W DOBOROWYM TOWARZYSTWIE, CZYLI SZUKAJĄC SWEGO MIEJSCA
Tytuł tego filmu można rozumieć dwojako, bo z jednej strony to film opowiadający o korporacyjnych realiach, gdzie dobrze dobrana ekipa ma stanowić o dobrych wynikach i sukcesie firmy. Company to zarazem firma ale i towarzystwo. Ale ironiczne jest to, że jeśli już masz się zaangażować w pełni w działania danej firmy, często musisz poświęcić sporo swego czasu, ograniczając lub rezygnując ze sfery towarzyskiej. To firma i współpracownicy mają być twoim towarzystwem, wsparciem, a nawet rodziną, jak to się ładnie przedstawia w wielu reklamach danych korporacji. I może tak jest. W niejednym teamie można spotkać dobrych przyjaciół, a twój menago będzie niczym dobry wujek. No i przede wszystkim w tej rodzinie nauczysz wielu przydatnych rzeczy. Choć z drugiej strony możesz doznać szoku, gdy się przekonasz, że w następnej sztafecie ci przyjaciele będą twoimi rywalami o kolejną posadę, bo nagle rozpocznie się redukcja etatów.
Taka redukcja etatów czeka właśnie Dział reklamy Sports America, którym dowodzi pięćdziesięcioletni Dan Foreman (Dennis Quaid), mający już spore doświadczenie w reklamie, a co najważniejsze mający wciąż pasję i wiarę do tego, co wykonuje. Dan nie jest bezmyślnym karierowiczem. Umie zadawać niewygodne pytania i szukać ciekawych rozwiązań, choć przez niektórych może być uważany za zbyt staroświeckiego. Ale Foreman ma również inną ważną cechę: cierpliwość. On lubi się zaprzyjaźnić z klientem i jest w stanie pokonać długą drogę, by wreszcie uzyskać jego zaufanie. Tak właśnie Dan zdobył sobie renomę. Właściwie nasz bohater nie powinien niczym się przejmować. Wprost przeciwnie, dumny ojciec dwóch prawie dorosłych córek, znów zostanie ojcem. Taką nowinę obwieszcza mu żona (Marg Halgenberger). Wspaniale! Ale zazwyczaj, gdy ognisko rodzinne rozpala się na nowo, w pracy robi się jakoś nieprzyjemnie chłodno.
Dan jeszcze próbuje się pocieszać. Zawsze tak jest, że większe korporacje wykupują (czyt. Pożerają) te mniejsze, by w ten sposób być jeszcze silniejszymi. No i dobrze. Będziemy w silniejszym teamie. Zawsze to lepiej trzymać z silniejszymi. Klepiemy się po ramieniu i jak baron Munchausen chcemy się wyciągnąć z tego bagna zmartwień. Ale jednak polityka nowego właściciela nie odbiega specjalnie od tego, co zawsze się słyszy o wielkich gigantach. Fuzja, cięcie kosztów, redukcja etatów do minimum i oczywiście nowi, młodzi, energiczni managerowie, dyrektorzy próbujący za wszelką cenę wykazać się ciekawymi pomysłami. Jednym z nich jest niejaki Carter Duryrera (Topher Grace), ambitny, przebojowy dwudziestosześciolatek, który z jednego działu przeskakuje do kolejnego. I coraz wyżej i wyżej. Aż za szybko to wszystko się dzieje. Korporacyjny zawrót głowy. Jeszcze rok temu kończyłeś staż, a już po chwili, gdy tylko zabłyśniesz jednym ciekawym pomysłem, możesz zostać managerem lub dyrektorem. Na przykład zostać szefem dla takiego zdumionego Dana Foremana, który właśnie się dowiedział, że został zdegradowany w pracy i już nie będzie dyrektorem. Jego nowym zwierzchnikiem będzie dwudziestoparolatek, który z ironią i śmiechem przyznaje, że nie ma zbyt dużego doświadczenia w tej pracy. Danowi trudno w to uwierzyć, że jego szefem będzie ktoś, kto ma o wiele mniejsze doświadczenie. Jeszcze wiele absurdów przed nim. Witajcie w korpo i wdrażajcie się w struktury. Za chwilę was przytną do odpowiedniego rozmiaru, szablonu i przydzielą odpowiednie stanowisko. Dan ma prawo być zgorzkniałym, podczas gdy Carter zaraża wszystkich pozytywną energią, jakby wygłaszał motywacyjny speech na haju. Tak naprawdę w jego żyłach płynie zbyt dużo kofeiny.
Grunt to dobrze nakręcić się w pracy, by mieć siły wszystkich motywować i jednocześnie zwalniać, jeśli nie zostaną osiągnięte wymagane wyniki. Zawsze to jakaś odskocznia od pustego domu, z którego wyprowadziła się żona Cartera. Jeśli Carter nie przygotowuje jakiejś nowej strategii marketingowej, to przygotowuje się emocjonalnie do rozwodu. No cóż. Przynajmniej teraz nie będzie musiał udawać, że mu zależy na szczęściu rodzinnym. Wreszcie odda się pracy, którą podobno kocha. A może wszystko to robi tylko dla prestiżu. Kosi kolejnych klientów i cieszy się z ubitego interesu. To w gruncie rzeczy imponujące, by w wieku dwudziestu sześciu lat być już dyrektorem i jeździć Porsche Carrerą. Tak, Carter lubi się nagradzać, a los jak zwykle z niego drwi, gdy jego piękne Porsche zderza się z innym samochodem (i to w dniu kupna nowego autka). Ale nawet Porsche z wgniecioną maską może być piękne, czyż nie? A może to taka piękna metafora, że samochód choć szybki i piękny nie zasługuje na niedojrzałego kierowcę, który ciągle się śpieszy
Duryrera po tym awansie przypomina dzieciaka w sklepie z różnymi zabawkami, który koniecznie chce wszystkiego spróbować. Aż w końcu dozna ogromnego zawodu. Oto osiągnął szczyt zbyt wcześnie, a teraz powoli grunt osuwa mu się pod nogami. Zupełnie, jakby był sportowcem, który żyje dla kolejnej wygranej, wyścig, wygrana, wyścig wygrana. Wszystko to dla wielkiego Tedy’ ego K., prezesa korporacji, który jest uważany za Boga. Nie, pytaj, działaj! A potem? Co dalej? Kryzys, czy inny cel?
Kiedy Carter czuje, że dobiega do mety, ktoś inny właśnie biegnie spokojnie po swoim torze.
To córka Dana, piękna, niezależna Alex (Scarlett Johansson), która wie, jak odbijać piłki tenisowe, ale raczej nie szykuje się do kariery w stylu Steffi Graff. Pociąga ją pisanie i antropologia. To dyktuje jej serce, by iść za tym, co ją naprawdę pociąga, a nie to, co mówią trendy na rynku pracy. Dan jest trochę zawiedziony takim wyborem, bo przecież mógł mieć sławną, bogatą córkę tenisistkę, a tak będzie , miał córkę-pisarkę, która nie wiadomo czy wyda chociaż jakiś bestseller.
Ale tego poglądu nie podziela Carter, który już zdążył poznać Alex. To dziwne, ale tylko z nią potrafi być szczery do bólu i przyznać się, że niewiele potrafi w nowej pracy, w której ma być kierownikiem. A tak naprawdę jest nadętym dupkiem. Czyż nie? Alex się tylko uśmiecha. Carter po swoich bolesnych doświadczenia robienia tylko kariery i jeżdżenie rozbitym Porsche Carrerą jest pełen uznania dla dziewczyny, która woli skupić się na czymś niepopularnym, a dającym jej przyjemność.
Pikanterii doda fakt, że Duryrera zakocha się w córce Dana. Czy Carter byłby złym kandydatem na chłopaka czy męża dla Alex? W końcu to kolega z pracy, no i szef Dana. Mieliby wspólne tematy do rozmów przy niedzielnym, rodzinnym obiedzie. Carter wciąż nie może się nadziwić, że Dan ma tak wspaniałą rodzinę, której Carter nigdy nie doświadczył w swoim całym życiu. Może i teraz błyskawicznie awansował i jest jakimś tam sobie szefem, ale Dan mimo swej degradacji w pracy ma wciąż oparcie w rodzinie. To mu daje kompas w tej trudnej sytuacji, w jakiej się zagubił.
Foremannie kryje rozczarowania wyborem córki i tym, że zataiła ona romans z Carterem, łamiąc zasadę, by mówić ojcu o wszystkim. Sytuacja się komplikuje, a Dan swoim niechętnym podejściem do Cartera ryzykuje też utratę pracy. Nie obyło się bez rękoczynów i siniaków. Ale w końcu nadchodzi ten decydujący moment, gdy obaj bohaterowie stają pod ścianą i zaczynają współpracować, a Foreman ma okazję pokazać młodszemu karierowiczowi, jak naprawdę zdobywa się klientów. Poprzez cierpliwość, pasję i zaufanie. Mimo tej pięknej przygody, Carter chce odnaleźć coś innego w swoim życiu. Tak jak dotąd biegał na mechanicznej bieżni w firmie, tak teraz biegnie na plaży ku wschodzącemu słońcu. Co odnajdzie? Nie wiemy. Może też jak niektóre „ofiary” korporacji zajmie się rękodziełem i otworzy pracownię garncarstwa.
Reżyser Paul Weitz, autor takich filmów jak „American Pie” czy „Był sobie chłopiec” znów lekko, z humorem ale szczyptą refleksji kreśli nam kolejny obraz o dojrzewaniu i dorosłości. Umiejętnie zestawia dwóch bohaterów, znajdujących na się życiowym zakręcie. Jeden to typ mentora, szefa, doświadczonego człowieka, który z jednej strony może być uważany za podstarzałego tatusia, któremu już warto podziękować w dynamicznej korporacji, a z drugiej strony on jeden ma odwagę zadawać niewygodne pytania wielkiemu Teddy’e mu K, który w swojej wielki wizji korporacji państwa pełnej sloganów, przypomina trochę władcę sekty, robiącym wszystkim niezłe pranie mózgu. To w końcu zaczyna rozumieć Duryrera, który powoli trzeźwieje z tego korporacyjnego środowiska. Poszedł do korporacji, w której wszystko przychodziło mu zbyt łatwo, aż w końcu się wypalił i wbrew stereotypom stracił sens już w tak młodym wieku. Natomiast Dan wciąż oprócz pracy ma rodzinę, która jest jego największym sukcesem. Liczne zdjęcia i obrazki rodzinne zdobią jego gabinet, podczas gdy u Cartera ściany świecą pustkami, tak jak jego wnętrze opustoszało zupełnie. Ten film jest trochę jak baśń o zagubionym, pustym księciu, który chyba nigdy nie słuchał siebie i swoich pragnień, tylko szedł po utartych ścieżkach popularnych trendów, aż w końcu nabił sobie guza. Na szczęście spotkał mentora, a przy okazji zerwał zakazany owoc, wdając się w romans z księżniczką. Ale może wreszcie zrozumiał, że robiąc coś w życiu, powinieneś czuć w tym sens. Film ten można włożyć na półkę edukacyjną i obejrzeć sobie, gdy właśnie wiążesz krawat do korporacji, uważaj, żeby to nie była szubienica.
Tylko, żebyś odetchnął i powiedział sobie przed lustrem, jestem tu, gdzie chciałem być i czuję się świetnie.
Komentarze
Prześlij komentarz