FIGHT CLUB
Bo to jest gorzko-słodka symfonia, to życie.
Próbujesz związać koniec z końcem
Jesteś niewolnikiem pieniędzy, a potem umierasz
Zabiorę cię w dół tej drogi, którą zawsze szedłem
Drogi, która zabiera cię do tych miejsc
Gdzie spotykają się wszystkie żyły
(The Verve „Bitter sweet symphony”)
No gratuluję. Dobiłeś do trzydziestki. Masz dobrze płatną robotę. Przynajmniej taką, że fajnie się urządziłeś w tym swoim wygodnym mieszkanku. Wreszcie strefa komfortu, z której wcześniej wyszedłeś, żeby sobie zapracować na luksusy. Zarabiałeś, zdobywałeś, kupowałeś. Chyba można już powiedzieć, że twój styl życia realizuje się z najmodniejszymi trendami przedstawionymi w licznych magazynach i katalogach. No i co? Nie męczy cię to klepanie się po ramieniu. Jest dobrze. Jest cholernie wspaniale. Czy można już odpocząć? I czy znowu jutro będzie to samo?
Naszego bohatera poznajemy jako wnikliwego obserwator i narratora swojej dziwnej historii. Może ma na imię Jack a może inaczej. To w sumie nie ma znaczenia. Bo i tak czuje się on nijako w tej białej koszuli i krawacie. Idealny mundurek korpo-szczura, który już powoli zaczyna go uwierać. Jest on jednym z wielu podobnych mu młodych ludzi, należących do kultury yuppies, którzy w swoich życiowych priorytetach zaznaczyli przede wszystkim karierę i dobra luksusowe. Na pytanie Ericha Fromma: „mieć czy być” zaznaczał on dotąd grubym krzyżykiem opcję „mieć”, aby potem być dumnym pośród tego, co się ma. Główny bohater jednak jest w takim stanie, że poza tym wszystkim, co osiągnął, została mu jeszcze silna autorefleksja, wewnętrzny, ironiczny krytyk-filozof, dzięki któremu przejrzał on z dystansem, na wylot swoje dokonania. No i co? Czyżby Kohelet miał tu wypowiedzieć legendarną kwestię o marności? Po słodkich latach osiemdziesiątych, przyszły surowe lata dziewięćdziesiąte. Po kolorowych, lukrowych katalogach i piosenkach przyszedł grunge i wątpliwości co do własnej kondycji psychicznej. Migające teledyski. Postmodernistyczna stylistyka. Z pamięci przywołujemy taką oto scenkę: zdyszany człowiek biegnie, przerzuca walizkę za kolejne wzniesienie i poprawia swój krawat niczym sznur, a potem go tnie nożyczkami jak dziecko, podczas gdy jego księżniczka szuka dla siebie kolejnej sukienki. Tak wygląda teledysk do piosenki „No excuses” zespołu Alice in chains.
A ty jaką masz wymówkę dla swojej autodestrukcji?
Czyżby yuppies dostrzegli łańcuchy, w które się tak łatwo dali zakuć. Nasz bohater już od dłuższego czasu nie odczuwa wcale satysfakcji z tego wszystkiego, co ma wokół siebie. Co dziwne, coraz trudniej mu osiągnąć przyjemność, zwyczajną radość godną dziecka, które cieszy się nowym dniem pełnym zabaw. Jack osiągnął pewien pułap jak wysoce rozwinięta cywilizacja i powoli zaczyna spadać, zaliczając kolejne nałogi i autodestrukcyjne mechanizmy.
Chyba że…
Czasem potrzebny jest jakiś kryzys, krach ekonomiczny, wojna, albo chociaż epidemia, żeby cywilizacja znów spięła wszystkie swoje rozrzucone siły, zjednoczyła się i pokonała dręczące je przeszkody, a tym samym odrodziła się w walce, odświeżyła stare wartości, poddała się rutynie odbudowy i znów na chwilę osiadła na laurach dobrobytu, dopóki znów nie poczuje się jak znudzony nastolatek na kanapie.
