BUNTOWNIK Z WYBORU. MIEĆ DOBRĄ WOLĘ DO SW-EGO WZORU
Rzecz będzie o geniuszu, który nie chce spojrzeć w lustro, za to uparcie burzy wodę, a jego odbicie ciągle się zniekształca. Geniusz, to ten, który myśli inaczej, pamięta więcej i kojarzy to, co inni zlekceważyli, jego umysł pracuje wydajniej, a przy tym przekracza znane granice i porządki, wynajduje nowe idee, tworzy wynalazki, które zmieniają świat. Geniusz jest niczym bohater mityczny, który daje ludzkości nowe światło, sam niejednokrotnie cierpiąc męki, bo wyprzedził swoją epokę a skończył jednak jako nieprzystosowany społecznie odludek. Stwórzmy geniuszom możliwości, a uczynią cuda. Problem w tym, że niejeden geniusz nie wie, co ze sobą począć. Nie wie, jak siebie zdefiniować względem społeczeństwa i jego wymagań. Czuje jakiś dziwny ciężar swego „ja” i przeraża go pytanie, co chce naprawdę w życiu robić? Miota się między pomysłami, ambicjami, chce dokonać tak wiele, a i tak nie może w pełni wykorzystać czasu na dokonanie tego wszystkiego, no bo tu sztuka, tam mechanika. To już potwierdza najbardziej znany przykład genialnego człowieka, Leonarda DaVinci (ostatnio przypomniana przez Waltera Isaacsona ), wielkiego artysty, który cierpiał na nadpobudliwość i nadmiar wielkich idei, ledwie nakreślonych w notatniku, tak, że dziś po latach pamiętamy Da Vinciego może z kilku wielkich dzieł. Niezbyt imponujący to dorobek jak na takiego GENIUSZA przystało. Ale czego my właściwie chcemy? Jeden człowiek może spełnić się tylko w jednej idei, potem tylko odcina kupony.
Geniusz widzi więcej i rozumie więcej, a to tak, jakby żyć z rentgenem w głowie. Czy jest to przyjemne? Raczej uciążliwe. Nie trudno o cynizm i depresję. Do słynnego Doktora House’ a trafił kiedyś taki matematyczny geniusz, który został zwykłym kurierem, a po godzinach rozwiązywał największe zagadki matematyczne godne tęgich umysłów na uczelni. I Nietzsche nie wytrzymał na uczelni, bo jak sam pisał nie chciał przy jednym stole z akademikami rozłupywać twardych orzechów. I choć prowadził wolny zawód to i tak jego przenikliwość wobec zastanych absurdów ludzkości, doprowadziła go do szaleństwa. Czasem to niewiedza jest większym błogosławieństwem. Ignoranci mają lepiej, żyją w swym minimalnym świecie, wiedzą czego chcą, bez zbędnych mądrości, idei, po prostu.
Nie dziwi więc fakt, że bohater tego filmu, który bierzemy tu na tapetę, to taki trochę ignorant, bezczelny typek, szczególnie gdy popatrzymy na jego środowisko, znajomych i styl bycia. Nasz główny bohater bynajmniej nie nosi się tutaj jak utalentowany, grzeczniutki pan Ripley w przyczesanych włoskach i okularkach. Ale jest geniuszem – nikt nie zaprzeczy. Więc skoro jest tak mądry, to czemu jest tu, gdzie jest, w tej marnej dzielnicy. A czyż geniusz nie jest tym, który odważnie łamie konwencję bycia, nawet jeśli ociera się o autodestrukcję? Łatwo nam sądzić, że człowiek genialny podbije szybko świat, ale geniusz może być zarazem totalnym nonkonformistą, który będzie hołubił własną drogę, niekoniecznie usianą złotymi trofeami za błyskotliwe spostrzeżenia na temat życiowego równania. Genialnie być ignorantem i zarazem geniuszem.
„Buntownik z wyboru” to mocne wejście Matta Damona i Bena Afflecka na salony Hollywoodu. To oni ślęczeli nad scenariuszem do tego filmu, pytając raz po raz, jak pomóc głównemu bohaterowi, którego imię „Will” oznacza także wolę – a tej dobrej woli u niego jak na razie nie znajdujemy. Raczej duma, gniew i żal biorą ster nad geniuszem, który nie potrafi praktycznie wykorzystać swoich możliwości intelektualnych, by poprawić jakość swego życia.
Will Hunting ma dosyć świata, ludzi i siebie, stąd ten mechanizm autodestrukcji i talent popadania w tarapaty. Ale gdy trzeba, wcieli się w rolę utalentowanego obrońcę, który będzie cytował z pamięci dzieła wybitnych mężów stanu i konstytucję, tak że niejeden prokurator mając go za zwykłego wandala, traci zupełnie rozeznanie, kim właściwie ten chłopak jest? Nie ma wykształcenia, za to imponujący dorobek wykroczeń i przestępstw, ale broni się jak pierwszorzędny adwokat. Fakty mówią same za siebie, więc kurator przydzielił naszemu geniuszowi pracę sprzątacza, a po godzinach Will może się raczyć książkami z publicznej biblioteki, których przeciętny obywatel w swoim krótkim życiu by nie przeczytał, stąd to szerokie rozeznanie w sztuce, chemii, matematyce i w wielu innych dziedzinach, o których mógłby z powodzeniem dyskutować na jakimś bankiecie pełnym wielkich uczonych. Will to kameleon. Dobrze spędza czas wraz z kumplami z podwórka, chodząc na mecze i do baru, gdzie nie żałuje sobie piwa i sprośnych żartów, ale to mu zapewnia poczucie bezpieczeństwa, lojalność kolegów, z którymi niejedną rozróbę już przeprowadził, by tak popuścić swój gniew. I pewnie dalej by wiódł taką egzystencję między sprzątaniem uniwersyteckich sal (akurat tam został zatrudniony) a spotkaniami z kumplami, gdyby nie dał się przyłapać pewnemu profesorowi MIT, pyszałkowatemu Gerardowi Lambeau (Stellan Skarsgård), zdobywcy Medalu Fieldsa, który na tablicy w holu umieścił zadanie-wyzwanie dla ambitnych studentów. Niejeden tęgi umysł tu wymięka, a tu zwykły chłopak od miotły rozpisuje pewną ręką dowód. Lambeau jest pod wrażeniem i postanawia się wstawić za Willem u sędziego, który ma wydać wyrok w sprawie ostatniej rozróby, jakiej dokonał niepokorny geniusz. Sędzia popiera rozwój talentu matematycznego, ale stawia także warunek obowiązkowych wizyt u psychologa, czego Will nie może przeboleć. Przed nim terapia, która ma rozbić tą skorupę zimnego geniusza, który w gruncie rzeczy jest „zarozumiałym przerażonym chłopcem”, zasłaniającym się tylko cytatami z książek, który „nie daje mi niczego, czego nie mógłbym znaleźć w jakiejś pieprzonej książce” – jak diagnozuje go psycholog, Sean McGuire (Robin Williams, który za tą rolę otrzymał Oskara), dobry kolega profesora Lambeau.
Zarówno dla Seana jak i Gerarda, trudny przypadek Willa to jak wyzwanie i podświadome pragnienie zmiany swego życia. Hunting zdaje się leżeć na stole sekcyjnym, gdzie każdy chce wskazać i wykroić inny kawałek jego życia. Ale czy koniecznie potrzeba mu tych wszystkich ćwiczeń matematycznych, które są dla niego jak żart? Kogo bardziej potrzebuje? Lojalnych kumpli, z którymi chodzi do baru i na bójki, miłości dziewczyny, studentki medycyny, której zaimponował swoim outsiderskim stylem życia, czy rozmów z psychologiem nad sensem swego życia i wyborem nowej drogi?
Niejeden przeciętniak, który ledwo skończył szkołę średnią zamieniłby się z nim miejscem, by mieć takie umiejętności, dostać lepszą pracę i wysokie wynagrodzenie. Ale Will tego nie rozumie. Szuka czegoś więcej. Choć jest doskonałym teoretykiem, który błyskawicznie urządzi każdemu psychoanalizę, przytoczy w porę miłosny sonet, to jednak boi się przeżyć prawdziwą miłość, bo to oznacza otwarcie się na drugą osobę i ponowne zranienie. Boi się wyjechać gdzieś dalej, zmienić scenografie, boi się zmiany, bo po tych wszystkich bolesnych doświadczeniach ze statusem sieroty w aktach, woli już starą, sprawdzoną zwyczajność. Jest jak zagubione dziecko, o które biją się dwaj symboliczni ojcowie, próbujący wskazać mu drogę. Albo też pan dumny profesor Lambeau to personifikacja rozumu, ego, ambicji, a z kolei pan psycholog, McGuire to personifikacja duszy Willa, w której rozgrywa się ta wewnętrzna wojna.
Ambitny profesor matematyki, geniusz, który włożył sporo pracy w to, aby coś osiągnąć, „osiągnąłem coś, bo mnie zmuszano”, przyłożył się i po latach dostał swój wymarzony Medal Fieldsa – Gerald Lambeau, a po drugiej stronie nonkonformistyczny psycholog Sean McGuire, naznaczony smutkiem po śmierci żony. Tu znowu pobrzmiewa echo roli, jaką Williams nam dał w „Stowarzyszeniu Umarłych Poetów”, gdzie również podpowiadał on młodemu, rozchwianemu emocjonalnie człowiekowi, jak ma postąpić w kwestii wyboru życiowej drogi. Wtedy nie do końca się to udało. Była za duża presja ze strony wymagającego ojca, co doprowadziło chłopaka do samobójstwa.
Cicha rywalizacja między profesorem Lambeau a Seanem trwa już od czasów studiów, gdy razem dzielili pokój, byli kumplami, których z czasem poróżnił sposób pojmowania życiowego sukcesu. Gerald zatracił się w pracy naukowej, zdobywając kolejne trofea, Sean postanowił spędzić życie z ukochaną kobietą, by teraz być już wdowcem, który zagląda do kieliszka i poucza na terapiach, jak żyć. Za sprawą Willa znów wracają dawne urazy między tymi dwoma panami, którzy podświadomie próbują w życiu Willa powtórzyć swoje życiowe wybory, w chłopaku, który sam dla siebie jest enigmą w życiowym równaniu.
„Buntownika z wyboru” zawsze stawiam w magicznym kwadracie wraz z „Hazardzistami” i „Szukając siebie” („Finding Forrester”) i „Utalentowanym pan Ripley’ em”. To filmy, które łączy przede wszystkim osoba Matta Damona i temat poszukiwania samego siebie w różnych rolach i osobach. W „Hazardzistach” Matt Damon gra studenta prawa, którego nieustannie ciągnie do gry w karty, tak że w końcu rzuca on prawo. Odważnie zasiada do gry, będąc ciekaw, jakie tym razem karty przyniesie życie, jakby tu powtarzał słowa swego buntownika z wyboru, Willa Huntinga o tym, że gdy tylko przegrasz, znowu siadasz i uparcie walczysz o swoją wygraną. Taki Pan Ripley potrafi uparcie walczyć o swoje i kraść czyjąś tożsamość, ale każdego kto go znał z poprzedniej roli, zabija, by tak zapomnieć o dawnym życiu. Geniusz pana Ripleya polega na tym, że potrafi się szybko się uczyć i grać. Jest pusty i wciąż pragnie cudzego życia, na którym mógłby rozkwitnąć. Z kolei w filmie „Finding Forrester”, Damon pojawia się przez pięć minut jako prawnik, spełniający ostatnią wolę Williama Forrestera, który przez ostatni rok wspierał utalentowanego, genialnego chłopaka z Bronksu. Czy to jakaś kontynuacja „Buntownika z wyboru”, dopełniony życiorys Willa Huntinga, który odnalazł się jako wzięty prawnik, pomagający potem równie utalentowanym, młodym ludziom? A w kwestii miłości? W filmie widzimy, że bohater postanowił pojechać za swoją ukochaną i szukać z nią szczęścia. Ale czy mu się udało? Jedno jest pewne, książki, teoria, wymądrzanie się zeszły na drugi plan, nastąpiło wreszcie działanie, rewolucja we własnym życiu. Will za sprawą Seana i Geralda poznał dwie skrajne drogi realizowania siebie. Wybrał własną.
I to jest chyba największa wygrana geniusza, gdy wreszcie wie, o co mu chodzi i dokąd zmierza.
Komentarze
Prześlij komentarz