy wreszcie został nagle zwolniony z pracy, coś w nim zupełnie pękło, jakby dostał wielką pięścią prosto w swoją naiwną twarz. I wszystko w jego głowie się zmieniło.
Kotłujące się w nim problemy, jak strata pracy czy życie w separacji z żoną ,w końcu muszą gdzieś znaleźć ujście. Naszego bohatera poznajemy właśnie w tej decydującej godzinie. Jest upał i na dodatek jest korek na autostradzie. Nagrzane auta są jak piekarniki, w których zniecierpliwieni i bezsilni kierowcy pieczą swoją nerwy, krzyczą coraz głośniej, przeklinają, że się spóźnią, zaciskają dłonie na kierownicy i roztapiają gumę na jej krawędzi.
Już w tych pierwszych sekwencjach widzimy, jak twórcy sprytnie operują ujęciami i montażem. Paul Hirsch, znany nam z montowania legendarnych „Gwiezdnych Wojen” przeplata obrazy z metaforami, jakie nam przychodzą w takich frustrujących sytuacjach jak korki uliczne. Krople potu na czole i zaciśnięte zęby, w tle rozbrzmiewa symfonia klaksonów, ale to bzycząca mucha jest w tej chwili najbardziej irytująca i daje nam powód, byśmy chociaż tak wyładowali swoją agresją, waląc na oślep zwiniętą gazetą niczym maczugą. Może muchy już nie ma, ale są irytujące spojrzenia innych kierowców, krzyczące dzieci ze szkolnego autobusu, znów jakieś awantury. Pomarańczowe, żółte odcienie podkreślające jeszcze bardziej temperaturę emocji i temperaturę pogody, narastający gniew, zaciśnięte zęby, szczerzący się kot Garfield przyklejony do szyby samochodu.
Dosyć! – William Foster oddycha coraz ciężej. Wreszcie bierze aktówkę i wychodzi ze swojego samochodu. Rozgląda się. I za nim i przed nim jest jeszcze mnóstwo aut, jak w teledysku „Road to hell”. Ale ten gest wyjścia z samochodu w środku korku, rozpoczyna rewolucję w życiu Fostera, który przyjmuje dla nas widzów ksywę D-Fense. Niejeden asceta, samobójca, szaleniec zadaje sobie to irytujące pytanie, „dokąd zmierza ludzkość w tym długim korku”, „za czym ta kolejka stoi?” i z każdym minionym rokiem, przebytym kilometrem widzi coraz mniej odpowiedzi. Dokąd rusza William? Przede wszystkim nie chce się spóźnić na przyjęcie urodzinowe swojej córeczki. Ma dla niej szklaną kulę, którą gdy się potrząśnie, spadnie śnieg, chciałby też wrócić do rodziny. Ale żona stanowczo się sprzeciwia. Ma dosyć męża, który od dłuższego czasu jest niestabilny emocjonalnie.
William więc zamieszkał u matki. Zajmuje ascetycznie urządzony pokój, gdzie wszystko ma swoje miejsce. Tak jak na rysunku technicznym, gdzie nie ma niepotrzebnych esów floresów, tak w pokoju Williama nie ma niepotrzebnych bibelotów. Nie ma tego ciepła, przytulności. Jego pokój jest jak cela, w której dojrzewa więzień własnych nawyków. Z kolei jego matka to nieco przestraszona kobieta, kolekcjonująca szklane figurki, tak delikatne, tak kruche jak nerwy Williama, wystawione na straszną próbę. Sama kobieta wyznaje, że czasem boi się własnego syna – boi się jego, a nie o niego. – to spora ewolucja w matczynej miłości.