W przypadku naszego bohatera kryzys psychiczny najsilniej objawia się bezsennością. Bezsenność z kolei prowadzi do innych zaburzeń psychicznych jak mania prześladowcza, urojenia, czy nawet kompleks zbawiciela. Ach, gdyby tak zbawić siebie i innych upadłych od tej ciągłej konsumpcji? Czyżby konsument stawał się powoli ascetą pragnącym prostoty? To też bardzo modna ścieżka samorealizacji mój drogi przyjacielu. Można pracować w korporacji i jednocześnie wieść życie proste i ekologiczne. Ale Jack woli podświadomie coś bardziej radykalnego. Czyżby „Hazardzista” Robak stawiał na szali teraz jakość życia. Czy przegra wszystko, czy zwycięży główną nagrodę w postaci nowej jakości?
Podkreślmy jeszcze raz to słowo „podświadomie”, bo dalszy bieg wydarzeń w tym filmie będzie właśnie przebiegał na styku ego i superego, prowadzących ze sobą filozoficzne dialogi i próbujących zrobić rewolucję obyczajową.
Psychotropy są może dobre do pewnego momentu. Potem stwierdzasz, że to tylko matrix. Nic nie zastąpi konfrontacji z cierpieniami innych ludzi. Jack próbując zadowolić swoje narcystyczne ego, funduje sobie korowód terapii i grup wsparcia. Chodzi na te spotkania, by posłuchać o cudzych problemach, gdzie inni mają gorzej, inni są jeszcze dziwniejsi. Jakie to cudowne. Jack odpręża się w fotelu słuchając tej parady dziwolągów, jakby uczestniczył w jakimś performansie. Miło pomyśleć, że wciąż jest się gdzieś pośrodku między nadzieją a totalnym upadkiem w czarną otchłań. Ale oto Jack odkrywa, że nie tylko on stosuje taką ciekawą technikę radzenia sobie z monotonią życia. Niemal na każdej terapii, na jaką uczęszcza, spotyka niejaką Marlę. Dziewczynę o intrygującej urodzie i ciekawej osobowości, jakby była ona starszą siostrą Wednesday Addams. Lady Gothic, czarny płaszcz, czarne okulary, czarne boty, blada cera i oczywiście czarny tusz, podkreślający te niezwykłe oczy, w których raz maluje się szaleństwo, a innym razem jakiś smutek. Relacje Marli i Jacka nie są na początku zbyt dobre. Oboje znając już swój sekret, próbują ustalić podział, na które terapie będą chodzić, żeby nie oglądać siebie nawzajem. Ale kto się czubi ten się lubi. To tylko kwestia czasu, gdy tych dwoje pozornie różnych ludzi znajdzie między sobą więź i zamieszka w równie tajemniczym okropnym domu, jak rezydencja Addamsów. Ale zanim do tego dojdzie. Pojawi się trzeci.
I POJAWIA SIĘ TYLER I POJAWIA SIĘ ŚWIATŁOŚĆ
Podświadome pragnienie zmiany siebie, swojego stylu życia, drąży Jacka od środka pewnie już od wielu lat, ale dopiero spotkanie Tylera Durdena, sprzedawcy „autentycznego” mydła daje do myślenia Jackowi. Jakby to mydło było metaforą zmycia z siebie starego „ja”. Rozmawiają ze sobą, jakby się znali długie lata. Zawieszeni w samolocie zawiązują przyjacielską relację. Jack wydrążony ze swojego słabego „Ja” przejmuje jakby osobowość Tylera, albo to sam Tyler Durden jest projekcją jego ukrytej siły i potencjału.
W każdy razie, gdy dochodzi do (przypadkowego?) wybuchu gazu w mieszkaniu Jacka, Tyler jest pierwszą osobą, do której dzwoni i który mu pomaga. Wybuch gazu w starannie urządzonym mieszkanku ambitnego Yuppie jest początkiem przemiany jego całego życia. Wreszcie zniknęło to, do czego był przywiązany. Nie ma już nic, poza mocnymi wrażeniami, które pragnie kolekcjonować tak jak najlepsze rzeczy z katalogów mody czy mebli. Oto się stało: biernym konsument staje się spragnionym życia poszukiwaczem głębokich doświadczeń.
