WBREW REGUŁOM. ZERWAĆ OWOC ŻYCIA
Lasse'a Hallstroma kojarzę przede wszystkim jako reżysera, który starał się odpowiedzieć na pytanie: „Co gryzie Gilberta Grape’a”? No co? Stłumione marzenia? Uciekająca młodość? Esencja życia coraz bardziej wyciskana na sicie rutyny i obowiązków od wschodu do zachodu słońca.
Ale Gilbert wreszcie zakończył swoją służbę na dworze wielkiej matki i ruszył wraz z księżniczką Becky w nieznane. Jak najdalej od tego sennego miasteczka i rutyny. Wreszcie poczuł ten dreszcz drogi i nieznanego.
Podobnej pokusie drogi w nieznane ulega równie młody bohater o imieniu Homer Wells, który jednak w przeciwieństwie do Gilberta jest sierotą. Od najmłodszych lat przerzucany od rodziny do rodziny, ciągle niepasujący puzzel wielkiej układanki, który wreszcie znajduje swoją przystań w samym sierocińcu, w którym także mieści się mały szpital położniczy. Tu Homer pod okiem doktora Wilbura Larcha zdobywa fach chirurga, a konkretnie położnika-ginekologa, innymi słowy, tego, który pomaga przyjść wielu dzieciom na świat, ale także jeśli trzeba, może także dokonać aborcji. Larch wychodzi z założenia, że jeśli już usuwać ciążę to profesjonalnie, a nie przy pomocy jakiś partaczy, którzy przyczynią się do późniejszych komplikacji.
Sam Larch właściwie stworzył Homera, widząc go jako niemowlę, nadając mu imię i nazwisko, a także ucząc go przyszłego fachu lekarza. Larch stał się dla niego mistrzem, a może i w pewnym sensie ojcem, który pewnie marzy w głębi duszy, by jego dziecko poszło jego śladem. Z braku ciekawszych doświadczeń Homer zaczął towarzyszyć doktorowi Larchowi w różnych zabiegach. Tworzyli całkiem zgrany duet, ale oczywiście różnice pokoleniowe czasem dawały o sobie znać. Z jednej strony dojrzała zgryźliwość, a z drugiej młodzieńczy idealizm. Larch w swojej karierze widział już zbyt wiele bólu, odbierał poród od kobiet, które nie chciały swojego dziecka i zostawiły je w tym smutnym miejscu lub od razu decydowały się na aborcję. Sam doktor nie miał właściwie rodziny. Jego rodziną były te wszystkie odrzucone dzieci, wyczekujące codziennie jakiś dobrych ludzi, którzy by ich wzięli ze sobą i zostali ich rodzicami. Ale wiadomo, że jak jest się zbyt długo w tym domu, tym ma się coraz mniejsze szanse na adopcję. Najchętniej przyszli rodzice biorą z sierocińca małe dzieci, bo te jeszcze da się „urobić”. Starsi już nawykli atmosferą sierocińca. Są coraz bardziej zgorzkniali i obrażeni na swoich rodziców, którzy kiedyś ich tu oddali. Próbują się zaprezentować od jak najlepszej strony, jak piękne zabawki na wystawie sklepowej, ale wciąż je przykrywa kurz zniechęcenia do tego wszystkiego. Z zazdrością widzą, jak ich młodsi koledzy, z którymi nie tak dawno dzielili troski bycia sierotą, odchodzą z nowymi rodzicami i nadzieją na nowe lepsze życie. Sami czują, że chyba wciąż nie są tak idealni jak być powinni.
Homer jako jeden z najstarszych wychowanków sierocińca widział już sporo takich szczęśliwych zakończeń i co dzień widzi swoich młodszych kolegów i koleżanki, którzy męczą się z tą niepewnością.
On już wyrósł z tych złudzeń. Zrozumiał, że swoje życie może zmienić tylko on sam. Jako pełnoletni młodzieniec w końcu postanawia ruszyć w świat. Ta decyzja o opuszczeniu sierocińca, podjęta pod wpływem chwili, zdumiewa wszystkich dookoła, a najbardziej doktora Larcha, który pokładał takie nadzieje w Homerze. Chłopak przecież nie ukończył żadnej szkoły medycznej, więc nie znajdzie nigdzie porządnej pracy. Po co ma się tułać po świecie, skoro już znalazł swoje miejsce? Ale Homer potrzebuje zmiany perspektywy, doświadczenia innego życia, innych zapachów, kolorów.