Właśnie na podłogę w sklepie spada szklany słoik z amerykańskimi flagami. William dostał szału. I będzie się coraz bardziej irytował, dopóki nie trafi na odpowiedniego policjanta. Żadnego tam supermana, czy Brudnego Harry’ego tylko doświadczonego glinę, który właśnie ma przejść na emeryturę. Detektyw Prendergast przeżył wiele: stracił swoją małą córkę, która nagle zmarła we śnie, widział wielu zbrodniarzy, łamiących granice, prowadził niejedną ciężką sprawę, ale i tak największym dla niego wyzwaniem jest utrzymać spokój znerwicowanej żony, która po śmierci córki stała się tak krucha ja te szklane figurki matki Williama Fostera. Ten motyw szkła zresztą pojawi się w filmie jeszcze parę razy, jak choćby stłuczone okulary głównego bohatera, który już jakoś inaczej widzi przez nie, jakby punkt widzenia został spaczony, jakby już pękł w nim pewien filtr. Tak jak Foster wiezie na urodziny córeczki szklaną kulę z reniferem, tak na biurku Prendergasta znajduje się szklana kula z mostem i pozytywką. Ten most to chyba taka metafora przejścia na drugą stronę, czyli na emeryturę. Ale i przecież na samym moście rozegra się ostateczny pojedynek między oficerem policji a D-Fensem Fosterem. Zanim jednak dojdziemy do tego apogeum.
Przyjrzymy się jeszcze chwilę Prendegastowi. Zaraz, zaraz, czy my tego pana skądś nie znamy? Ależ to pułkownik Kilgore z „Czasu apokalipsy”, który z wielkim żalem stwierdza, że wojna w Wietnamie kiedyś (niestety się skończy), póki co cieszmy się zapachem napalmu. To esencja pułkownika Kilgore’a czyli Robert Duvall. Teraz jednak w roli policjanta, przechodzącego na emeryturę. Cichy, spokojny, nawet nie przeklina, z poczuciem humoru i dystansu glina, który niejedno widział. Próbuje spokojnie przejść na emeryturę, ale będzie musiał jeszcze ostatni raz udowodnić, że jest skutecznym gliną, właśnie przez dziwną sprawę Fostera. Predegast musi z tej akcji wrócić żywy. Obiecał to żonie. Ale czy czegoś nauczy się po spotkaniu z Fosterem, zrozumie jego motywacje?
Foster to taki bohater, z którym w głębi się identyfikujemy, choć pewnie na głos byśmy się do tego nie przyznali. To taki nasz najgłębszy demon, którego trzymamy w ukryciu, na smyczy, ale odzywa się on zawsze w krytycznych momentach i jęczy nam nad uchem coraz głośniej. Właśnie w takie dni, kiedy wszystko nas dosłownie atakuje: głośne reklamy, pretensje obcych i rodziny o wszystko i o nic, kiedy jesteśmy niewyspani i zarazem pobudzeni kofeiną, wtedy ten demon wyje najgłośniej. Wtedy w myślach bijemy wszystkich po równo – i nie zaprzeczajcie, że tak nie jest.
Pewnie jako młodzi idealiści albo dobrze ustawieni, urodzeni w czepku, uznalibyśmy Fostera jako szaleńca, terrorystę, obłąkańca, ale z wiekiem, gdy już doświadczymy paru absurdów życia w społeczeństwie, kiedy uderzymy o twarde mury biurokracji, gdy widzimy, że po ciężkiej pracy odpłacają nam policzkiem po gębie, to zaczynamy rozumieć tego bohatera, który wyszedł z ulicznego korku gdzieś przed siebie, jako już osoba, która właściwie nie ma nic do stracenia. Byleby tylko zdążyć na urodziny córki. To jeszcze trzyma Fostera w ryzach.