Tyler staje się jego mentorem, spowiednikiem, kimś, kto doskonale zna jego lęki. Oferuje mu bezpieczną przystań w rozpadającej się ruderze, położonej na ulicy Papierowej. Nie ma tu nic cennego, nikt tu niczego nie ukradnie. Nie trzeba się bać. Nie trzeba się zamykać na klucz. Jesteśmy wolni przyjacielu, jak nigdy przedtem. Niejeden włamywacz lustrujący tą okolicę, odpuszczał sobie ten dom. Tu nic nie ma poza szczurami i skrzypiącymi podłogami. Dom zbity z desek przypomina trochę wiktoriańską rezydencję Addamsów, albo jeden z dziwacznym pałaców z filmów Tima Burtona. Ale to film Davida Finchera, równie dbającego o posępny nastrój i ciemny koloryt swych filmów. Burtona nie ma, ale przynajmniej do drzwi zapuka za chwilę Helena Bonham Carter. Marla Singer odwiedza starego przyjaciela z terapii. Właściwie to Tyler ją przyprowadza do swego pałacu, wcześniej ratując ją przed samobójstwem. Przybył po nią wyśniony książę. A tych prób samobójczych pani Singer miała setki. To nic dla niej nowego. Pytanie, kto tym razem ją uratuje? Co za przygoda. Kochankowie się odnaleźli. Wreszcie Marla nie będzie musiała używać sztucznego fallusa. I może wreszcie oboje przestaną chodzić na terapię, by się dowartościować, skoro znaleźli już siebie: towarzystwo wzajemnej adoracji.
I tak w jednym pałacu mieszka troje dziwaków, a Jack znów jest zazdrosny, że Marla swoimi wdziękami tak perfidnie zabrała mu jego przyjaciela Tylera. A może Marla to jego inne wcielenie? Skryte pragnienie wulgarnej kochanki bez zahamowań, z którą można się kochać bez ograniczeń jak i wymieniać z nią najbardziej mroczne sekrety. W całym domu słychać, jak wzajemnie sobie dogadzają, aż wszystko się trzęsie. Można stwierdzić, że życie (U)Marli rozciąga się między dwiema skrajnościami: śmiercią i seksem. Teraz gdy znalazła swojego ukochanego, mogą już żyć szczęśliwie w swej ruderze z dala od tego nudnego konsumpcjonizmu.
Tylko, że
No właśnie. Coraz bardziej zastanawiamy się, kto tu jest kim w tym dziwnym układzie. Czy to trójkąt towarzyski czy może idealny duet świrów. Wydrążony z tożsamości Jack wyzwolił się ze swoich dawnych pasów bezpieczeństwa (okazjonalnie szelek do garnituru) i stał się kimś zupełnie innym. Pozwolił swemu super-ego zawładnąć nad sobą samym. Nie byłoby to takie złe. W niejednym stłumionym, cichym człowieczku tkwi prawdziwy demon potencjału i seksu (jak dodaje Marla z uznaniem). Tyler powoli zaczyna przypominać ulicznego wojownika, który nawołuje do bijatyk, by tak wyzwolić swoją frustrację, aż w końcu rozpoczyna prawdziwą rewolucję z pięścią, mydłem i ładunkami wybuchowymi. Co za ewolucja. Od korpo-szczura do schizofrenicznego terrorysty, chcącego wysadzić w powietrze firmy obsługujące karty kredytowe.
W sumie nic w tym dziwnego. Wystarczy sobie przypomnieć „American psycho”. Patrick Bateman potem stanie się Batmanem, a potem Christian Bale jeszcze raz będzie się zachwycał rachunkami bankowymi i akcjami migającymi tu i tam w filmie „Wielki Short”. Yuppies to rzeczywiście dziwna rasa. Najpierw podążają za wszystkimi możliwymi trendami, a potem w furii wszystko to niszczą i wymyślają sobie na siłę nowych przyjaciół, bogów i kochanków, by tak wyjaśnić swój skrajny nonkonformizm.
Komentarze
Prześlij komentarz