CAST AWAY. PRZETRWAĆ I ODDYCHAĆ

 

„Przypadki Robinsona Crusoe” to chyba jedna z nielicznych książek, którą świetnie się czyta w czasach szkolnych jak i w dorosłości. Jest przygoda, jest akcja, bohatera ciągle nosi tu i tam, zmieniają się scenografie, raz morze, potem ląd, raz wolność, potem niewola, aż wreszcie statek bohatera tonie, Robinson jako jedyny ocalały z katastrofy uparcie buduje swoją nową cywilizację. Upada, wstaje i tak do końca książki. Nie ma tu przesadnego roztkliwiania się nad sobą i snucia melancholijnej narracji. To nie romantyzm, tylko oświecenie. Odważne wkraczanie cywilizacji na dziki ląd, dzielenie, liczenie, projektowanie, opanowywanie żywiołu natury.

Defoe w swej zwięzłej narracji zdumiewa przede wszystkim swoją precyzją księgowego, który wszystko przelicza, planuje, kreśli nowe tabele, wyciąga wnioski, prognozuje. Widzi problem, kreśli równanie i szuka uparcie rozwiązania. Dzięki temu Robinson ma powód, by wstać rano na tym pustkowiu i dalej próbować coś osiągnąć, mimo, że nie ma tu żywej duszy, która by mu przyklasnęła za jego wysiłki. Niezwykłe, jak człowiek swoją cierpliwością i kreatywnością jest w stanie przetrwać najgorszy sztorm w życiu i znaleźć wreszcie ten upragniony ląd, na którym zbuduje siebie od nowa.

To dumny człowiek epoki Oświecenia. A co ze współczesnym człowiekiem? Czy poradziłby sobie na takiej bezludnej wyspie? Zapomnijmy na chwilę o tak chlubnych wyjątkach jak Bear Grylls czy McGyver.

Na bezludnej wyspie, bez telefonu, internetu, bez aplikacji, reklam, bez wujka Google… mam mówić dalej? Dla jednych to piekło odosobnienia, bez tych wszystkich elektronicznych przeszkadzajek, komunikatorów, a dla innych z kolei niesamowita okazja, aby chociaż przez jakiś pobyć sam na sam ze swoimi myślami, tak dziś skutecznie rozpraszanymi przez chaos informacyjny. „Cast away” to właśnie próba spojrzenia na wygodnickiego człowieka współczesności, próbującego sobie poradzić z nieokrzesaną naturą.

Albo Chuck Noland urodził się w Szwajcarii, albo w kołysce już bawił się zegarkiem, słuchając jego tykania. Ten facet to chodzący zegarek, mierzący starannie każdą sekundę, w której paczki FedEx krążą tu i tam, by wreszcie dotrzeć do celu. Punktualnie i jak najszybciej… a przynajmniej szybciej niż poczta. Noland to oddany pracownik firmy kurierskiej FedEx, doskonale wie, jak bardzo ważna jest każda sekunda. Ktoś czeka na ważną przesyłkę, to mogą być jakieś dokumenty albo prezent. Wszystko ma wartość, kiedy ktoś na to czeka. Legenda głosi, że pewnego razu Chuck nawet ukradł (pożyczył) jakiemuś chłopcu rower, by w porę dostarczyć przesyłkę. Bycie kurierem to misja. Nie można nikogo zawieźć, no może poza bliskimi osobami, które nie czekają na przesyłki, tylko na Chucka.

Jego narzeczona, Kelly tylko wzdycha i odprowadza go tęsknym spojrzeniem na lotnisko. Zawsze to jakieś urozmaicenie w związku niż okropna rutyna. Kelly teraz kończy pracę habilitacyjną i ma już za sobą jedno nieudane małżeństwo. Nie chce się śpieszyć i nie chce ograniczać Chucka.

Okres świąteczny to najbardziej napięte chwile w firmie FedEx. Wszyscy ślą sobie prezenty, a Noland nadzoruje kurierów i wypruwa z siebie żyły, by wszystko dotarło na czas, czyli przed gwiazdą Betlejemską. Dynamiczny, rozgadany Chuck sprawia wrażenie, jakby wszędzie go było pełno, jeździ tu i tam, potem rodzinna wigilia, strzelanie żartami i znów w trasie. Kelly znów macha ręką na pożegnanie, walcząc ze smutkiem na twarzy. Ale chyba nigdy się nie spodziewała, że w końcówce roku, tuż po wigilii pożegna na zawsze Chucka, którego samolot pełen przesyłek FedEx zniknął gdzieś nad Pacyfikiem w czasie wielkiej burzy. Gdy Kelly żegnała go na lotnisku dała mu piękny zegarek kieszonkowy , gdzie w środku było jej zdjęcie. Prezent ten miał wyrażać najważniejsze wartości w życiu Chucka: czas i miłość do Kelly. On natomiast dał jej pierścionek zaręczynowy, przygotowując ją do tej najważniejszej deklaracji. Jednak nie zdążył się oświadczyć. Ona musiała zrozumieć, że teraz jej życie będzie się toczyć bez Chucka, a on wpatrując się w zepsuty zegarek na tle zachodzącego słońca żył każdą sekundą, którą przeżył z Kelly.

Gdy samolot wpadł w turbulencję, piękny, złoty zegarek spadł na podłogę. Chuck od razu rzucił się po niego, jak po najcenniejszą rzecz, jaką miał, mimo że uderzał w niego silny prąd powietrzny. Jeszcze parę minut wcześniej żartował sobie z załogą samolotu. A już po chwili pływał w żółtym pontonie na pustym oceanie. Gdyby wtedy nie rzucił się po ten zegarek, może też by zginął jak piloci uwięzieni w kokpicie. Teraz będzie miał bardzo dużo czasu, żeby rozmyślać o tym. Jakimś cudem dopłynął do bezludnej wyspy i chociaż na chwilę poczuł bezpieczną przystań po tym nocnym sztormie. Straszna noc minęła, przyszedł spokojny, nowy dzień, w którym trzeba będzie się oswoić ze swoją samotnością. Przeżył, stoi na lądzie. Tylko co z tego, skoro dookoła jest otoczony oceanem. Jeden na wyspie i dopływające do niego przesyłki FedEx. Przesyłki zawsze znajdą swego pana. Może kiedyś je dostarczy. Chce w to wierzyć. Chce mieć powód, aby przetrwać. Nadal nie potrafi uwierzyć, że jest w tym miejscu. Że to wszystko się wydarzyło. Burza, Samolot, wybuch, on sam na tym szalejącym morzu. Cholera, to był naprawdę spory fart! Tyle że tutaj jest tylko cisza, palmy, piasek, który chrzęści pod zranionymi stopami. Piasek, który mógłby być w klepsydrze i odmierzać upływający tu wolno czas, klepsydrze podobnej do dwóch kropel, które za chwilę znikną w tym wielkim oceanie. Tu panuje bezczas. Nie ma się dokąd śpieszyć i na kogo krzyczeć. Można tu trwać ze swoją przeszłością, wspomnieniami i nimi wypełniać chwile obecne. Tu na wyspie Modriki (inaczej zwanej także Monuriki), ulokowanej w zespole wysp Fiji wszystko zwalnia, niewiele się dzieje. Ten teatr jednego aktora na bezludnej wyspie to spore wyzwanie dla widza, który przyzwyczaił się do głośnej poetyki Hollywoodu. Jesteśmy tak samo samotni na tej wyspie jak bohater, pozbawieni ciekawej narracji, wspólnie z nim pokonujemy kolejne wyzwanie. Zupełnie jakbyśmy oglądali film Wielka cisza”. I z niepokojem oczekujemy, kiedy wreszcie Chuck Prometeusz rozpali pierwszą iskrę, by poczuć „domowe ciepło”. Jak mu dobrze pójdzie, może zacznie wypalać gliniane garnki, ale i tak kuchnia jest tu dość ograniczona. Mleczko kokosowe, kraby i ryby. Można łatwo schudnąć. I znów widzimy niesamowitą metamorfozę Toma Hanksa, jak w „Filadelfii”. W takim miejscu człowiek, choć swobodny w swym byciu, czuje się jednak jak w więzieniu. Zrobi wszystko, by zabić czas, by codziennie wymyśleć sobie jakieś zadanie i wypełnić je jak najlepiej, jak to widzieliśmy już w Shawshank.

Ale pośród tych wszystkich czynności zawsze rezonuje w bohaterze to pytanie, o to, kim jest teraz w tej dziczy? Anthony Hopkins i Alec Baldwin szukali tak siebie pośród dzikiej Alaski, w filmie „The Edge”, a dziewięć lat po nich Emile Hirsch zgłębiał alaskańską potęgę („Into the wild”), by tak oddać hołd Chrisowi McCandlesowi, który wręcz z radością opuszczał nudną cywilizację.

 

A ty Chuck?

Kim teraz jesteś pośród tej dziczy?

Człowiekiem, który musi zacząć wszystko od nowa.

 


 

Chuck Noland. Zabawne to twoje nazwisko, „No…land”. Czy to oznacza „Bez ziemi”? Chuck na pustkowiu, Chuck nie mający żadnej ojczyzny ani domu. Niegdyś wzięty kurier, będący wszędzie i nigdzie, a teraz znajdujący się na tym odludziu. Pierwszy i ostatni mieszkaniec. Zarost na twarzy ci się zagęszcza i włosy na głowie stają się coraz dłuższe. Szkoda, że nie masz lusterka. Nigdy byś się tak nie zapuścił jako dumny pracownik FedEx-u. Tak jak nie pozwoliłbyś sobie na otwarcie cudzej paczki. A jednak po jakimś czasie, gdy już wiesz, że ta wyspa będzie prawdopodobnie twoim grobem, sprawdzasz zawartość każdej wyłowionej przesyłki. Zawsze to jakaś atrakcja. Przydałby się ten scyzoryk McGyvera, który miałeś przy kluczykach od samochodu. Kluczyki wtedy oddałeś Kelly na lotnisku i obiecałeś jej, że wrócisz za niedługo. Teraz zostały te paczki, o które się już nikt nie upomni.

Zupełnie, jakbyś się cofnął w czasie i otwierał prezenty pod choinkę, relikty innego świata, do którego już nie masz wstępu. To zawsze jest ciekawe, co kto komu przysłał. Papiery rozwodowe, sukienka, łyżwy. I wreszcie ta piłka do siatkówki marki Wilson. Nawet nie przypuszczasz, że po tak długim okresie samotności i ascetycznego stylu życia, znajdziesz sobie przyjaciela w postaci tej piłki. Twoja zakrwawiona dłoń odbita na białej piłce niczym pieczęć twojej jaźni. Twoje alter-ego o czerwonej twarzy, przypominającej radosną twórczość dziecka albo jakieś naskalne malowidło.

Nawet zacząłeś malować na ścianach w jaskini. Dumny przedstawiciel cywilizacji powraca do kultury pierwotnej, by malować twarz swojej ukochanej Kelly i skrzydła, którymi chciałbyś odlecieć z tego miejsca. Ten motyw skrzydeł będzie powracał w „Cast away” kilkakrotnie. Skrzydła pojawiają się na początku filmu, potem widoczne są na tajemniczej paczce, której Chuck nie chce otwierać i nie otworzy jej aż do końca, jakby było tam coś niedostępnego i świętego. To paczka pani Bettiny Peterson (Lari White), rzeźbiarki, artystki, która na swoim ranchu tworzy metalowe rzeźby, między innymi te skrzydła, podobne trochę do tych, jakie miała husaria polska.

Ten charakterystyczny kształt skrzydeł odbije się także w postaci plastikowej części z wraku samolotu, która posłuży głównemu bohaterowi jako żagiel w jego tratwie. Ta plastikowa, poszarpana płyta, zgięta w połowie będzie impulsem dla Chucka, by spróbować się stąd wydostać, mimo, że dookoła jest bezkresny ocean. Jedyne na co może liczyć to przypływ i wiatr.

Oto desperacja, by wreszcie zmienić tą monotonną scenografię raju pod palmami. Odwaga, by spróbować, nawet jeśli się zatonie, albo spojrzy w oczy wielorybowi, który zaciekawiony wyjrzał na chwilę spod wody. Lecz nie połknął bohatera, tak jak Jonasza. Nie tym razem. Spokojny, zarośnięty i wychudzony Chuck leży wycieńczony na tratwie, całkowicie zdany na potęgę natury. Właśnie stracił w tym oceanie swego najbliższego przyjaciela: Wilsona. Teraz jest mu już wszystko jedno. Skoro Wilson odpłynął, on również może zatonąć. Jest gotowy. Niech to się wreszcie skończy. Zupełnie obojętny bohater leży na tej tratwie i czeka, aż zanurzy się z nią w tej otchłani. Nawet nie usłyszy syreny ze statku. Na szczęście ktoś z pokładu go zauważy.

 

Uratowany. Tylko co potem?

 

Jak wrócić do obecnego życia, gdy żyje się przeszłością?

 

Jak wrócić, skoro Kelly już dawno temu pochowała Chucka, wyszła za mąż i ma córkę. Jak spojrzeć w oczy kobiecie, której przed czterema laty obiecało się miłość i to, że szybko się wróci? Gdy deszcz uderza o dachówki i przelewa się w rynnach, jakby za chwilę miał znów powstać nowy ocean, Chuck postanawia odwiedzić Kelly. To spotkanie nie jest łatwe dla tych dwojga. Żeby w ogóle podtrzymać rozmowę, Chuck chwali piękny dom Kelly oraz jej córkę, docenia wszystko od nowa jak nowonarodzony, podczas gdy Kelly na te pochwały odpowiada sceptycznie, że piękny dom za równie piękny kredyt, a śliczna córeczka bywa równie nieznośna. Kiedyś byli sobie bliscy, dziś są prawie dla siebie obcy. Ale wciąż mają ten klucz do wspólnej krainy, gdzie tak wiele przeżyli, w której na swój sposób mogą żyć razem, nie raniąc przy tym innych.

Kelly na pożegnanie oddaje Chuckowi jeepa, w którym przeżyli tyle niezwykłych chwil. Pora ruszyć nim w nowe życie. Noland jednak jako przykładny kurier pragnie dostarczyć ostatnią, nietkniętą paczkę z symbolem tajemniczych skrzydeł na etykiecie. Paczka ta miała być przekazana pani Bettinie Peterson. Co ciekawe imię Bettina ma swoje hebrajskie korzenie i oznacza „Bóg jest moją przysięgą”. Ta paczka była jak talizman, jeden z tych głównych powodów, dla których Chuck powtarzał sobie, że musi przetrwać, oddychać, by kiedyś dostarczyć tą przesyłkę. No i wreszcie stanął przed domem adresatki, jakby domknęła się klamra.

Pani Bettina Petereson na początku filmu nadaje przesyłkę, potem ktoś wysyła do niej paczkę, a ta z kolei trafia do Chucka i towarzyszy mu na bezludnej wyspie jako ten niezwykły talizman. Chuck nie zastawszy adresatki, postanawia zostawić paczkę na schodach. A potem na skrzyżowaniu dróg, bohater spotyka właśnie adresatkę paczki, czyli panią Peterson, piękną rudowłosą, roześmianą kobietę, która podpowiada mu, jak jechać dalej. Zdumiony Chuck zauważa na jej samochodzie wymalowane skrzydła. Więc to ona. To ona jest tą adresatką. Patrzy za odjeżdżającym samochodem i się uśmiecha. Może to jest początek czegoś nowego? Może na tym skrzyżowaniu Chuck wróci do domu Bettiny? Nasza fantazja pracuje teraz na zdwojonych obrotach, by znaleźć szczęśliwe zakończenie. Może u boku tej kobiety bohater znajdzie miłość? Wreszcie zamiast tego oceanu i nudnej wyspy pojawiło się „może” pełne możliwości. Wreszcie chce się oddychać i być ciekawym tego, co przyniesie nowy dzień i nowa paczka-niespodzianka.

I co było w tej paczce ze skrzydłami? Reżyser Robert Zemeckis zażartował, że mógłby się tam znajdować wodoodporny, zasilany energią słoneczną telefon satelitarny. Gdyby wtedy Chuck otworzył tą paczkę, mógłby do kogoś zadzwonić i powiedzieć, że jest w potrzebie. Byłby uratowany. Ale nie otworzył jej i skazał się na długi pobyt na odludziu, ucząc się wszystkiego od nowa. Może właśnie spotkanie z Bettiną nada sens tej absurdalnej przygodzie na bezludnej wyspie. Chcielibyśmy w to wierzyć.

 




Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH