SANATORIUM POD KLEPSYDRĄ. ROZKOSZ OBRAZÓW I SŁÓW
Trzeba przyznać, że jak na wczesne lata siedemdziesiąte w komunistycznej Polsce taki film był wyzwaniem – nie tylko pod względem produkcji, bo scenografie Andrzej Płockiego, stroje, choreografie rzeczywiście robią wrażenie, niemalże jak ze starego Hollywoodu pełnego przepychu i złotych piór, chodzi także o to, do kogo właściwie miał być skierowany ten surrealistyczny obraz, który podobnie jak sen trudno nawet opowiedzieć. Z jednej strony zrujnowane pałace, tajemnicze sanatorium, gdzie cofa się czas umarłym pacjentom, zakurzone restauracje, tajemnicze ogrody, lasy, cmentarze, tu wojacy na koniach, a tam przechodzące olbrzymie słonie i skaczące małpy. Niezwykłe, jak wiele różnych elementów można pomieścić w jednym filmie. Te echa surrealistycznego „Sanatorium…”, które momentami jest jak baśń, zobaczymy potem w równie przedziwnych scenografiach przygód pana Kleksa w reżyserii Krzysztofa Gradowskiego
Wojciech Jerzy Has mający już za sobą takie hity jak: „Rękopis znaleziony w Saragossie” czy „Lalkę” także w tym filmie zagląda na zaplecze znajomego sklepu, ale tym razem nie pana Mincla, a Jakuba i jego syna Józefa, żydowskich kupców. Między surrealistycznymi wizjami, Has zawarł też losy Żydów, rozgrywające się między świętem, tradycją, interesem, wreszcie pogromem, zagładą. Zwłaszcza ten ostatni punkt nie był na rękę władzy w cieniu antysemickich wystąpień w 1968 roku. Ironicznie można stwierdzić, że Has za swoje „Sanatorium” otrzymał dwie znaczące nagrody. Pierwsza od polskiej władzy, która niezadowolona z powodu ukazania zagłady Żydów w tym surrealistycznym obrazie, zakazała Hasowi na parę lat reżyserii. Z kolei za granicą, na festiwalu w Cannes Has został doceniony przez publiczność. Zresztą Has to taki niewykorzystany do końca towar eksportowy, którego twórczość docenili takie legendy jak Martin Scorsese czy Francis Ford Coppola, którzy zauroczeni „Rękopisem znalezionym w Saragossie” sfinansowali zrekonstruowanie oryginalnej kopii filmu. Dzieło ukazało się w standardzie VHS oraz DVD w 2001, rok po śmierci samego Hasa.
Specyfiką filmu „Sanatorium pod klepsydrą” jak i w ogóle samego utworu Schulza jest kaskada poetyckich obrazów i monologów, podczas gdy sama akcja stoi właściwie w miejscu. Tu zarówno obraz filmowy czaruje swoim walorami jak i wyobraźnia widza produkuje kolejne interpretacje. Taki materiał na film to paradoks, bo z jednej strony aż się prosi, by przenieść te malownicze wizje i szkice Schulza na filmowe kadry, a z drugiej strony nie mu tu linearnej historii, by podążać za bohaterem od stacji do miejsca przeznaczenia, gdzie zdobędzie on jakiś artefakt lub coś w ogóle osiągnie. To raczej błąkanie się między różnymi światami, wspomnieniami i marzeniami sennymi i na dokładkę przeplatanie ich filozoficznymi, poetyckimi komentarzami. Szperanie w szpargałach mitycznej księgi, która nigdy nie objawi się w całości, lecz jako fragmenty wielkiej układanki. Księgi, która niestety wraz z naszym dorastaniem coraz bardziej się rozsypuje. To głównie z perspektywy dziecka, chłopca imieniem Józef snuta jest poetyka opowiadań Schulza.
Kto wie, może jako dzieci przeczytaliśmy tą Księgę w całości, ale wtedy nie przywiązywaliśmy do tego takiej wagi. Jako dzieci umiejętnie mityzowaliśmy rzeczywistość, nadawaliśmy jej jakiś niezwykły czar. Na każdym kroku czaiła się tajemnica. Wszystko niepokoiło i fascynowało. Wszystko odczuwało się tak intensywnie. Zwykłe rekwizyty codzienności mogły być niezwykłymi artefaktami w naszej nowej baśni, którą próbowaliśmy zarazić dorosłych. Nie dziwne zatem, że chce się wrócić do tego świata. Tylko jak? Z pewnej stacji odjeżdża tajemniczy pociąg, który może za parę lat dostarczył samego Harry’ ego Pottera do magicznej krainy. To pociąg, na który śpieszy główny bohater „Przypadku”, pociąg, z którego wyskakuje Zbigniew Cybulski w filmie „Salto”, by zmierzyć się z nową tożsamością. Pociąg widmo, pełen sennych pasażerów, między którymi przechodzi ślepy konduktor. Ślepy, a jednak zauważył wśród pasażerów Józefa, młodego mężczyznę w garniturze i płaszczu. Ubrany w szaty dorosłości i powagi, pod czarnym krawatem wystrojony jak na pogrzeb. Nie tak dawno pożegnał swojego ojca, Jakuba, który był dla niego jak czarodziej. Tak Józef go pamięta z perspektywy dziecka. Gdy masz oboje rodziców, czujesz się wciąż jak dziecko. Nie zaprzeczaj. To normalne. Masz gdzieś nad sobą tych starszych ludzi, którzy mogą cię pochwali, skrytykować, pouczyć i przytulić. Gdy tracisz ojca, wreszcie to do ciebie dociera, że musisz poddać się twardej narracji życia, wskoczyć na tor dorosłości i być do końca mężczyzną.
Jednak Józef (Jan Nowicki) podąża torem odwrotnym. Chce się spotkać z ojcem w zaświatach. To podróż w czasie i podróż do Hadesu. Ale w takim razie jaki jest status głównego bohatera? Czy on też umarł i siłą rzeczy chce dołączyć do ojca, czy może dożył genialnej epoki, w której można cofnąć czas i jeszcze raz spotkać się z tymi, których już nie ma? Może to podróż do innej, równoległej rzeczywistości? A może wszystko to jest snem, co wydaje się być najwygodniejszym tłumaczeniem. Piękny sen, w którym wszystkie chwyty narracyjne są dozwolone. Tak jak w „Salcie” Gustaw Holoubek gości w swoim domu Zbigniewa Cybulskiego , taki i w „Sanatorium pod klepsydrą”, jako doktor Gotard wita nowoprzybyłego Józefa. Za piętnaście lat wcieli się w rolę Wolanda, który swoją czarną magią sprawi, że czas i przestrzeń ulegną znaczącym transformacjom. Stoicki doktor Gotard dokonał równie rzeczy niemożliwej. Cofnął czas i sprawił, że umarli mogą wciąż cieszyć się życiem. Z powodzeniem prowadzi dziwne sanatorium, gdzie jego pacjentami są właśnie umarli ludzie. Umarli w świecie Józefa, ale wciąż żywi w tej onirycznej rzeczywistości Sanatorium.
Jednak jest tu pewien haczyk, bo Gotard nie wskrzesił swoich pacjentów jako młodych czy pełnych energii. Raczej wydłużył ich czas spania. Oni sobie po prostu śpią, są jak rośliny. Dlatego tak cicho w tym sanatorium, a restauracja, gdzie Józef miał ochotę na pyszne ciasto z kremem, jest cała zakurzona, jakby nikt tu nie bywał od dziesięcioleci. Bo po co. Życie to sen. Ale cóż to za życie, dziwna agonia, wydłużanie, rozciąganie nadwyrężonych już mocno chwil. Jednak mimo to Józef ma wciąż szansę zobaczyć ojca (Tadeusz Kondrat) jeszcze żywego, choć już przypominającego żywego trupa. Jak niewinnie wygląda na tym łożu. Starzec o twarzy dziecka. Niegdyś bohater, który prowadził syna za rękę i wprowadzał w świat symboli. Otwierał przed Józefem tą niezwykłą Księgę. A teraz starzec, którego trzeba wziąć za rękę, by nie upadł. O czym tu rozmawiać, kiedy ojciec na chwilę się przebudzi? I czy go pozna? Cóż to za dziwaczna sytuacja! O czym sobie tak słodko śni? Może dałoby się go spotkać we własnym śnie?
Ojciec Józefa, Jakub to postać wieloznaczna, dla samego syna to ktoś w rodzaju Boga, kreatora rzeczywistości, ktoś tajemniczy. Ktoś, kto nawet jeśli umarł, to wciąż prowokuje swego dorosłego syna do podjęcia dziwnej podróży przez marzenia i wspomnienia, by odważnie szukać sensu, ukrytej księgi, czytać uważnie każdy jej wers znaleziony tu i tam w tym chaosie zdarzeń. Jakub to z jednej strony kupiec bławatny, twardo stąpający biznesman z księgą rachunkową, z drugiej filozof, wynalazca, marzyciel. Ktoś, kto chce się wyrwać z tej przytłaczającej formy życia, ulecieć jak ptak, wznieść się ze swoją treścią ponad tą okropną materię, formę manekinów. Jakub wiecznie spierający się z Aniołem, postulujący własny akt stworzenia niedoskonałej materii. Niech to będzie nawet tandeta, ale niech człowiek ma święte prawo do tworzenia, bycia demiurgiem. Marzy sobie tak Jakub, zerkając na krawcowe w jego sklepie, które okrywają manekiny kolorowymi materiałami i przygotowują nowe szaty mistyfikacji dla klientów. Jakub, ambitny kreator, ale wciąż ulegający grzesznej fascynacji kobietą/materią, tandetą która już wyciąga smukłą nogę jak węża, by dusić nim mężczyznę, a także marzyciela. Kobiety u Schulza to takie perfidne kusicielki lub nauczycielki, które cały czas strofują mężczyzn i rzucają na kolana. Tak jak Adela, matka, czy Bianka pouczają Józefa, by wrócił do zwykłego życia. Wszystkie te kobiety zdają się być manekinami, powtarzającymi te same schematy, od których chcą uciec wieczni chłopcy — mężczyźni.
Najłatwiej wymknąć im się we śnie. Józef zamyka oczy i oto zaczyna się nowa podróż torem przeszłych wydarzeń i sennych wariacji. Zygmunt Freud i Carl Gustav Jung już siadają przy śpiącym ze swoimi notatnikami. A my wstrzymujemy oddech. Każdy kolejny obraz, scenografia w tym filmie intrygują. Przestaje być dla nas ważne: „kto, po co, dlaczego”. Logika się kończy. Choć na początku filmu moglibyśmy odnieść wrażenie, że bohater jedzie z wyraźną misją wydostania ojca z krainy cieni. To jak misja superbohatera. Czy mu się uda? Ależ nie. I w zasadzie po co? To zupełnie inna bajka. Tu kontempluje się wydarzenia, sytuacje, zdania, słowa, barwy, smaki — jak w poezji, gdy zaledwie klika niepozornych wersów otwiera wiele furtek do różnych krain. Jedną z tych krain jest właśnie mityczne dzieciństwo. Józef choć już dorosły, znów doświadcza dziwnego uczucia bycia dzieckiem. Wystarczy, że matka go strofuje, jakby był małym chłopcem. Takie są uroki tej podróży, że jeśli chce się doświadczyć jeszcze raz obecności zmarłego ojca, trzeba stać się dzieckiem. Co to znaczy konkretnie? Znów trzeba się zachwycić tym wszystkim, co jest dookoła, odkurzyć ten dawno zapomniany mit. Józef rozpoczyna swoją dziwną przygodę. Właśnie opuścił dom i matkę. Gdzieś w pokoju krząta się kusząca Adela (Halina Kowalska, czyli śpiewaczka z „Alternatywy 4”), służąca rodziny, przebiera się, odkrywając co chwila swoje piękne ciało, co dla dorastającego chłopca jest zapewne niezwykłym doświadczeniem. Adela swoim zdrowym rozsądkiem i przyziemnością zdaje się przypominać starszą siostrę, która zawsze ma okazję pouczyć młodszego, rozmarzonego brata, który całą rzeczywistość wokół siebie postrzega przez pryzmat niezwykłego mitu. Na jego oczach właśnie powstaje księga Genezis. Słowa zmieniają w zjawiska i przedmioty, które potem zostaną uwiecznione na znaczkach w markowniku bystrego kolekcjonera wiedzy Rudolfa (w którego się tu wciela kilkunastoletni Filip Zylber, późniejszy reżyser teatralny). A dalej poza tymi znaczkami, w ogrodzie przebywa inna fascynacja Józefa, Bianka, dziewczyna z wyższych sfer, ale równie pusta jak Adela, po prostu manekin. Czy ta Bianca to taka Eurydyka, po którą zstąpił Orfeusz Józef? Cóż przejrzał na oczy, że Bianka to piękny manekin, ale to wciąż ta forma, od której mężczyźni z rodu Jakuba chcą odlecieć gdzieś daleko. Tylko jak daleko można odejść w swoich fascynacjach, przygodach? Nie pytajcie, tylko próbujcie. Przestańcie dręczyć się tą ciągłą autorefleksją, tym autotematyzmem. Rozkoszujcie, wąchajcie, smakujcie, zanim to wszystko pokryje kurz. To jedyne lekarstwo na tą egzystencję, która i tak zmierza do zagłady. Sen się rwie. Już widać jak walą się te bajkowe miasteczka, jak upada kultura (scena pogromu). Uciekają zdyszani mieszkańcy z małymi walizkami. Wśród nich jest także cały brudny Józef, ledwo się wygramolił z piwnicy. Wszystko zmierza do końca. Ślepy Józef staje się nowym konduktorem w pociągu dusz. Nie widzieć, nie pytać, nie ważyć się na odgadnięcie boskich tajemnic. Ślepo jechać po swoim torze przez dalsze krainy, które możemy sobie słodko wyobrażać.
Do zobaczenia kiedyś tam, w sanatorium.
Komentarze
Prześlij komentarz