AMERYKAŃSKIE GRAFITTI

 


George Lucas zawsze mnie zdumiewał swoim talentem do tworzenia prostych i ponadczasowych historii. Udało mu się opowiedzieć stare mity w nowy sposób. Choć z kulisów powstawania takich majstersztyków jak „Gwiezdne wojny” czy „Indiana Jones” przekonujemy się, że Lucas był raczej kimś, kto rzuca pomysł, ma wizję, a czarną robotę pisania scenariuszy powierza takim specjalistom jak Willyard Huyck, Gloria Katz czy Lawrance Kasdan. Nie inaczej było z filmem „Amerykańskie grafitti”, który chyba jest najbardziej autobiograficznym dziełem dla reżysera. Są tu uchwycone słynne nocne wyścigi po ulicach Modesto, w których młody Lucas tak ochoczo brał udział. Raz tak przesadził, że sam wymagał remontu w szpitalu. Po pół wieku od premiery można zaryzykować stwierdzenie, że stał się filmem kultowym.

Wśród twórców tego klasyka zobaczymy znajome twarze ze środowiska Lucasa jak Gary’ ego Kurtza i Francisa Forda Coppolę odpowiedzialnych za produkcję, Marcię Lucas za montaż, Glorię Katz, Willarda Huycka Jr. za scenariusz, aktora Rona Howarda, który z czasem zwróci się ku reżyserii, mając okazję pracować z Lucasem na planie filmu „Willow”, a po latach także skonfrontuje się z legendą Hana Solo w młodszej wersji. A propos. Zobaczymy tu też Harrisona Forda, który w uniwersum Lucasa odegra niebagatelną rolę. Patrząc na jego wyrazisty występ w „Amerykańskim grafitti”, zdamy sobie sprawę jak niedaleko pada Han Solo od Boba Alphy. Obaj bohaterowie w stylu macho są równie złośliwi, skorzy do ryzyka, by ścigać się w swoich podrasowanych pojazdach. Ford będzie za wszelką cenę chciał się ścigać z żółtym Fordem.

„Amerykańskie grafitti” składa się z czterech, przeplatających się wątków głównych bohaterów: Johna, który lubi się ścigać swoim żółtym Fordem i wciąż nie może dorosnąć. To taki buntownik z pretensjami do każdego, a zwłaszcza do tych, którzy chcą opuścić to miasto i osiągnąć więcej niż on. I tak przechodzimy do drugiego bohatera, Steve’a, będącego kompletnym przeciwieństwem Johna. Ambitny, inteligentny, poważnie myślący o swojej przyszłości i studiach. Zamierza opuścić rodzinne miasto, a tym samym zostawić na jakiś czas swoją dziewczynę Laurie. Ale za to wybiera się z bratem Laurie, trzecim bohaterem tego filmu, Curtem, zdolnym stypendystą. Curt to z kolei typ intelektualisty i marzyciela, któremu brak zdecydowania. Jeszcze krok wstecz i upodobni się do swojego kolegi, Terry’ ego. To czwarty z bohaterów filmu. Ciapowaty koleś, przy którym poczucie wartości zbuntowanego Johna wzrasta o 100 %. Każdy mięczak i frajer jest lepszy od Terry’ ego. Ale Terry się nie przejmuje, próbuje jakoś dogonić swoich kolegów, żeby mieć taki samochód jak oni i żeby chociaż umówić się z jedną dziewczyną. Póki co jeździ na swoim skuterku i z trudem parkuje przy restauracji, zaliczając małą stłuczkę. Ale w tą magiczną noc, gdy warto się upić i ponieść fantazji i Terry znajdzie swoją księżniczkę, którą pocałuje w pięknym białym Chevrolecie i napije się kradzionego alkoholu.

To miała być zabawna, ciepła, głupiutka komedia dla nastolatków. Czas pokazał, że jednak w tym filmie jest jakaś magia, spontaniczność, radość, jest jakiś kod kultury dawnej generacji, dzięki któremu można się przenieść w czasie i uczestniczyć w tych wydarzeniach z bohaterami filmu. To ostatnia noc przyjaciół, którzy już skończyli szkołę i z niepokojem czekają, co przyniesie nowy dzień. A ten nowy dzień to oczywiście dorosłość, poważne decyzje, dylematy, studia, wyjazd z rodzinnego miasta, zmiana perspektywy. Aż dreszcze biorą, co też stanie się jutro, gdy już dorośniemy. Sama akcja filmu rozgrywa się na początku lat 60. Tu w nocy szaleją dzieciaki swoimi lub pożyczonymi samochodami, a gdzieś tam daleko Wojna w Wietnamie nabiera tempa. Za niedługo ci młodzieńcy jak brawurowy John Milner czy ciapowaty Terry trafią na front, jak się dowiadujemy z napisów końcowych. Dla nich to upiorne widmo dorosłości to właśnie wojna, na której stracą życie. Póki co jest ta wyjątkowa ciepła noc. Cieszmy się nią. Nie dajmy jej odejść, jakby powiedzieli do siebie kochankowie

To jeden z tych filmów protoplastów opowiadających o wątpliwościach, jakie się ma, gdy jesteś jeszcze dzieciakiem, a już wchodzisz w za dużych butach w dorosłość. Co potem zobaczymy w filmach Johna Hughesa czy w „Ogniach św. Elma” Schumachera.

W szkole trwa zabawa, jedni podpierają ściany, drudzy walczą ze sobą, by zapanować nad ciałem. Ale rock and roll nie daje nikomu odpocząć. W tle słychać największe przeboje lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, wydobywająca się z szafy grającej. Nadstawmy ucha, by rozpoznać artystów. W otwierającej sekwencji wita nas Bill Hailey ze swoim „Rock around the clock”, dalej The Crests, Buddy Holly, The Diamonds, Chuck Berry, The Beach Boys, The Platters, The Monotones, Fats Domino, Lee Dorsey, Bobby Freeman, The Skyliners, The Cleftones. Sam koszt wykorzystania większości tych przebojów był sporym wyzwaniem dla budżetu produkcji, więc siłą rzeczy jest to nieco okrojony repertuar. Zabrakło choćby Elvisa, który pewnie by rozbił bank.

Ale i tak miło się słucha tych wszystkich utworów, jak półtoragodzinnej audycji radiowej prowadzonej przez słynnego Wolfmana/komentatora, który tu także zaliczył gościnny występ jako mentor dla zagubionego Curta, chcącego zostawić dla tajemniczej blondynki wiadomość w radiu. 

Niektórzy twierdzą, że to jeden z najlepszych filmów samochodowych, gdzie oprócz galerii barwnych postaci, mamy również ciekawą galerię pięknych samochodów z epoki, które idealnie dopełniają osobowości ich właścicieli. Zupełnie jakbyśmy oglądali kreskówkę „Wielki wyścig”. Jakby to była jakaś parada dumnych właścicieli czterech kółek. Większość scen filmowych to właśnie plenery, ulice. Do tego noc i oświetlenia.

Bohaterowie w swoich samochodach są w ciągłych rozjazdach. Jeżdżą tu i tam, bez celu i swobodnie rozmawiają o wszystkim i niczym. Niech się cieszą, że jeszcze mogą pofiglować na tylnym siedzeniu lub robić psikusy policjantom gotowym w każdej chwili wlepić mistrzom kierownicy dyplom uznania w formie mandatu. Pędzą po ulicach, obwieszczając miastu, że ich czas właśnie nadchodzi. Że będą kimś wyjątkowym. Niech się cieszą, bo już za niedługo będą pędzili do pracy, widząc jak na liczniku coraz bardziej ubywa życia.


Oczywiście pierwszy rzuca się w oczy samochód Johna Milnera, który z racji tego, że lubi się ścigać wybrał sobie niezwykłą maszynę, żółtego Forda 5 z 1932 roku z odkrytym silnikiem. Jakby mówił, patrzcie, co mam pod maską! Same muskuły i konie mechaniczne. Jakoś żadna dziewczyna tego nie docenia poza małoletnią Laurie, która uczepiła się Milnera jak rzep psiego ogona.

Tu brawura ustępuje odpowiedzialności. Następny w kolejce jest bardziej stonowany piękny, biały Chevrolet Impala, idealnie podkreślający dojrzałość, rozwagę, klasę. Odpowiedni dla Steve’a Bolandera, ambitnego chłopaka, ulubieńca publiczności, z którym każdy się liczy. Nawet nauczyciel, któremu mu zwraca uwagę na szkolnej potańcówce nie ma szans. Steve jest już zacnym absolwentem. A jak! Dobrze wyglądający, dobrze ubrany, myślący o tym, by zrobić karierę gdzieś poza tym małym miastem. Spokojnie tłumaczy swojej dziewczynie nowe zasady w ich związku, by bardziej otworzyć się na innych, a ona je powtarza jakby recytowała kodeks i zajada się frytkami.

Ale to piękne auto, idealnie współgrające ze Stevem i jego dziewczyną Laurie już dziwnie kontrastuje z ciapowatym Terrym, poruszającym się na co dzień skuterem. Co za obciach. To Terry’ emu przypada zaszczyt opieki nad samochodem Steve’a, gdy ten wyjedzie na studia. Pytanie brzmi, jak szybko samochód Steve’ a zaliczy pierwszą stłuczkę.

W tą dziwną noc to bardzo prawdopodobne, gdy po ulicach pędzi ciemny Chevrolet One Fifty. Wyglądający dość drapieżnie, idealnie dopełnia osobowość ryzykanta macho Boba Alphy, który uparcie szuka okazji do wyścigu z Johnem Milnerem w żółtym Fordzie. Ale to nie koniec niebezpieczeństw. Z ciemnej uliczki wyłania się Mercury Couple z 1951, w którym jedzie Gang Faraona, udowodniając policji, że są nie do złapania. Bo jak tu łapać łobuzów, gdy nagle z radiowozu odpada tylne zawieszenie.

Ale oto brawura ustępuje delikatności, gdy na ulicę wjeżdża biały Ford Thunderbird z 1956 z piękną blondynką za kierownicą, robiącą ogromne wrażenie na Curcie. Ten bohater jako jedyny w całym tym towarzystwie przesiada się z jednego samochodu do drugiego, goszcząc na tylnym siedzeniu, jakby nie mógł się odnaleźć za kierownicą swojego auta i życia. Ale nie ma się co dziwić. Szczerze pisząc, samochód Curta, Citroen 2 CV wydaje się być najbrzydszym z tego całego zbioru. Nie szkoda go zostawić w tej małej mieścinie, a samemu udać się na poszukiwanie własnej drogi i tajemniczej blondynki. Curt przez większość filmu albo jeździ w cudzych samochodach na tylnym siedzeniu albo spaceruje sobie, wspominając stare, dobre czasy. Sentymentalizm i brak zdecydowania jednak wplątują bohatera w tarapaty, bo oto spotyka na swojej drodze wyżej wspomnianych członków Gangu Faraona, którzy zmuszają go do zrobienia psikusa policjantom. Te odpadające tylne koła to właśnie sprawka niepozornego Curta, zdolnego stypendysty, który jakoś nigdy nie zdobył się na coś odważnego i zwariowanego. Faraoni mu w tym pomogli.

Ale preludium do tego filmu stanowi oczywiście wyścig między Alphą a Milnerem, między Chvroletem a Fordem, między(Harrisonem) Fordem a Fordem. Nie bez znaczenia jest fakt, że z Bobem Alphą jedzie dziewczyna Steve’a, Laurie, która tak chciała się odegrać na Stevie za jego propozycję otwartego związku, a tak naprawdę nie chciała, żeby ją tu zostawiał. Gdy samochód Boba stanie w płomieniach, roztrzęsiona Laurie wreszcie powie co czuje i tym samym wskaże Steve’ owi kierunek w kompasie. I właściwie wszyscy po tym wyścigu znajdą swoje miejsce, albo odkryje stare kąty na nowo. Jedni wyjadą, drudzy zostaną, by już na zawsze wspominać tą zwariowaną, samochodową noc.

 




Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH