SCHMIDT. STAROŚĆ TEŻ RADOŚĆ

 

Na ekrany kin wszedł niedawno film z Tomem Hanksem, „Człowiek imieniem Otto”. To historia zgorzkniałego mężczyzny po sześćdziesiątce, który próbuje jakoś znieść żałobę po żonie i uporać się z piekłem innych ludzi, nie dających mu spokoju. Nie ma to jak zgryźliwy bohater, który uczy się człowieczeństwa wśród innych ludzi. Zabawne, że ten pozornie nieprzystępny człowiek okaże się tym, który najwięcej pomoże swoim sąsiadom. Ciekawie się ogląda zgorzkniałego Toma Hanksa, gdy w pamięci mamy choćby jego rolę w „Dużym”, gdzie grał tak radosnego i sympatycznego bohatera. Koło się domknęło. Od sympatycznego bohatera po zgorzkniałego dziadka, który próbuje się trochę uśmiechać.

Zastanawialiście się kiedyś, jak będzie wyglądało wasze życie, kiedy przejdziecie na emeryturę, albo kiedy w ogóle będziecie starzy? Pamiętacie tego zgorzkniałego staruszka, którego mijaliście zataczając się ze śmiechu po jednej z imprez? Niezwykłe, że to teraz wy będziecie… my będziemy starzy. Jak się do tego przygotować? I czy w ogóle jest sens o tym myśleć. Może trzeba żyć maksymalnie we wszystkich wymiarach, a potem na starość po prostu to wspominać z uśmiechem lub lekkim zawstydzeniem.

Gdy będziemy starzy, co będzie nas trzymało przy życiu, jakie będziemy mieli wtedy priorytety? Podwyżka emerytury? Będziemy jeszcze gdzieś dorabiali? Czy zupełnie spalimy za sobą mosty? Wyciągniemy się wygodnie w fotelu, czując jakiś dziwny ból w okolicach mostka. Czy to już? Czy starczy nam do końca miesiąca? W końcu trzeba mieć środki na rehabilitację lub lekarstwa. To niestety nie są słodycze i inne używki. To środki konieczności, które trzeba będzie sobie aplikować coraz częściej aby w ogóle jakoś funkcjonować. Czy będziemy się nadal uśmiechać do lustra i ludzi, czy może ogarnie nas poczucie beznadziei, a twarz wykrzywi grymas. Czy codziennie będziemy chodzili do lekarza, szukając innych chorób, które chcielibyśmy wyleczyć? Jak będzie wyglądała nasza apteczka? Ile będziemy zażywali leków? Czy na starość znajdziemy sobie jakiś powód, by mimo wszystko żyć?

Warren Schmidt (Jack Nicholson) dochodzi do takiego momentu w swoim życiu, kiedy zdaje sobie sprawę, że właściwie wszystko, co dotąd przeżył i co osiągnął jest niczym. Po długoletniej pracy jako aktuariusz, (specjalista z dziedziny obliczania ryzyka projektów finansowych w szczególności długoterminowych lub obarczonych ryzykiem) przechodzi na zasłużoną emeryturę. Nie musi zakładać garnituru, nie musi wypełniać formularzy, nie musi wstawać wcześnie. Tylko co dalej? Co zrobimy jutro? Jakby powtarzały się tu wersy z „Ziemi jałowej” Thomasa Stearnsa Elliota. Co zrobimy jutro? Gdy już nie ma pracy. Nagle jeden z tych ważnych fundamentów, na których Schmidt opierał swoje życie, osunął się w ciemną przepaść, a wszystkie dokumenty, nad którymi pracował pójdą do utylizacji. Pana Schmidta już nie ma w firmie, jakby w ogóle go nigdy nie było. Ale co tam praca. Rozejrzyjmy się po starannie urządzonym domu, po którym teraz snuje się bohater, podczas gdy jego żona, Helen (June Squibb) dba o każdy szczegół. Prasuje, czyści, gotuje. Ona przynajmniej ma po co wstawać z łóżka. Ale państwo Schmidt nie zamierzają ciągnąć tej rutyny przez resztę swych dni. Właśnie kupili kampera i chcą się wybrać w podróż po Stanach. Przygoda we dwoje i ciągle zmieniające się widoki. Taka emerytura już nabiera rumieńców. A jednak los nie pozwala, by ta przygoda się ziściła.

Zupełnie zdezorientowany Schmidt siedzi nad trumną żony. Jako były aktuariusz, nie zdążył przewidzieć tej tragicznej okoliczności. Obok siebie ma ukochaną, rozpieszczoną córeczkę Jeannie (Hope Davis), a jeszcze krzesło dalej siedzi pewien mężczyzna drogi sercu Jeannie. Randall (Dermot Mulroney) ze swoim kucykiem na głowie i przesadną wrażliwością jakoś nie wydaje się dla Schmidta solidnym kandydatem na zięcia. Ale to czuje niemal każdy ojciec, którego ukochana księżniczka-córeczka oddaje się w ramiona innego mężczyzny. Cóż, trzeba będzie się pogodzić również z tą stratą. Najpierw żona, teraz córka wychodząca za mąż za tego dziwnego faceta, który cały czas próbuje rozkręcić wielki interes z piramidą finansową. Warren czuje po raz kolejny, że również w życiu rodzinnym jest nikim. Ukochana córeczka, w którą tyle zainwestował i pokładał w niej tyle nadziei jakoś nie kwapi się, by zaopiekować się ojcem. Opuszcza go i szykuje się do wesela z Randallem. Może to błędne myślenie. Nie można przywiązać dziecka do siebie i wymagać, by było na każde zawołanie. A tymczasem Warren w tej dojmującej samotności odkrywa, że jego ukochana żona miała romans. Kolejny cios. Jakby to całe życie rodzinne było taką jedną szopką. No cóż, jednego złudzenia mniej, tak jak mniej rzeczy Helen. Jak wielka może być samotność? I czy zmieści się w tym domu? Samotny Schmidt w wannie niczym Marat rozpoczyna żywot smutnego filozofa.