Sytuacja nadarza się, gdy do sierocińca przybywa pewna młoda para. On, Wally Worthington, żołnierz, który zaciągnął się na ochotnika na pierwszy front, a ona radosna blondynka Candy (Cukiereczek) Kendall. Dzieci widząc ich w tym pięknym samochodzie, nie mogą usiedzieć, od razu ich otaczają wianuszkiem jak parę z Hollywoodu. Niestety tych dwoje nie przyjechało tu, aby kogoś adoptować, tylko żeby pozbyć się problemu. Trochę się pośpieszyli ze swoją namiętnością. Zdecydowali się więc na aborcję u najlepszego specjalisty. Homer ich dyskretnie obserwuje, aż w końcu postanawia, że się z nimi zabierze, kiedy tylko Candy dojdzie do siebie.
W pewnym sensie tych dwoje młodych ludzi adoptuje Homera do jego nowego życia poza sierocińcem.
Homer odchodzi? Jak to? To niepodobna. Homer obok doktora Larcha, pielęgniarek Edny i Angeli był tym czwartym filarem dla każdego z tych dzieciaków. A teraz co? Wszystko się zawali. Ale Homer ma do tego prawo, żeby ruszyć gdzieś dalej. Taka inicjacyjna podróż przed stabilizacją i dojrzałością. Odyseja, w której Odyseusz zatacza wielkie koło i powróci tam, skąd wcześniej wybył.
Doktor Larch nie rozumie tej decyzji swego ulubionego podopiecznego i nawet nie zamierza się z nim żegnać. Wciąż wierzy, że Homer wróci i przejmie po nim lekarską schedę. Wells jednak teraz czuje, że naprawdę żyje. Jedzie samochodem z odkrytym dachem, wiatr delikatnie pieści jego młode lica. Na jego twarzy maluje się zachwyt i nadzieja. Podczas gdy on chce spróbować nowego życia, jego towarzysz podróży, chłopak Candy, Wally oznajmia mu, że za niedługo będzie walczył na froncie. Będzie gorąco i niebezpiecznie. Chce być bohaterem. Rozpiera go energia i męstwo, podczas gdy Candy na tylnym siedzeniu jeszcze rozpamiętuje ze smutkiem ten okropny zabieg pozbycia się ciąży. Depresja będzie jej jeszcze towarzyszyła przez parę dni. Już po wszystkim moja droga, jedziemy ku słońcu. Wally ma już sprecyzowane plany. Będzie walczył. Być może nie wróci. Ale to zawsze jakiś plan. A ty Homerze, co chciałbyś robić? Homer z kategorią D i słabym sercem, jak je ocenił troskliwy doktor Larch, nie przysłuży się ojczyźnie i nie będzie też dobrym mięsem armatnim. Chce na razie się cieszyć chwilą swobody. Wally urzeczonym tym chłopięcym marzeniem proponuje, by Homer na jakiś czas zatrzymał się u niego na gospodarstwie, gdzie jego rodzina produkuje sok z jabłek.
