OKRUCHY DNIA. ANATOMIA NIESPEŁNIENIA

 



 

Anthony Hopkins i Emma Thompson znowu razem jak stare dobre małżeństwo. W „Powrocie do Howards End” odważyli się na romantyczny krok w tych uroczych angielskich scenografiach, pełnych tajemniczych ogrodów, wytwornych salonów i parującej herbaty. Natomiast w „Okruchach dnia” są nad wyraz ostrożni, mijają się między uczuciem, do którego nie potrafią się przyznać, podczas gdy nad Europą wisi  druga wojna światowa.

 

Podchodzę do stołu, pełnego okruchów. Już zjedli i to be ze mnie. Nawet mnie nie zaprosili. A może ja ich nie słyszałem? Nie chciałem ich słyszeć, bo nie mogę znieść gdy ktoś jest szczęśliwszy ode mnie? Okruchy, wszędzie okruchy. Nie znoszę ich. Od razu chcę wyciągnąć chusteczkę, szmatkę albo miotełkę i zgarnąć je z powierzchni. Tak żeby nie było tu żadnych śladów po tej uczcie i życiu. By było tu raczej jak w zimnym muzeum niż jak w domu. Nerwowo wyciągam z kieszeni chusteczkę. Ale na wszelki wypadek spryskuję stół specjalnym płynem. Wszak trzeba dbać o drewno. Odpowiednie olejki powinny załatwić sprawę. Jestem w tym ekspertem i koneserem środków czystości. Byle chały tu nie użyję. Nie ma mowy. To stary stół, gdzie niejedną wieczerzę spożywano. Przecieram go. Okruchy wyrzucam do kosza. Choć… jeszcze parę zostaje tam na krawędzi. Tak z ciekawości… próbuję. Duże, małe, chrupiące i miękkie, słodkie okruchy z wielkiej wieczerzy, gdzie wszyscy świętowali, żartowali, bawili się – jednym słowem: żyli. Oni umieją się bawić. O tak. Ja tylko obserwuję i czasem zazdroszczę. Nie, nawet nie czasem. Ja zawsze im zazdroszczę. Kim oni są w tej opowieści? Powiedzmy, że tymi, którzy nie boją się życia. To młodzi arystokraci, którzy śmieją się głośno, wznoszą toasty za nowe, nieznane i spożywają każdy kęs życia z wielkim apetytem, a przy tym nie wstydzą się zostawiać po sobie okruchów. To znaczy, że jedli ze smakiem i bez wstydu. Ja zawsze jem w ukryciu, gdy nikt nie patrzy. Jem szybko i szybko sprzątam, nie zostawiam żadnych śladów. Jakby to nigdy się nie wydarzyło. Nie umiem świętować. Wolę wszystko chować do kieszeni, a gdy przychodzi co do czego, mam je puste. Oni zaś sypią z kieszeni każdą walutą, która mieni się entuzjazmem i szczerością. Rozsiadają się w fotelach, zatapiają jeszcze usta w szampanie, a gdy już jakim cudem odłożą kieliszki na tacę rozmawiają całymi godzinami i żartują o wszystkim. Nawet widziałem, że tych dwoje obściskuje się na oczach wszystkich. Jak tak można? A owszem można. Można tak żyć. To wielcy dziedzice fortuny zwanej odwagą, odwagą do bycia sobą. Mi pozostaje tylko zaszczyt sprzątania po nich. Może kiedyś… ech. Zgarniam okruchy i wyrzucam do kosza. Ale i tak wiem, że te okruchy jeszcze będą mnie prześladowały, gdy nagle bosą stopą nadepnę na taki twardy okruch, poczuję ból okropny i będzie to znak, że chyba jeszcze nie umarłem. Położę się z dziwną myślą, że ten dzień był doskonały pod względem wypełnienia wszystkich obowiązków kamerdynera, a zarazem jakże pusty jeśli chodzi obowiązki wobec mego życia.

„Okruchy dnia” to melancholijna opowieść o tym, że już jest za późno na wielkie zrywy z czasów młodości, że zawsze pozostaje niespełnienie. Gdy słucham audiobooka w wykonaniu Krzysztofa Gosztyły, który równie po mistrzowsku czytał nam „Klub Pickwicka”, od razu czuję tą surową, angielską atmosferę. To właśnie Kazuo Ishiguro pisarz o japońskim rodowodzie, mieszkający od szóstego roku w Anglii doskonale uchwycił ten sztywny klimat angielskich wyższych sfer, którego charakterystycznym bohaterem jest nie król, lord, hrabia, a właśnie kamerdyner - baczny obserwator swego chlebodawcy i sfer, w których jaśnie pan się obraca.

