WOLNE CHWILE
Kto by pomyślał, że można zrobić film o poszukiwaniu artystycznej idei w studenckim teatrze. Teatrze awangardowym, moi drodzy! W takim teatrze, gdzie wszystkie chwyty są dozwolone, a widz sam już nie wie, czy padł ofiarą gorzkiego żartu, czy może doświadczył wielkiego, intelektualnego misterium sztuki. Kto by pomyślał, żeby właśnie robić taki film?! Sztuka o sztuce. Jeszcze rozumiem, gdy film dotyczy perypetii filmowców, ich życia poza planem i ich ambicji na planie filmowym. Ale teatr?! Teatr nigdy nie był tak wdzięczny, żeby pokazywać jego kulisy na ekranie. A jednak Andrzej Barański uznał, że zrobi film właśnie o tym.
Jedyną pasją, namiętnością, która wiruje między bohaterami i sprawia, że tak żywo między sobą dyskutują albo się kłócą, nie żałując inwektyw, jedyną namiętnością jest tu sztuką, za którą można się pobić. A wszystko to rozgrywa się w okresie studiów. No bo kiedy, jeśli nie na studiach. To właśnie ten dziwny, wyjątkowy okres poszukiwania siebie na różnych poziomach. Możesz przecież studiować twardą fizykę, inżynierię, a po godzinach rozwijać swoje ambicje artystyczne w zespole rockowym lub teatrze. Młodzieńcy z przedziwnej grupy Pink Floyd nie od razu byli awangardowymi muzykami rockowymi, tylko studentami wydziału architektury, politechniki Regent. Roger Waters nie stał się awangardową ikoną architektury jak Frank Lloyd Webber, za to opanował architekturę dźwięków jako samouk. I w sumie chyba dobrze się stało, bo developerów i architektów przesyt, a dobrej sztuki rockowej nigdy dość.
W filmie Barańskiego właśnie studenci (głównie Politechniki), ścisłe umysły realizują się artystycznie po godzinach, w tytułowych, wolnych chwilach. Kto by pomyślał, że w wolnych chwilach można sobie urządzać awangardowy teatrzyk? Dziś mało komu chciałoby się takie coś robić. Ale w tamtych czasach, twardej komuny, taki teatr był jakąś formą ucieczki, a często protestu wobec otaczającej rzeczywistości. Właśnie awangardowy teatr, pełen różnych, dziwnych, głębokich, a czasem wręcz wywrotowych metafor, a nie kabaret, na którym chociaż można byłoby się trochę pośmiać. Na przykład taki kolega Banasik z wielką pasją tworzy kolejną piosenkę satyryczną.
A niech se tworzy. Krzysztof Kwaśniewski uśmiecha się i siedzi dumny z założonymi rękami. Kwaśniewski to ambitny reżyser (student ostatniego roku politechniki) jest bardzo bezkompromisowy w swojej artystycznej postawie. Ta rola przypadła nie komu innemu, a właśnie Krzysztofowi Majchrzakowi, jednemu z najbardziej intrygujących aktorów, którzy raczej lizusami salonów i „ścianek paparazzi” nie są. Za rolę Kwaśniewskiego aktor otrzymał w 1980 roku nagrodę im. Zbyszka Cybulskiego.
Krzysztof na kolejnej próbie, gdzie zdaje się przemawiać do swoich kolegów jak mesjasz awangardy, proponuje teatr wzajemnego zaufania, a całe przedstawienie wydaje się być wielkim wyzwaniem dla publiczności, która musi uwierzyć, że aktor zamknięty w dźwiękoszczelnej kabinie, recytuje podczas występu dany utwór. Ważne jest zaufanie – podkreśla charyzmatyczny Kwaśniewski. Ale jak tu zaufać?! Przecież aktor może sobie siedzieć w kabinie i nic nie gadać albo gadać cokolwiek. I tak go nie słychać. Więc po co w ogóle ten cyrk?! Gdyby chociaż był jakiś podsłuch, mikrofon! Żeby chociaż można było złożyć donosik albo nagrać coś dla SB. Już się odzywa poetyka PRL-u. Nie! Zaufanie ponad wszystko! Mówi twardo Kwaśniewski i zaciska pięści, a w jego oczach wirują ogniki gniewu i pasji. Chyba lepiej z nim nie dyskutować. Ten olbrzym mówi jak nawiedzony prorok. Co temu facetowi strzeliło do głowy?! Mało tego! Kwaśniewski sprawdza każdy detal w przedstawieniu. Każdy najmniejszy gest, kolor rekwizytu, nieodpowiednia czcionka w głupim plakacie może spowodować rozstrój nerwowy u reżysera. Nawet ta przeklęta kabina dźwiękoszczelna, będąca wizytówką nowego teatru wzajemnego zaufania ma wyglądać dokładnie tak, jak pan Kwaśniewski sobie zażyczył. Aż trudno uwierzyć, że taki olbrzymi, dobrze zbudowany facet, przyszły inżynier zajmuje się takimi abstrakcyjnymi kwestiami. Ale to już nasza wina, że tak często padamy ofiarą stereotypów.
Gdy patrzę na te syzyfowe zmagania bohaterów ze sztuką i administracją itd., zupełnie nie pojmuję, o co tyle hałasu? Jedni szukają wymyślanych rekwizytów, inni uczą się pokrętnych dialogów, Czy nie prościej skupić się studiach, a wolnych chwilach dobrze się wyspać? Dla większości zespołu teatralnego to ostatni rok studiów, nerwowy okres pisania pracy i przygotowywania się do egzaminów. Po co jeszcze im jakieś dziwne przedstawienia, których szary obywatel raczej nie pojmie, tylko wyśmieje i wyjdzie w pół sztuki. „Co ja z tego mam?! Pieniądze, sławę, kobiety?” Pyta pan magister Juliusz, wykładowca i kierownik klubu Elipsa, w którym awangardowy teatr wystawia swoje dziwne przedstawienia. To właśnie z panem Juliuszem, despotyczny Kwaśniewski kłóci się najbardziej o konwencję i administrację. Obu panom zależy jak na najlepszych efektach.
Więc po co to wszystko? Po co te kłótnie, to przeżywanie sztuki? Ano dla tej kontestacji studenckiej. Że co proszę?!
Drapię się po głowie i próbuję sobie przypomnieć, jak wyglądało moje studenckie życie. Kompletna pustka. Żadnych teatrów, zespołów rockowych, które za parę lat mogłyby być legendą.
Nic. Za dużo we mnie było konsumenta a za mało człowieka z inicjatywą i pasją. Jeśli dziś nawet młodzież jest bardziej konsumpcyjna niż czterdzieści parę lat temu, to jednak nie można ludziom młodym odmówić praktycznego podejścia do życia. Dziś nie brakuje pasjonatów, którzy niekoniecznie angażują się w teatry studenckie czy zespoły muzyczne, ale oprócz studiów równie konsekwentnie realizują start-upy, niejednokrotnie będące ich pierwszą poważną pracą, z której na pewną czerpią satysfakcję i spełnienie, że sami dokonali czegoś kreatywnego i pożytecznego. W końcu start-up osiągający spektakularny sukces to po prostu efekt uważnych obserwacji ludzkich potrzeb.
A teatr awangardowy? NO cóż. Ludzie nie zawsze potrzebują awangardowych doświadczeń, zwłaszcza w czasach pandemii. Czyż nie?
Moje wolne chwile były niestety zupełnie inne. Bezproduktywne. Nie mam się czym pochwalić, nie mam czego wspominać. I być może to jest też istotny punt: wspomnienia. Robić coś ciekawego z pasją, by po latach wspominać to z uśmiechem, gdy człowiek wpadnie w rutynę. Barański swoim filmem przypomina właśnie etos studenckiego życia, które nie polegało tylko na zakuwaniu do egzaminów i balangowaniu, tylko na kreatywnym wysiłku na różnych poziomach. Wbrew pozorom kreatywny wysiłek nie jest aż tak męczący, a wręcz uwalnia nową energię do działania w innych, bardziej zwyczajnych sprawach.
Problemy z noclegiem w akademiku, te twarde łóżka i równie niewygodne podłogi. Marny posiłek i trzeźwe poranki, w których jednocześnie kończy się ambitną sztukę teatralną i kolejny rozdział pracy magisterskiej. Wszędzie tak gęsto od poważnych rozmów, mieszających się słodko z dymem papierosowym i ciągle mało miejsca dla czterech osób w jednym pokoiku, pełnym różnych idei. Te wszystkie niedogodności można jakoś przeżyć, gdy gdzieś na marginesie człowiek jest zaangażowany w jakiś kreatywny proces. Kontestacja szeroko pojętej sztuki. Sztuki, która nie musi być na usługach klubów, teatrów czy jakichkolwiek sponsorów, którzy dyktują warunki w kwestii formy czy budżetu.
Gdy najważniejszy rekwizyt, jakim jest słynna budka dźwiękoszczelna, nie mieści się w drzwiach do budynku, gdzie ma być wystawiony pokaz premierowy, zawzięty Kwaśniewski, zmęczony wyraźnie całą tą biurokracją, proponuje najbardziej odważną ideę teatru otwartego na każdego widza, teatru wędrownego, teatru, który będzie bez problemu przemieszczał się od jednego miasta do kolejnego. Wystarczy, że do słynnej budki doczepimy koła. Wyjdziemy z tych salonów na ulice, jak apostołowie, głoszący ideę wzajemnego zaufania. To będzie nasza sztuka, to będzie nasza religia, nawet po studiach, i nawet po tym teatrze, gdy już znajdziemy pracę i ustatkujemy się w NOWYCH WOLNYCH CHWILACH. Bo ufać można sobie wzajemnie nawet bez tych przedziwnych rekwizytów.
Mimo wszystko, fajna to była przygoda z tym teatrem.
Komentarze
Prześlij komentarz