I tak niedoszły, biały lekarz przyłącza się do czarnych robotników, by zbierać jabłka z sadów, a potem wyciskać z nich sok. Adekwatna to metafora do obecnej sytuacji głównego bohatera, który chce właśnie wycisnąć z życia jak najwięcej. Zerwanie jabłka to jednak początek rewolucji, jak pamiętamy to z klasyka. Na horyzoncie bowiem pojawia się piękna kobieta, Candy. Teraz chyba Homer zdaje sobie sprawę, że to ta radosna dziewczyna spowodowała jego ucieczkę z sierocińca. Wtedy jeszcze tego tak nie czuł. Widział po prostu piękną kobietę i czuł, że ona była niczym zwiastun nowej przygody. Musiał z nią jechać, mając obok siebie jej chłopaka-żołnierza. Podczas gdy Wally walczy gdzieś na wojnie, ryzykując każdego dnia kalectwem albo śmiercią, Candy nie mogąc znieść samotności, coraz bardziej się zbliża do Homera. Po prostu ślicznotka musi mieć kogoś obok siebie. Zrywają codziennie te słodko-kwaśne jabłka grzechu i raczą się nektarem namiętności. Żartują, oglądają filmy w kinie, śmieją się, łapią razem homary (czy to nie kolejna analogia tym razem do imienia samego bohatera?) i oczywiście kochają się. Wreszcie Homer czuje, że żyje. Złapał tyle homarów i wycisnął tyle soku. Tymczasem starzejący się doktor Larch jest zmuszony szukać swojego następcy. Taka jest decyzja komisji. Ma już pewnego kandydata, chociaż bez studiów medycznych i dyplomu. Nie szkodzi. Dyplom można sfałszować i napisać znane imię i nazwisko Homera Wellsa. Tak to ten bohater, którego Larch niczym Bóg uformował od samego początku. Nadał mu imię, nazwisko i kierunek, w którym mógłby podążać. Lecz Homer mając to wszystko pod nosem, postanowił, że na jakiś czas odetnie się od jabłoni i padnie gdzieś dalej. A teraz oświadcza listownie doktorowi, że cieszy go to proste życie. Jabłka, homary, pot na czole, ból pleców, twarde łóżko i kolejny dzień, w którym może znów zobaczyć słodką Candy. Doktor Larch musi wybaczyć zakochanemu chłopcu, który przez te wszystkie lata w sierocińcu żył jak w jakimś rezerwacie, z dala od innego życia. Doktor musi być też wyrozumiały i czekać cierpliwie na powrót syna marnotrawnego. Bo syn powróci. I domknie się krąg. Jak to?
Czasem musimy odejść na jakiś czas, żeby zobaczyć nasze dotychczasowe życie z innej perspektywy. Jedni muszą wyjechać za granicę, inni przeprowadzić przynajmniej do sąsiedniego miasta. Homerowi wystarczył pobyt w jabłkowym raju. Ale z raju w końcu trzeba zostać wygnanym.
Oglądając te radosne chwile Homera i Candy można by odnieść wrażenie, że to było przeznaczenie. Że tych dwoje już będzie razem, a Wally z pewnością zginie na wojnie. I wszystko się ułoży. Miłość będzie kwitła, a sok z jabłek będzie tłoczony. A jednak wszystko się zmienia. Wally jednak powraca, chociaż na wózku inwalidzkim. W Candy odradza się wierność do pierwszego narzeczonego. A może to litość? Dziewczyna nie mogła znieść tego, że jej chłopak był na wojnie, więc znalazła sobie pocieszyciela. A teraz, gdy narzeczony wrócił, pocieszyciel może odejść. Radosna Candy musi dojrzeć do roli żony i opiekunki swego męża. A Homer? On musi dojrzeć do swojej roli, jaką wymyślił dla niego doktor Larch, który niczym Bóg określił jego przeznaczenie. Żegnajcie zielone sady, w których rozkwita tyle uczuć. Na stacji kolejowej już czeka zawiadowca, w którego wciela sam John Irving, autor „Regulaminu tłoczni win”, na podstawie której zrealizowano właśnie ten film. Oto pisarz wskazuje tor powrotny dla swego bohatera. Robi się coraz zimniej. Homer powraca zaśnieżoną drogą. Zimno, biało i niepewnie. To nowy rozdział… dawnego życia. Biała karta. Doktor Larch wiedział, że on wróci, więc dlatego spokojnie odszedł na wieczną emeryturę. Wreszcie zasnął eterowym snem. Czas na ciebie Homerze. Biały kitel, kartoteka i do roboty.
Rok później Tobey McGuire zagra ekscentrycznego Jamesa Leere’ a w „Cudownych chłopcach” Curtisa Hansona. James, chłopiec z dobrego domu, próbując być dobrym pisarzem, będzie co chwila się pakował w nowe tarapaty, aby w ten sposób zapewnić sobie emocje przy pisaniu kolejnych rozdziałów swojej powieści.
Homer Wells tych emocji zapewnił sobie na razie odpowiednią ilość i musi je ulokować w jakimś szczelnym pojemniku, by potem aplikować je sobie niczym perfumy i wspominać, jak cudownie było zrywać te soczyste jabłka.
Doktorze Wells, pacjentki czekają. Czas odebrać kolejny poród. Rodzi się nowe życie. I tak przez kolejne lata, patrzeć jak dorastają te wszystkie sieroty dookoła i ruszają w swoją wielką podróż do wnętrza… kwaśnego jabłka, wyrzuconego z raju.
Komentarze
Prześlij komentarz