Niezwykłe jak pewne okoliczności, sytuacje sprawiają, że nabuzowany człowiek, mający poczucie, że został głęboko oszukany przez swoją ojczyznę nagle staje się bandytą. Zaprawdę szczęśliwi są ci, którzy za mało widzą. Bo najgorsze jest to, gdy widzi się zbyt dobrze te wszystkie otaczające nas absurdy. Gdy ma się w oczach rentgen, który potrafi przejrzeć niejeden „cud” na wylot i popaść w cynizm. To jest moment, gdy wszystko pęka. Sięgasz po kij baseballowy i czujesz się tak silny, że rozwalasz w niecałą minutę mały sklepik Koreańczyka, który tak bezczelnie zawyża ceny amerykańskich produktów, przywalasz jakiemuś facetowi, który twierdzi, że zająłeś jego terytorium, mimo, że na tym pustkowiu nie ma żadnego ogrodzenia. Masz na twarzy taki gniew i taką frustrację, że każdy omija cię szerokim łukiem. Bo każdy widząc ciebie już wie, że nie masz nic do stracenia. Walisz na oślep, krzyczysz i usilnie dociekasz swoich racji. William Foster już doszedł do takiego momentu, że nie zamierza odpuszczać i z każdą minutą czuje się coraz bardziej niepokonany. Przechodzi do kolejnej planszy tej dziwnej gry. Zabiera torbę z bronią, która nie tak dawno była orężem lokalnego gangu i rusza w miasto. Teraz to nawet zniecierpliwiony facet przy budce telefonicznej mu nie podskoczy. Nawet przemądrzały golfista zrozumie, że nie ma on tu nic do gadania ze swoim kijem, gdy z naprzeciwka idzie mu na spotkanie facet z bazooką. Teraz każdy bezczelny typ będzie wiedział, gdzie jego miejsce, a wiecznie uśmiechnięty kierowniczek restauracji wreszcie zrozumie, że klient ma zawsze rację. No i William przy okazji spowodowania niewielkiej eksplozji, przysłuży się, by pieniądze przeznaczone na remont dróg, były wydawane z sensem.
Ale im więcej będzie takich pionków i przeszkód na drodze Williama do domu, gdzie czeka na niego córka, tym bardziej zwraca on na siebie uwagę. Zresztą gdy już nasz bohater nie waha się użyć ostrej amunicji, musi się liczyć z tym, że stróże prawa również odpowiedzą ogniem w jego skromną osobę: obywatela, który tylko chciał dotrzeć na urodziny córki, ale ciągle coś lub ktoś stawał na drodze. Ciągle jakieś zaczepki, dygresje, odciągające bohatera od upragnionego celu.
To ostania sprawa detektywa Prendergasta, który musi mocno się postarać, by wyjść z całej akcji żywy, jeśli pragnie spokoju swojej znerwicowanej żony. Przez chwilę udaje mu się nawiązać kontakt z Fosterem. Po prostu sobie rozmawiają o niedoli bycia obywatelem tego wspaniałego mocarstwa, które każdego oszukuje. Prendergast próbuje przekonać Fostera, że ma on jeszcze szasnę. Nawet gdy trafi po całej tej eskapadzie do więzienia, będzie miał szanse widywać swoją córkę. Policjant już nie ma takiej szansy, bo jego córeczka zmarła w kołysce – tu jakby zatacza się krąg. Detektyw, który stracił swoją córkę próbował przez całą służbę uratować ten mały kawałek świata, teraz próbuje uratować Fostera dla jego córki i także uratować siebie, by bezpiecznie wrócić do domu, do żony. (Robert Duvall za dziewięć lat będzie jeszcze pertraktował z równie zdesperowanym Johnem Q). Ale perspektywa oglądania swojej córki przez więzienne kraty wcale nie uspokaja Fostera, który musi przedstawienie doprowadzić do końca. On już wie, że nie ma wyjścia, nie ma powrotu. Co za absurd. Oto stało się. Skończył jak ten zły facet, jak bandzior, przed którym przestrzegała go mamusia! A zaczynał tak ambitnie, z nadzieją. Robił wszystko, co mu kazali, budował maszyny, starał się.
Bach
Upadek prosto do wody. Co za ulga, gdy wszędzie dookoła tak gorąco.
Komentarze
Prześlij komentarz