Uniesione brwi, zadarty nos, inteligentny wyraz twarzy, duma, a w tle okazała rezydencja, wystawne obiady, przytulna biblioteka, pełna różnych opowieści jak „Wichrowe wzgórza” czy „Rozważna i romantyczna”, za oknem zaś piękne ogrody, rozległe łąki, mgliste krainy. Tak nam to właśnie ekranizuje James Ivory, reżyser specjalizujący się w przekładaniu książek na obrazy filmowe. W rolach głównych zobaczymy Anthony’ ego Hopkinsa, który dwa lata wcześniej świętował nagrodę Oscara za słynną rolę Hannibala Lectera. I w tym obrazie Hopkins trochę przypomina Hannibala. Starannie przylizany brylantyną i dziwnie opanowany, choć już bez tego przerażającego spojrzenia, jednak z wielkim apetytem na życie. Już myślałem, że w rolę Lorda Darlingtona wcielił się Edward Fox, czyli słynny „Szakal”. To by dopiero było. Szakal i Hannibal w jednym domu. Jednak w tym filmie to brat Edwarda, James Fox przybrał dostojną pozę lorda. To nie pierwsza rola Foxa jako arystokraty, bo w 1963 roku również zagrał Jaśnie Pana, którym manipuluje lokaj w filmie „Służący”. Robi się ciekawie. Ale jest coś jeszcze. W tym samym roku, w którym „Okruchy dnia” doczekały się premiery, na ekrany wszedł także film biograficzny „Cienista dolina” z Hopkinsem w roli głównej, grającym tym razem pisarza Clive’ a Staple’ a Lewisa, autora słynnych „Opowieści z Narnii”. Tu znowu senny angielski klimat pełen mgieł, stacji kolejowych, rozległych pól, łąk, starych domów nakłada nam się na scenografie z „Okruchów dnia”. Do Hopkinsa i Foxa dołącza także rozważna i romantyczna, Emma Thomson grająca tu frywolną pannę Kenton. Do tego jeszcze Peter Vaughan grający (prawie) sztywnego, wymagającego, starego kamerdynera, ojca głównego bohatera, który próbuje być do ostatnich chwil użytecznym. Świetny Christopher Reeve, który już schował kostium Supermana, by teraz włożyć tweedową marynarkę i okulary. Co ciekawe Reeve wciela się tu w żartobliwego kongresmena amerykańskiego, Jacka Lewisa. A to imię i nazwisko wcześniej należało do Hopkinsa w „Cienistej dolinie”. Dalej młodziutki Hugh Grant, no i Michael Londsale (niegdyś łowca Szakala), znany nam choćby z „Imienia róży”, gdzie grał opata. Tu natomiast gara francuskiego dyplomatę. No! Chyba najważniejszych bohaterów już mamy na scenie. A teraz o co właściwie chodzi w tej historii?

Tak jak już zaczęliśmy we wstępie o okruchach z wielkiej wieczerzy życia, chodzi właśnie o to, by jeść ze smakiem to życie, które podawane jest nam codziennie na złotej tarczy słońca, gdy tylko wstaje trzeźwy poranek. Czy koniecznie trzeba być arystokratą z odpowiednim rodowodem, by namiętnie konsumować życie? Dobrze wiemy, że arystokracja to także ekscentrycy i ludzie trzymający się sztywnych konwenansów, które jak linki co chwila poruszają tymi kukiełkami. Można być też zupełnie biednym arystokratą, która nie ma nic do stracenia, a wciąż może cieszyć się każdą spontaniczną chwilą. Jedni rodzą się arystokratami, a drudzy natomiast zostają ich sługami. Tak jak właśnie Stevens. Po prostu Stevens, którego surowy ojciec również był kamerdynerem. Oszczędność uczuć i dyscyplina. Tak był szkolony do swego zawodu nasz kamerdyner Stevens. Zawód ten przechodzi z ojca na syna i szczyci się równie wielką renomą jak bycie lordem. No bo kimże byłby lord bez własnego kamerdynera? Byłby trochę wybrakowany, czyż nie? Kimże byłby król bez swojej obstawy? Tylko facetem z koroną. Władcy i bogacze potrzebują kamerdynerów i służących, by nie myśleć o przyziemnych sprawach. No bo po co im wiedzieć, jak co gotować, jak sprzątać czy prać? Oni mają na głowie politykę, pieniądze, czasem i wojnę. Z kolei świat kamerdynerów, majordomusów, to świat obowiązków, detali, harmonogramów. Majordomus to taki władca, który jest odpowiedzialny za porządek i organizację w domu swego majętnego chlebodawcy. Tu pokojówki, tam ogrodnicy, tu konserwatorzy. Tu łuszczy się farba, skrzypi podłoga, tam przecieka. Wszystko załatwię drogi Panie. A zamyślony Lord, nawet nie słuchając sługi, przejdzie i nawet nie zauważy, że coś się zmieniło w wielkim domu.

Ale w tym pałacu mają się zmienić losy świata. Tak mówią wszyscy. Ma się zjechać tu arystokracja z Europy, by dążyć do pokoju i wsparcia dla zagubionych Niemiec, które ostatnio pod rządami Führera zupełnie się zagubiły. Lord Darlington jest orędownikiem pokoju i spokoju za wszelką cenę, nawet jeśli miałby pomóc zbrodniarzom w zmianie narracji historycznej. Zapomnijmy o tym wszystkim co złe i zacznijmy od nowa. Już niemiecki ambasador, w którego wciela się tu Wolf Kahler, dawny wróg Indiany Jonesa, przekracza próg pałacu. Jaśnie państwo z wyższych sfer myślą, że tak uspokoją napięcia polityczne, ale młody amerykański kongresmen, Jack Lewis uważa, że to ugrzecznione towarzystwo z tytułami z dawnej epoki nie ma pojęcia o prawdziwej polityce, która jest znacznie bardziej brutalna.

Brutalne jest też to, gdy obojętny pan Stevens stoi przy gościach, jego ojciec, surowy, starszy kamerdyner już odchodzi z ziemskiej służby. Stevens ociera łzy i wraca do gości, tymczasem ciało ojca zostaje wywiezione do kostnicy. A pan doktor orzekający zgon ojca jeszcze się przyda, by pomóc jednemu z gości, francuskiemu dyplomacie, który ma obolałe stopy (może nie potrafi znieść tych ciasnych butów nadętej dyplomacji działającej na korzyść zbrodniarzy). Stevens bierze oddech i wraca do obowiązków. Przydało się to surowe obejście ze strony ojca. Żadnych wzruszeń i radości. Komu dolać, komu odsunąć krzesło. Kamerdyner jak woskowa figura stoi na baczność i tylko czeka, komu zabraknie wina w kieliszku. Jeden krok do przodu, przechylamy butelkę i już sytuacja opanowana. Paliwo uzupełnione i znów wyłącza się świadomość. Krok w tył, do ściany. Stoją ci służący jak te zbroje przy ścianie. Twardy pancerz, skupienie na twarzy. Schludność, brak emocji. Lepiej zatkać sobie uszy, gdy wciąż toczą się niewygodne rozmowy o miłosierdziu dla nazistów, lepiej cierpieć na amnezję i nie pamiętać tego wszystkiego, co tu się wydarzyło. A gdy zapytają, wypada się odezwać, lecz nie wyrażać swoich opinii. Czy wypada odpowiedzieć na żart swego Pana? Stevens ma z tym problem. Kamerdyner nie jest królewskim błaznem, który może sobie trochę pofolgować. Kamerdyner słucha, ale czy jego opinia ma znaczenie? Coś mówiłeś Stevens? Ależ nie. Przypalony tost schować do kieszeni. Ładna pogoda. Tak proszę pana. Bezpieczna konwersacja. Minimum żartów. Można odejść do swojego małego pokoiku. Takie jest życie Pana Stevensa, który jest arcymistrzem w organizacji cudzego domu i życia, ale sam gdzieś po cichu uciekł przed swoim życiem. Nie miał na to czasu. Miał za to tylko jeden cel – być dobrym kamerdynerem, a te niewygodne marginesy życia osobistego gdzieś powoli się zatarły. Nawet zwykła przejażdżka samochodem w okresie wolnym od pracy jest okazją, by poszukać nowych pracowników do służby u Lorda. Bo co jeszcze można innego robić w czasie wolnym? Stevens sporadycznie czyta romansidła. Tam szuka uczuć, wzniosłych słów i marzy, żeby czasem być bohaterem takiej historii. Potem zakłada swoją sztywną zbroję, poprawia maskę obojętności i służy dalej. Choć gdzieś tam głęboko jest to pragnienie by wylecieć z tego gniazda jak ten gołąb, który zagubił się w tym pałacu. Gdzieś w głębi zazdrości on temu młodemu służącemu, który właśnie zakochał się w pokojówce. Nie przekupią go już żadne awanse. Kto zrozumie zakochanych i młodych? Oboje zamierzają odejść i ruszyć w wielką przygodę życia. Odważyli się walczyć o swoje. A ty Stevens? Tobie to nie przystoi, nieprawdaż? To tęsknotę i niepokój również czuć w motywie muzycznym, gdzie słyszymy przejmujące fale smyczków, pod którymi pulsują harfy (albo inne instrumenty, których nie potrafię zdefiniować) i niepokoją. Tu ugładzone fale konwenansów, a pod nimi te odbijające się harfy skrytych namiętności. Ale lepiej już ściszmy muzykę. Nie