A wydawałoby się, że na emeryturze powinniśmy mieć już spokój. Wszystko poukładane, zaliczone najgorsze z możliwych, wszystkie egzaminy za nami itd. Koniec. A jednak wciąż trzeba się zastanawiać nad wszystkim, co jest dookoła i co trzyma nas w ryzach każdego dnia. I znów to straszne pytanie, co dalej? Co jutro, co za rok? Może warto wsiąść do kampera i ruszyć przed siebie ku przygodzie, jakkolwiek górnolotnie to zabrzmi.

Jeszcze parę lat temu sztywny, zbyt poważny, nieufny Warren w garniturze bardzo sceptycznie by podchodził do tego pomysłu. Ale teraz nie ma już nic do stracenia. Nie ma właściwie rodziny a córka stała się dla niego tak obca, że bardziej bliscy okazują się ludzie z bardzo daleka.

Czy to z nudów, pod wpływem chwili, czy w przypływie jakiegoś miłosierdzia Schmidt decyduje się wesprzeć w potrzebie pewnego chłopca z Tanzanii w ramach programu sponsoringu dla dzieci z biednych wiosek. Wystarczy miesięcznie wpłacać określoną kwotę jak czesne za szkołę i można komuś pomóc wyjść z głębokiej biedy, zapewnić porządną edukację, dać szansę na rozwój, a to na pewno lepsze niż dawanie słodyczy i prostych podarków.

Oprócz czeku na określoną kwotę, można dołączyć także list i napisać parę słów o sobie. Parę słów, które nagle uruchamiają w Warrenie jego historię życia, pisaną jednocześnie w liście i na pustej autostradzie, którą bohater przemierza swoim kamperem, aby przyjechać na ślub córki. Okazuje się, że Schmidt, dotąd dość zamknięty w sobie i spięty, w liście do nieznanego mu dziecka okazuje się nad wyraz szczery, może czasem za bardzo, gdy nie żałuje krytyki wobec swego następcy z biura czy wobec nowego zięcia. Ale tak już jest, że przed obcymi czasem łatwiej nam się wygadać, czy jak tutaj, wypisać swoje bóle, radości, lęki, wszystko co leży nam na sercu, co nigdy nie zostało wypowiedziane. Nieznajomy, sześcioletni chłopiec zdaje się być zwierciadłem dla starego Schmidta, który w swoim liście do dziecka wyraźnie rozpoznaje swoje życiowe wzloty i upadki, jakby dokonywał bilansu. Może to rodzaj terapii, by wypisać z siebie te wszystkie emocje, a może rodzaj świadectwa starego, doświadczonego człowieka dla kogoś, kto dopiero wchodzi w życie. A może jest w tym też jakiś psychoanalityczny relief, że oto stary Schmidt pisze list do samego siebie, jako do niewinnego dziecka, o którym gdzieś dawno zapomniał w tej krzątaninie dorosłości. A gdy wreszcie otrzymuje odpowiedź, list z fundacji i rysunek od nieznajomego chłopca, wzrusza się i płacze, jakby wreszcie w nim pękł jakiś twardy pancerz.

Zdaje się jakby Jack Nicholson powtarzał tu swoją słynną rolę z komedii „Lepiej być nie może”, gdzie również nieprzystępny, szorstki bohater, pisarz Melvin Udall pomaga dziecku swojej ulubionej kelnerki, a przy okazji sam przechodzi przemianę podczas podróży życia z sąsiadem gejem. Inną powtórką jest tu rola z filmu „Choć goni nas czas”, filmie dotykającym nie tylko śmierci ale nieuleczalnej choroby, podróży i listy spraw, które chce się załatwić przed śmiercią.

Motywy podróży i starości dość często rezonują w twórczości reżysera Alexandra Payne’ a, który ma swoim koncie takie filmy jak „Bezdroża”, „Spadkobiercy” czy „Nebraska” z 2013 roku, gdzie również żonę głównego bohatera, starego alkoholika, zagrała June Squibb. Payne umiejętnie równoważy w swoich filmach humor, dramat i tragedię.

Sam „Schmidt” to luźna adaptacja książki żydowskiego pisarza, ocalałego z holocaustu Louisa Begleya. Podkreślam tu słowo „luźna”, bo jest tu naprawdę sporo różnic między tekstem a filmem. Książka to miotanie się starego człowieka między romansami z młodszymi kobietami, podczas gdy w filmie nie ma zbyt wielu romantycznych momentów. No może ta chwila słabości Schmidta z nowopoznaną kobietą na campingu czy jakiś flirt z jowialną matką Randalla (Kathy Bates), która nie miała oporów by kąpać się nago przed Warrenem. Payne w swojej ekranizacji stawia przede wszystkim na wzruszającą historię starego człowieka, który czując, że rozpadły się jego dotychczasowe fundamenty życia, odzyskuje sens, gdy może pomóc komuś młodszemu i słabszemu. Może to rzeczywiście najlepsza recepta dla wszystkich zagubionych, którzy na emeryturze jakoś nie mogą się odnaleźć sami ze sobą. Mieć poczucie, że jest się komuś potrzebnym.

 



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH