DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH
Myślenie o własnym końcu jest zarazem kojące, jak wyjście z dusznego pokoju i przerażające. Wirująca moneta i dreszcz, co za chwilę wypadnie. Samobójstwo kryje w sobie paradoks odwagi i tchórzostwa, ale przecież codziennie powoli umieramy. Codziennie przez nasze wybory mamy szansę skrócić nasze egzystencjalne męki. Codziennie dokonujemy ryzykownych decyzji (od złego odżywiania po przejście na czerwonym świetle) wiążąc sobie przysłowiowy stryczek na szyi. Wcale nie musimy sobie strzelać w głowę, czy się wieszać. Możemy zdecydować się na samobójstwo długodystansowe.
A kiedy już… dopiero… wreszcie to nastąpi
Biała kartka, pustka
Nie ma nas. No i oto nam chodziło, czyż nie? Jak wspaniale uciąć w porę przydługi wers życia, zostawić jakąś tajemnicę, zatrzymać siebie w tym jednym kadrze. To nic, że potem będą mówili o nas „tchórz” albo „dureń”. Skończyliśmy i już. Cieszymy się swoją nicością. Tylko, czy będziemy mieli tego świadomość? Samobójcy to bez wątpienia największe wyrzuty sumienia tego genialnego świata, w którym podobno wszystko jest na miejscu i wszystko jest pięknie. Na serwisach informacyjnych ta sama papka ulubionych bohaterów. Te same wydarzenia, spekulacje, te same gęby, skandale i dziennikarskie dywagacje, bieda, wojna, kryzys, apokalipsa. Nie trudno wtedy o bardziej minorowy nastrój, że oto świat nie potrafi niczym ciekawym zaskoczyć. CIĄGLE TO SAMO! Żyj eko, kupuj z nami, ubieraj się tak i tak, dbaj o formę, wybierz zawód przyszłości. I może być naprawdę wspaniale. Wystarczy, że wpiszesz się w jakiś znany model, proponowany przez reklamy i już powinieneś się czuć bezpiecznie. Gorzej jeśli co chwila wpadasz w autorefleksję, zaglądasz za kulisy swego przedstawienia, zamiast w nim grać. Stajesz się autotematyczny, analizujesz każdy gest. Coraz częściej wychodzisz z tych torów, paradygmatów, gotowych wzorców i coraz częściej między tymi algorytmami widzisz tylko pustkę jako bohater „Mniejszego nieba”. Jesteś poza matrixem. Dla jednych to początek oświecenia, dla innych z kolei potwierdzenie, że ten świat i to życie są rzeczywiście zbyt przereklamowane. Czy rzeczywiście człowiek w tej narracji świata nie potrafi stworzyć czegoś ciekawszego?
W swoich opiniach i pytaniach chętnie posuwa się za daleko. Lubi tonąć w niedobrych myślach, Cieszy go, gdy przyłapuje świat (i Boga – jeśli w Niego wierzy) in flagranti. To upajające wrażenie przyłapania Tego, który nas wpakował w to wszystko, daje mu poczucie niewiarygodnej mocy. Umieszcza go – złudnie – ponad światem (i Bogiem) – jako oskarżyciela sędziego i wykonawcę wyroku w jednej osobie[i]
Samobójca jest coraz bardziej rozgoryczonym krytykiem teatralnym z rentgenem w oczach, który doświadcza boleśnie tandety tego świata. „Zaskocz mnie wielki Autorze, zaskocz mnie Boże jakąś wielką sztuką” — zdaje się krzyczeć nasz krytyk z pierwszych rzędów. A tu nic! Życiowa pustka łatwo ewoluuje w przedsionek śmierci.
Żeby rozważać możliwość samobójstwa, trzeba być chciwym absolutu. Można jednak rozważać je również, powątpiewając o wszystkim[ii]
Samobójca naznaczony dekadentyzmem, melancholią czy w ogóle depresją odczuwa boleśnie swój wewnętrzny Hiobowy los, jednak wcale nie musi on być kimś, komu zawaliło się całe życie. Samobójca nie jest męczennikiem, jemu nie zależy na niczym poza nim samym. Męczennik swoim dramatycznym czynem wyznaje więź łączącą go z życiem, oddaje swoje serce czemuś, co jest poza nim. Natomiast samobójcy nic nie łączy z istnieniem, w głębi ducha jest on niszczycielem[iii]. Nie chce, by ktoś lub coś zabrało mu to, co on kocha. Sam się tego pozbywa, sam z tym zrywa – to najskuteczniejszy sposób na samobójstwo: „Zabić myślą wszystko to, co się kocha[iv]
I tak też postępuje główna bohaterka sztuki teatralnej „Dobranoc mamusiu”, autorstwa Marshy Norman, Jessie Cates. Tu przyjrzymy się filmowej adaptacji tej sztuki w reżyserii Toma Moore’a i produkcji Aarona Spellinga. Teatr na dużym ekranie, kameralne kino, gdzie wraz z bohaterkami, matką i córką poruszamy się między kuchnią, salonem, korytarzem, łazienką, w których odbijają się gęste dialogi dotyczące sensu bycia czy niebycia. Znudzona, dojrzała kobieta, zmagająca się z epilepsją, znów sprząta po chaotycznej, żywiołowej, radosnej matce. Wrzuca porozrzucane rzeczy do kosza na bieliznę, a potem przesadnie ściera blat w kuchni z okruchów po wielkiej uczcie życia jej matki. Wcześniej dokładnie spakowała wszystkie swoje rzeczy, które dostaną inni. Jeszcze szuka powodu, żeby coś gdzieś poukładać. Najgorsze jednak będzie ułożenie swoich emocji względem matki i oznajmienie jej, że ten wieczór dla nich obu będzie ostatnim. Sam sposób gry obu aktorek doskonale podkreśla dwie różne osobowości matki i córki i zarazem dwie różne strategie wobec życia, które ścierają się ze sobą, a zleca iskry. Anne Bancroft jako matka, gra bardzo teatralnie, przesadnie, żywiołowo, z kolei Sissy Spacek, odtwórczyni Jessie, córki (a wcześniej Carrie) gra oszczędnie, zwyczajnie, na „chłodno”, pogodzona z własnym końcem. Dodatkowo charakteryzatorzy zaciemnili jej błękitne oczy, przez co ta bohaterka w typie szarej myszki wygląda jeszcze smutniej, dosłownie wszystko widzi w czarnych kolorach. Jessie jest zorganizowana co do minuty, ale jej życie nie jest tak perfekcyjnie urządzone, jakby się mogło wydawać. Może chciała mieć zbyt dużą kontrolę nad wszystkim i w końcu zrozumiała, że nie może tego osiągnąć. Mąż od niej odszedł, syn wpadł w złe towarzystwo, gdzie narkotyków nigdy dość, no i jeszcze ta choroba. Zatem, pass. Skoro życia nie da się tak zaplanować, jak sprzątania domu, to może samobójstwo wypali. Jessie przez cały film przygotowuje się do swojego odejścia. Co dziwne, informuje o tym swoją matkę. Tylko ją. Bo brat i szwagierka i tak by nie zrozumieli. Tylko matka zasługuje na ten zaszczyt, by wysłuchać swojej córki, spełnić jej ostatnią wolę i pożegnać ją za drzwiami pokoju. Usłyszeć strzał i po wszystkim zadzwonić po policję. Ale przecież wiadomo, że matka zawsze będzie walczyła o życie swego dziecka i nie pozwoli tak łatwo odejść córce. Po co to utrudniać? Czy nie lepiej od razu palnąć sobie w łeb, gdy akurat nie będzie matki? Nie, Jessie urządza ten ostatni wieczór tak, jakby chciała się rozliczyć z matką, usłyszeć coś innego niż przedtem. Długo czekała na tą szczerą rozmowę, gdy odkryje wszystkie karty, pozna rodzinne tajemnice, dowie się wreszcie, że matka nie kochała ojca. Atmosfera się oczyszcza. Gorzkie sekrety przeplatają się z żartami, podczas gdy obie panie jedzą jabłka w karmelu, by osłodzić sobie te ostatnie godziny. Ta rozmowa między nimi obiema rzeczywiście jest inna, teraz jest to walka o życie Jessie. Matka z początku reaguje histerycznie na samobójcze zamiary córki, ale widząc, że nic nie wskóra, próbuje ją wziąć pod włos, namawia, kusi, prowokuje, szuka jakiegoś powodu, dla którego Jessie mogłaby zostać. I z przerażeniem się przekonuje, że jej córka podchodzi do całej sprawy bardzo racjonalnie, metodycznie. Już wcześniej spakowała wszystkie swoje rzeczy, zaznaczyła, co komu rozdać, przygotowała listę spraw, anulowała prenumeratę gazety. Wszystko już robi na zimno, krok po kroku. Jessie kończy swoje czynności domowe i zamierza odejść „ze służby” u swojej matki. Bo właściwie do końca została córką swojej matki i nigdy nie miała swego życia. Była zbyt nieśmiała, przez co matka często urządzała jej życie. Jeśli nawet były jakieś przebłyski niezależności, to chwilowe i bolesne, tak że w końcu zmęczona kobieta wróciła jako przegrana do rodzinnego domu. Wróciła jako dziecko, które przez chorobę nie może być całkiem niezależne. Nie może uwolnić się od władczej matki, która ją urodziła i będzie za wszelką cenę walczyć, by ta nie umierała. Tu warto przytoczyć książkę „Czarne słońce” Julii Kristevy, w której autorka omawia kwestię melancholii/depresji i dochodzi do wniosków, że to właśnie nadopiekuńczość matki jest źródłem tych „ciemnych” przypadłości. Nadopiekuńczość powoduje bezradność, a ta wzmaga depresyjne nastroje. Aby pokonać melancholię, czarną rozpacz, trzeba się niejako uwolnić od matki. Niektóre ofiary tego egzystencjalnego bólu potrafią go zmienić w sztukę, ale Jessie nie jest z tych charyzmatycznych artystów. Ona już nie ma siły zamienić czarnej rozpaczy w atrament tylko woli rzucić się przepaść, by poczuć ulgę nicości.
Człowiek szuka dramatu i ekscytacji; kiedy nie może uzyskać satysfakcji na wyższym poziomie, tworzy dla samego siebie dramat zniszczenia[v]
Byłem rozczarowany stereotypową fabułą własnej agonii, wszystko szło tak, jak tysiąc razy o tym czytałem: przymknąłem zamarzające powieki i zaczęło mi się przypominać całe moje zmarnowane życie[vi]
Każdy samobójca pragnie jakiejś awangardy w swoim życiu. Nie chce się pogodzić z tym, że może być ono tak zwyczajne, nudne, przewidywalne. Do końca tego filmu wierzymy, że jednak coś się wydarzy, coś skutecznie odciągnie Jessie od samobójczego planu. Łudzimy się, że to nie jest tragedia a baśń o odkupieniu swoich win i znalezieniu sensu. Wierzymy, że zagubiona księżniczka, potrzebująca pomocy, zostanie uratowana przez zaborczą matkę lub dawno nie widzianego księcia, byłego męża albo marnotrawnego syna. Zawsze w ostatniej chwili ktoś będzie miał przeczucie, zawróci, poda rękę i wyciągnie bohaterkę z tego koszmaru. Ale to nie jest ta komedyjka z Piercem Brosmanem o skakaniu z wieżowca, gdy ma się egzystencjalnego doła. Rozpaczliwe błagania matki jednak nic nie dają i kończy to tak, jak założyła sobie Jessie. To jest jej osobisty triumf, że wreszcie to, co postanowiła — osiągnęła. Nie potrafimy się otrząsnąć z myśli, że nikt, nawet ta Najwyższa Siła nie zareagowała. Dziwne? Przecież, gdy czasem planujemy coś tak misternie, nagle wypada jakaś niespodziewana okoliczność i przekonujemy się, iż zbrodnia nie może być doskonała. Ten scenariusz dobrze koreluje z historią rodziny Beksińskich, kiedy to Zdzisław Beksiński po śmierci swojej żony z niepokojem sprawdzał, czy jeszcze świeci się w oknach mieszkania jego syna, Tomka. Prezenter radiowej Trójki od dawna zmagał się z myślami samobójczymi i podjął kilka nieudanych prób, aż wreszcie w grudniu 1999 roku zakończył swoje życie. Zdaniem Zdzisława Beksińskiego najgorsze w tym wszystkim było to oczekiwanie i niepewność, podejrzewanie, czy jego syn już się zabił czy jeszcze nie, czy zrobi to jutro albo pojutrze? Czekanie było istną katorgą. Gdy wreszcie nastąpił tragiczny finał, nastał jakiś chłodny spokój.
Zawsze się zastanawiam, co mógłbym powiedzieć osobie, która właśnie zamierza ze sobą skończyć. Czy naiwne argumenty w stylu „życie jest piękne” mają jakikolwiek sens? Stój, nie rób tego! Ale co dalej. No właśnie. Przeraża mnie, że mam coraz mnie takich argumentów do życia w tym absurdalnym świecie. Może rzeczywiście samobójstwo jest najbardziej awangardową sztuką w tej chałturze życia. Może świat nie zasługuje na zbyt wrażliwych ludzi i lepiej, żeby oni się samounicestwili, niż żeby ta bestia ich pożarła. Dobranoc Jessie, śpij dobrze i niech nie budzą cię więcej żadne koszmary ani nadzieja na nowy dzień.
[i] S. Chwin: Samobójstwo i grzech istnienia. Wydawnictwo Gdańsk 2010, s. 7.
[iii] G. K. Chesterton: Ortodoksja. Romanca o wierze. Przeł. M. Sobolewska. Exter Fronda. Gdańsk-Warszawa 1996, s. 79-80.
[iv] S. Weil: Świadomość nadprzyrodzona. Przeł. A. Olędzka-Frybesowa. Instytut Wydawniczy PAX. Warszawa 1999, s. 273.
[v] E. Fromm: Anatomia ludzkiej destrukcyjności. Przeł. J. Karłowski. Dom Wydawniczy REBIS. Poznań 2008, s. 17.
[vi] J. Pilch: Pod mocnym aniołem. Wydawnictwo Literackie. Kraków 2001, s. 261.
Komentarze
Prześlij komentarz