ulegajmy podszeptom uczuć. Nie ma miejsca, czasu na wzruszenia i słabości. Idealnie przylizane włosy, gładko wygolona twarz i zimne oczy. To wszystko tak trwa w tej zimnej atmosferze, dopóki nie zjawia się nowa służąca, niejaka panna Kenton. Aż nazbyt uśmiechnięta, żywa, spontaniczna, jednak na tyle samotna, aby pójść na służbę do tego cichego domu, przypominającego mauzoleum. Stevens dość chłodno ją przyjmuje do pracy, lecz ona się nie skarży. Tak to się zaczyna od niechęci do jakiejś platonicznej miłości. Coś budzi się w Stevensie, który na każdym kroku strofuje pannę Kenton, próbującą trochę odmienić scenerię tego domu. A panna Kenton nie pozostaje mu winna. Ona jedna potrafi się z nim droczyć. Ale dobrze wiemy, że Stevens nie tyle chce pouczać służącą, co chce przez chwilę pobyć z nią, nawet się pokłócić – zupełnie tak jak w małżeństwie? Odegrać taką scenę kłótni w tych pięknych scenografiach i pomyśleć, że ten dom należy do niego, a panna Kenton to może jego żona. Ale kamerdyner jest introwertykiem, nie radzi sobie z wyrażaniem uczuć. Więcej myśli niż mówi. Nie powie tego najważniejszego pannie Kenton. A potem ona nagle wyjedzie i ułoży sobie życie z kimś innym. Coś jakby iskrzyło, ale nigdy to uczucie w pełni się nie rozpaliło. Były tylko niedopowiedzenia, okruchy, które w końcu stwardniały i coraz bardziej zaczęły kłuć. Stevens jedynie w liście do panny Kenton wspomni, jak bardzo doceniał jej pracę. Choć my dobrze wiemy, że w tej pochwale dla pracy gospodyni, jest wyrażone to wielkie uczucie, jakim dumny Stevens darzył tą kobietę. Jeszcze była szansa, aby Kenton wróciła. Jej życie znowu się rozpadło, rozstała się z mężem i praca byłaby dla niej lekarstwem. Znów w Stevensie coś drży. Może teraz warto spróbować? Już tyle widział w swoim życiu. Towarzyszył swojemu lordowi w chwilach jego triumfu jak i upadku, gdy wszyscy uznali go za zdrajcę. Młodsi od niego, jak ten sympatyczny młodzieniec, Cardinal, krewny lorda, stracili życie na wojnie. Europa się zmieniła. Tyle się wydarzyło w ciągu tych ostatnich trzydziestu lat, jak świat upadł i powstał kilka razy. A Stevens wciąż tylko udaje że żyje i nigdy nie miał odwagi żyć głębiej. Może właśnie teraz warto wyznać prawdę tej kobiecie. Dawni znajomi ze służby u lorda spotykają się po latach. Pan Stevens już nie jest taki zarozumiały, a raczej jest wzruszony, żartuje, wspomina. Panna Kenton również się uśmiecha. Cieszą ich te dawne dzieje, gdy razem służyli. A potem nagle ona oznajmia, że zostanie babcią i czeka ją nowa praca. Nie wróci już chyba do Darlington Hall. Stevens rozumie, że to już nie ma sensu. Żegnają się jako znajomi, którzy kiedyś razem służyli pewnemu lordowi, który okazał się zdrajcą. Ale co gorsza oni oboje zdradzili swoje prawdziwe uczucia. Panna Kenton, chcąc wzbudzić zazdrość u kamiennego lokaja, wyszła za innego człowieka, którego tak naprawdę nigdy nie kochała. A Stevens nigdy nie przyznał, jak wiele Kenton znaczy dla niego.

Już sam nie wiem, co jest gorsze. Tłumienie w sobie prawdziwych uczuć, czy wstyd przed ich okazaniem niewłaściwej osobie. „Okruchy dnia” to taka smutna historia o człowieku, który nigdy nie dał szansy uczuciom, tylko skrył się za bezpieczną dyscypliną. Do końca życia będzie już tylko wspominał to niewypowiedziane uczucie, będzie się nim dręczył i zarazem cieszył. Jedyne na co go było stać.

Zamyślam się i siadam przy stole. Wszystkie okruchy zmiecione. Cisza. Słońce zachodzi. Robi się sennie. Kolejny dzień za chwilę straci ważność i się rozsypie, a jutro znów będę zbierał okruchy ze stołu, przygotowując stół dla jaśnie Państwa na nową wieczerzę. Kto wie, może tym razem się odważę i zasiądę między nimi i wzniosę toast za nowe życie.

 

 

 

 



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH