DZIEWIĄTE WROTA. KTOŚ TU W DEPP NĄŁ W NIEZŁE PIEKŁO
„Dziewiąte wrota” to dla samego Johnny’ ego Deppa ciekawy etap w życiu osobistym, bo właśnie wtedy poznał on swoją długoletnią partnerkę, Vanessę Paradis, której nazwisko ewidentnie kojarzy się z ang. „Paradise”, czyli z rajem. Z jednej strony raj, z drugiej piekło i Szatan, które będą głównym motywem tego osobliwego filmu. Sztuka wznosi pod niebiosa, zwłaszcza gdy potem Depp będzie grał w „Czekoladzie” a nawet sam zostanie właścicielem fabryki czekolady jako Willy Wonka, a potem z resztą piratów przeżyje kolejne piekło przygód na morzu. Odłóżmy jednak na półkę powieści awanturnicze i przyjrzyjmy się innej księdze, która oprócz piekła i Szatana będzie tu grała w tym filmie dużą rolę. Jakbyśmy znów gdzieś słyszeli ten motyw, jakbyśmy czytali znajome wersy. Z wielkiego regału wysuwa nam się „Mistrz i Małgorzata”. Mistrzem będzie tu pewien bibliofil, a Małgorzatą dama z piekła rodem. Oboje będą zaczytani w księdze, której nie strawi żaden płomień. To ciekawe, że po „Dziewiątych wrotach” Johnny Depp z roli bibliofila, detektywa zmieni się w pisarza, najpierw w „Marzycielu”, by raczyć nas historią o Piotrusiu Panu, a potem w „Sekretnym oknie”, gdzie wpadnie w obłęd i napisze kryminał ludzką krwią
Te piekielne rękopisy, pamiętające krew, pot i łzy
Cyrografy podpisane nie w tą godzinę, co trzeba
Film Polańskiego jest luźną adaptacją powieści „Klub Dumas”, autorstwa Artura Péreza-Revertego, gdzie główny bohater, Lucas Corso ma za zadanie zbadać trzy egzemplarze tej samej księgi dotyczącej Szatana, ale w badaniach prześladują go postacie z powieści „Trzej muszkieterowie”. Akcenty w filmie się zupełnie inaczej układają niż w książce. Jednak wspólnym i znaczącym tłem zarówno dla filmu jak i dla książki jest tu urok starych ksiąg, na których zostawiamy zarówno swoje odciski palców jak i ślady krwi. Księgi wdychają dym papierosów, nasiąkają wilgocią i atmosferą danego pomieszczenia, słuchają naszych rozmów i trzymają je w sobie przez długie lata, by potem zdradzić je nowym właścicielom.
Od pierwszych minut czuć w tym filmie bibliofilski fetysz. Film, który oprócz przygody i kryminału ma w sobie też posmak poetyki ASMR, gdzie każdy detal jak szelest kartek, piękne ryciny, krój czcionki, dębowe półki zachwycają i odprężają. Zapach skórzanej okładki, której brązowy odcień idealnie współgra z whisky w pięknej szklance. Oto uczta dla zmysłów, dotyk starej księgi i szelest starych kart, które mimo upływu czasu, trzymają się lepiej niż niejedna książka wydana masowo, podobnie jak hamburger – szybko i bez smaku. Ach te cudowne księgi, o których czytaliśmy w „Imieniu róży”, księgi pełne tajemnic, stanowiące labirynt w borgesowskiej bibliotece, księgi nieustannie walczące ze sobą, jak to pokazał Swift.
Tu jedna księga będzie sterowała życiem wielu ludzi. Dean Corso, nowojorski bibliofil, znajdujący białe kruki, już niejedną taką księgę widział, która krążyła między półkami zadufanych bogaczy i zdawało się, jakby ich omotała. Perełka kolekcji, duma właścicieli i zarazem ich przekleństwo. Jednym z takich bogaczy jest tajemniczy Boris Balkan (Frank Langella), właściciel koncernu wydawniczego i wielki znawca literatury poświęconej Szatanowi. W jego biurowcu, na tajnym piętrze znajduje się unikatowa kolekcja starych ksiąg, z których każda w większym lub mniejszym stopniu rzuca trochę światła na księcia ciemności. Piękny księgozbiór znajduje się za szkłem, jakby był na wyciągnięcie ręki. Jednak żeby pokonać szklane drzwi, trzeba nacisnąć wpierw na czytniku słynną kombinację cyfr „666”. Jedną z najcenniejszych ksiąg w zbiorze Balkana jest „Dziewięć wrót do królestwa cieni”, wydaną w Wenecji w roku (nome omen) 1666 przez Aristide Torchia, który za swoje diabelskie sympatie został spalony na stosie. Księga Torchi to w gruncie rzeczy nowa wersja „Delomelaniconu”, księgi napisanej podobno przez samego Lucyfera. Dziwna układanka słów i rycin, która właściwie odczytana, może przywołać Księcia Ciemności. Interaktywna księga, będąca portalem do innej rzeczywistości. Balkan jednak nie ma pewności, czy jego egzemplarz jest autentyczny. Dlatego też zaprasza w swoje ekskluzywne progi specjalistę od białych kruków, Deana Corso. Ma on porównać egzemplarz Balkana z dwoma pozostałymi, znajdującymi się w rękach prywatnych kolekcjonerów: Vargasa (Włochy) i baronowej Kessler (Paryż). Trzeba się bardzo postarać, żeby się do nich dostać i móc obejrzeć te unikaty. Pan Corso zostaje odpowiednio zmotywowany przez Balkana wysokim czekiem na wszelkie wydatki w czasie podróży. A w razie czego badacz ma użyć wszelkich możliwych środków, aby wykraść oryginał, co niestety pachnie naruszeniem prawa. Dziwne jest to, że Balkan powierza swoją cenną księgę (wartą może milion dolarów) badaczowi, nie obawiając o nic, jakby dobrze znał każdy ruch swego najemnika, którego duszę i lojalność kupił za wiele srebrników. Stopniowo powiększająca się cyfra na czeku, przesuwa moralne granice bibliofila, który i tak w swoim środowisku jest znany z nieczystych zagrywek, aby tylko upolować cenne łupy. Mimo wszystko taka podróż do Europy to zawsze jakaś przygoda. Miła odmiana dla człowieka, który większość swego życia spędza w antykwariatach lub prywatnych bibliotekach.
Zwiedzanie swoją drogą, ale Corso coraz bardziej przekonuje się, że nie tylko on podąża śladem tajemniczej księgi, która może na początku napełniła mu hojnie konto bankowe, to i za niedługo przysporzy mu mnóstwa problemów i wrogów. Drążenie diabelskiej zagadki zawartej w trzech księgach, staje się labiryntem, z którego coraz trudniej wyjść, gdy co chwila bohater potyka się o trupy. Co gorsza, Corso może być w końcu skojarzony z którymś z morderstw i trafić do kryminału. Od książki po praktykę. Zatrać się w Szatanie? Kto za tym stoi? Czyżby niemoralny Balkan, który zapłaci każdą cenę, aby zdobyć autentyczną księgę? Kim on jest? Gdy tylko Corso czuje, że ma kłopoty i dzwoni do swego zleceniodawcy, on jest niczym głos nawołujący, by ruszać dalej po trupach i szukać uparcie kolejnych wskazówek. Przerażony Corso informuje, że właśnie ktoś zginął. Niewzruszony Balkan podsumowuje lakonicznie: „Tragiczne” i tyle. Misja wciąż nie jest skończona.
Ten układ między tajemniczym zleceniodawcą a najemnikiem widzieliśmy już w takich kultowych produkcjach jak: „Harry Angel” czy „Indiana Jones i Ostatnia Krucjata”. W tych wszystkich trzech filmach przygoda zaczyna się niemal identycznie, tzn. bogacz zleca poszukiwaczowi trudne zadanie, a sam potem knuje spisek, by wyeliminować najemnika. Louis Cypher prowadzi Harry’ego Angela, aż do gorzkiego finału odebrania mu duszy.
Walter Donovan zleca doktorowi Jonesowi znalezienie Graala, a sam potem okazuje się największym wrogiem Jonesa i sam też pada ofiarą własnej pazerności na życie wieczne. W „Ostatniej krucjacie” oprócz Świętego Graala równie ważnym rekwizytem jest tu dziennik Henry’ ego Jonesa Seniora, księga pełna wskazówek, którą doktor Jones Junior co chwila otwiera i studiuje na nowo, by przejść kolejne pułapki. I z taką sumiennością do zadania podchodzi również Dean Corso. A tak na marginesie Corso również nosi przy sobie podobną torbę (coś jak chlebak, albo większa saszetka lub teczka) jak Indiana Jonesa.
W tych trzech historiach ciekawe jest też to, że ci bogaci, nadęci biznesmeni są bardziej wierzący niż sami sceptyczni poszukiwacze, którzy po prostu przyjmują zlecenie. To Donovan z zachwytem dziecka opowiada o wiecznym życiu i świętym Graalu, a Balkan czy baronowa Kessler z pasją cytują kolejne fragmenty różnych monografii na temat swego ulubionego bohatera: Szatana, podczas gdy Corso, tylko ironicznie się uśmiecha, wierząc w swoją marżę. Dla niego to kolejna transakcja handlowa, dla Balkana to sprawa życia i śmierci. Kto wie, czy Balkan nie maczał palców w śmierci Telfera, który akurat dzień przed (rzekomo) samobójczą śmiercią sprzedał Balkanowi przeklętą księgę. Kochany stary, dobry Balkan gotowy zabić z zimną krwią na oczach świadków każdego kto ma jego szatańską księgę. Zresztą nie tylko on…
Zmysłowa (czarna) wdowa, pani Liana Telfer (Lena Olin) niewiele może powiedzieć o tej księdze. Jednak potem będzie się starała wszelkimi sposobami odzyskać egzemplarz „Dziewiątych wrót”, czasem jakiś wypadek, czasem sex. Wszystko dla przeklętej księgi. Wystarczy, że założy nogę na nogę, odsłoni kawałek uda i żaden jej się nie oprze, nawet Corso, który w tej dziwnej podróży będzie musiał walczyć z różnymi pokusami, aby nie zgubić głównego wątku w swej opowieści.
Dean wyjmuje z mikrofalówki pizzę. Trochę przypalona i to z kartonem. Jedzenie nie ważne, gdy na biurku leży taka uczta dla oczu bibliofila. Corso przeciąga się nad biurkiem i zapala kolejnego papierosa, którego dym spowija stronice diabelskiej księgi. Oczom ukazuje się następna rycina, gdzie twarze alegorycznych postaci wydają się dziwnie znajome, jakby przypominały twarze napotkanych przez Corso ludzi-drogowskazów podczas niebezpiecznej podróży. Choćby ta zielonooka dziewczyna, grana tu przez Emmanuelle Seigner. Jej podobizna będzie widniała na ostatniej rycinie i bez wątpienia spełni dużą rolę w całej opowieści. Sama od początku snuje się za Deanem jako jego strażniczka, opiekunka ale i pewnego rodzaju Femme fatale. Ubrana niedbale w stary płaszcz, bluzę, dżinsy i trampki, trochę jak grunge’ owa łobuziara dziwnie kontrastuje z eleganckim, szaro-czarnym stylem ubierania się głównego bohatera, intelektualisty. Ten układ przypomina trochę duet Michaela Blomkvista i Lisbeth Salander. Ona bez problemu wspina się po ścianach, jeździ brawurowo na motocyklu i jeśli trzeba to umie się bić. A Dean wciąż drapie się po głowie, nie mogąc zrozumieć, kim jest ta nieznajoma, zielonooka blondynka, która go śledzi, towarzyszy mu i w razie kłopotów ratuje z opresji. Czy to jakiś szpieg od zleceniodawcy, potężnego Balkana, czy może ktoś zupełnie inny?
Ta dziewczyna ma coś do przekazania głównemu Deanowi. Zobaczyła w nim upartego badacza, który przeszedł długą drogę od sceptycyzmu do fascynacji Szatanem. Ona wie, że on dotrze, gdzie miał dojść. Najpierw jednak będzie musiał zamknąć pewien rozdział swego życia. Takim bolesnym momentem jest śmierć jego przyjaciela, Berniego Amsteina, antykwariusza, którego Corso znajduje wiszącego do góry nogami. I również takiego wisielca zobaczymy na jednej z rycin. Czyżby narracja księgi pisała się krwawym atramentem na pergaminie życia? Przewróćmy stronę, kolejna rycina, wskazówka, zagadka, puzzel szatańskiej układanki. Starzec z kluczami, dziwnie przypominający Victora Fargasa (Jack Taylor), właściciela jednego z egzemplarzy „Dziewiątych wrót”, który przestrzega Corso przed niebezpiecznymi księgami. Na uwagę zasługują także ci dwaj wąsaci antykwariusze, bracia Cavientia, którzy sprzedali księgę Telferowi, od którego potem Balkan odkupił egzemplarz (akurat dzień przed samobójstwem Telfera). Gdy Corso odwiedza ich antykwariat, wydaje się, jakby zwolnił czas. Jest słoneczne popołudnie, obraz filmu skąpany jest w złocistej sepii, na dworze bawią się dzieci, jakby przeszłość witała wędrowca, który spragniony jest informacji o tajemniczej księdze. Co ciekawe braci bliźniaków gra tu jeden aktor José López Rodero (tak jak to potem zobaczymy choćby w „Social network”, gdzie Arnie Hammer gra bliźniaków Winkelvoss). Sympatyczni bracia Cavientia wskazują Corso kolejne ciekawe tropy na temat „Dziewiątych wrót”, objaśniają sens poszczególnych rycin, zwłaszcza tą, ukazującą wędrowca, zbliżającego się do mostu, podczas gdy zza chmury już przygotowuje się wąsaty łucznik (trochę podobny do braci Cavienti), by ustrzelić ciekawskiego. Gdy Dean opuszcza ich antykwariat, nagle rozpada się rusztowanie, które o mało co go nie zabija. Czyżby badacz przekroczył pewną granicę? Niewiedza jest błogosławieństwem, potem zaczyna się piekło świadomości. Ciekawe, że pod koniec filmu, gdy Corso jeszcze raz do nich wróci po brakującą stronę z ryciną, zobaczymy, że ów antykwariat został zlikwidowany, a jednego z robotników-tragarzy gra tu również José López Rodero. Czyżby bracia Cavientia zmarli, albo byli duchami, które wcześniej ostrzegły Corso przed niebezpieczeństwem diabelskiej księgi? Znak zapytania owija się wokół szyi niczym wąż lub sznur na szubienicę. Wszyscy, których znaliśmy odchodzą, jak sentymenty i nasze ostatnie resztki przyzwoitości. Jeśli chcesz zdobyć nagrodę, musisz odrzucić ten cały balast. Musisz być chciwy jak nigdy dotąd. Im dalej Corso brnie w swoim śledztwie, narażając nieczęsto życie za widzimisię Balkana, tym bardziej staje się chciwy na główną nagrodę: spotkanie z Szatanem.
Roman Polański znów powraca do tematu satanizmu, jakby chciał w ten sposób powtórzyć swój wielki sukces z filmu „Dziecko Rosemary”. Czyżby Faust Filmu znów chciał odzyskać dawną sławę i sławić między scenami Szatana, patrona awangardowej sztuki, która zawsze sprzeciwiała się boskim porządkom? Co za wstrząsający początek filmu! Pan Telfer wiesza się w swojej bibliotece. Po czym kamera przesuwa się po obwolutach pięknych ksiąg. Wszystkie regały równo wypełnione księgami, aż tu nagle puste miejsce. Jakaś księga została wyjęta i wielką pustkę uczyniła we właścicielu. Kamera zagląda do tej szpary między księgami. Otwierają się kolejne wrota, zupełnie jak na początku teledysku „Innunendo” grupy Queen. Wchodzimy w kolejne bramy, a w tle słychać te posępne smyczki. Film bez wątpienia ma ciekawy klimat, w kadrach cieszą oko te stare rezydencje, zamki pełne książek, zakurzone antykwariaty pełne anegdot, kawiarenki i hotele, gdzie jedni kończą swoje historie, inni rozpoczynają po kryjomu nowe. Ale „Dziewiąte wrota” nie są aż tak bardzo oryginalne, jakby się mogło wydawać. Są trochę zrobione na siłę. Film przebiega znanymi już torami dawnych narracji przygodowo-kryminalnych. A sceny bójek i pojedynków wydają się czasem aż nazbyt groteskowe (ta bójka przy moście). Nie rozumiem też, czemu twórcy zdecydowali się już w połowie filmu pokazać, że tajemnicza, zielonooka dziewczyna posiada jakieś niezwykłe moce (ta scena gdy nagle zlatuje z mostu). Mogli z tym zaczekać do końca, żeby był jeszcze większy efekt WOOW. Wielkim plusem są cięte, ironiczne dialogi między Balkanem, Corso, tajemniczą dziewczyną, czy Amsteinem. Wydaje się jakby między wszystkimi bohaterami zachodziły tylko same transakcje biznesowe. Zimno, bez zbędnych czułości.
Nawet gdy Liana Telefer już oddała swe wdzięki Corso, od razu zaczyna szukać księgi.
„ — Gdzie masz księgę?
— Jaką księgę?
— Nie pieprz!
— Właśnie skończyłem” — Podsumowuje zziajany Corso po namiętnym stosunku z panią Telfer, która odda ciało każdemu, kto ma cenną księgę.
Słowa, akcja, a między nimi ta niezwykła muzyka Wojciecha Kilara, zwłaszcza motyw z trąbką gdy Corso „cwaniaczy” i oszukuje klientów w wycenie księgozbioru, albo temat, gdy nagle badacz znajduje znaczące różnice między rycinami w różnych egzemplarzach księgi, potem jakiś niepokój, nerwowe klawisze, kolejny nieznajomy śledzi Corso. No i wreszcie muzyka końcowa, od której przechodzą dreszcze, oparta na wokalizie wykonywanej przez śpiewaczkę operową. Jej głos fascynuje i przeraża, wzbija się na wyżyny ekstazy, co dobrze oddaje fascynację Księciem Ciemności, złośliwym Błaznem, który przyciągnie do siebie i nagrodzi największego sceptyka, a zadrwi z najbardziej oddanego czciciela swego imienia.
Komentarze
Prześlij komentarz