URODZONY 4 LIPCA
Wojna w Wietnamie to jedna z tych najbardziej jątrzących się ran w historii Stanów Zjednoczonych, a zarazem jeden z najciekawszych tematów w amerykańskiej kinematografii. Po prostu dzikie czasy, w których aż było gęsto od różnych ciekawych historii i dylematów . Z jednej strony hippisi głoszący pokój i miłość, a z drugiej idealistycznie nastawieni młodzieńcy, gotowi bronić swej ojczyzny za każdą cenę. Jak dostojnie wyglądają w tych mundurach, a w oczach mają tą pewność, cel. Ogoleni, ostrzyżeni, wyprostowani, patrzą z politowaniem na tych zarośniętych brudasów z gitarami, głoszących mgliste hasła o pokoju i miłości. Są tacy idealni jak z reklamy, jak z obrazka, których propaganda nie żałuje. Chcesz tak wyglądać, choć do nas i walcz z nami. Może wrócisz w całości, może nawet wrócisz jako bohater, z ciężkimi medalami na piersi, choć trudno powiedzieć czy potem ci nie odwali. Ale kto wie, może twoja historia stała się właśnie inspiracją do takich dzieł jak mroczny „Czas apokalipsy”, „Łowca jeleni”, „Forrest Gump” czy „Szalony Megs”. „Urodzony 4 lipca” to kolejna propozycja Olivera Stone’a po „Plutonie”, opowiadająca o młodym człowieku, Ronie Kovicu, który urodzony w magicznym dniu 4 lipca już niejako został przeznaczony, by złożyć swoją ofiarę na ołtarzu ojczyzny. Wychowany w patriotycznym duchu, podobnie jak Chris Taylor, zgłasza się na ochotnika, by walczyć za swój kraj. Wysportowany, zdeterminowany bez problemu zmienia strój zwykłego chłopaka na mundur.
W „Plutonie” Taylor pisze listy do rodziny, w których dzieli się swoimi przemyśleniami na temat wojny. Dom jest gdzieś daleko i możemy sobie tylko wyobrażać, jak wyglądało życie rodzinne Chrisa, którego obecnym domem jest namiot w wietnamskiej dżungli, na którą co chwila spada deszcz pocisków. „Pluton” to nie tylko obraz wojny w Wietnamie, ale też obraz wojny, jaka rozgrywa się w duszy głównego bohatera, rozdartego między dwoma dowódcami i ich postawami. Na jednym biegunie stoi sadystyczny sierżant Barns (Tom Berenger), a na drugim uduchowiony sierżant Elias (William Dafoe). W pewnym sensie te postacie powrócą do filmu „Urodzony 4 lipca”, gdzie również zobaczymy Bernegera jako dumnego kapitana, służbistę w dobrze skrojonym mundurze, który opowiada na spotkaniach w szkołach, jak to „fajnie być żołnierzem amerykańskiej armii”. Inaczej jest z drugim bohaterem, domyślnie Eliasem, którego teraz widzimy jako sparaliżowanego, pijanego i zarośniętego. Dafoe to obraz powojenny, obraz wyklętego, wyplutego weterana, którym armia amerykańska raczej niechętnie się chwali, pozyskująca nowych ochotników do swych szeregów.
Stone podobnie jak Michael Cimino w „Łowcy jeleni” znacznie więcej uwagi poświęca zwykłemu życiu w Ameryce i zmaganiom bohatera po wojnie. Natomiast sama wojna to zaledwie kilkanaście minut. Szybko i intensywnie. Strzały, krzyki, punkt kulminacyjny, w którym bohater zostaje postrzelony. Potem linia pochyła i szukanie nowego celu na wózku inwalidzkim, gdzie naprawdę można się rozkoszować talentem aktorskim Toma Cruise’ a, grającym bohatera, który nie może znieść swojej porażki.
Już od pierwszych scen, ukazujących głównego bohatera jeszcze jako dzieciaka, zapatrzonego w wojskową defiladę, czujemy się trochę tak, jakbyśmy oglądali idealistyczne scenki z życia Amerykanów. Te retrospektywne sceny podbite jeszcze sielankową muzyką i osnute filtrem mgły są tak słodkie jak życie Trumana Burbanka w pierwszych sekwencjach „Truman Show”. Ukazują korzenie głównego bohatera, jego pasję do sportu i pragnienie zwycięstwa. Ale gdzieś czuć w tych obrazach jakiś fałsz, jakbyśmy oglądali naiwną reklamę niż prawdziwe życie. Bohater dopiero po powrocie do domu, już na wózku zrozumie, że to, co mu wpajano do głowy, w co wierzył, okazało się wielkim kłamstwem. Przestanie się dogadywać z rodziną, popadnie w alkoholizm. Aż wreszcie znajdzie w sobie cel, jako kaleki weteran stanie się jednym z najbardziej wyrazistych aktywistów antywojennych.
Komentarze
Prześlij komentarz