EVER..EST
Ever, have you ever…
Czy kiedykolwiek robiłeś coś próbowałeś, doświadczyłeś? Nie, to nie podstawy gramatyki angielskiej. Choć poniekąd będzie tu o pragnieniu wyłamania się z gramatycznych prawideł życia. Everest to właśnie takie ekstremalne doświadczenie przekroczenia swoich granic. Tak naprawdę nazwa tego szczytu o wysokości 8848,86 m n. p. m. odnosi się do nazwiska geodety i kartografa George’ a Everesta. Z kolei w Tybecie wszyscy nazywają go Czomolungma, co przekłada się na „Boginię Matkę Śniegu” albo „Czoło nieba” (w języku nepalskim).
I pomyśleć, że wciąż znajdują się na świecie tacy śmiałkowie, gotowi zapłacić sporo pieniędzy, by wejść na ten szczyt i coś sobie udowodnić albo zderzyć się z „czołem nieba”. Wejście na Everest to jak ustawienie swego życia na szali, dojście do krawędzi. Ile jesteśmy siebie warci? Czy pogrąży nas zimna biel, czy może wrócimy bogatsi o to ekstremalne doświadczenie? Śmierć na Evereście to jak śmierć bohatera — piękna i romantyczna. Przeżyłem Everest, więc mogę przeżyć wszystko. Zabiłem w sobie tchórza. Mogę teraz pisać swoje życie odważniej na kolejnych białych, zimnych kartach, jakie przynosi nieznane.
„Góry nie są stadionami, gdzie realizuję swoje osiągnięcia, lecz są bardziej katedrami, w których wyznaję swoją religię” – Anatoli Boukreev.
Ta biała góra, niczym biała karta, na której odważnie kreślą swoją przygodę nowi śmiałkowie. Dlaczego to robią? Stara się odpowiedzieć na to pytanie Jon Krakauer, autor książki „Wszystko za Everest” oraz „Wszystko za życie”, gdzie analizuje ten ryzykancki styl życia. I nie pisze tego bynajmniej na podstawie cudzych doświadczeń. Sam Krakauer swego czasu był także zapalonym himalaistą i uczestnikiem tragicznej wyprawy w 1996 roku, ale jak sam przyznał w książce, w końcu obiecał żonie, że nie będzie się wspinał tak obsesyjnie, jak choćby Reinhold Messner (i to bez tlenu).
Everest to góra zimna i sprawiedliwa, bo wcale nie rozpieszcza doświadczonych wspinaczy jak i amatorów górskich przygód. Wobec niej wszyscy są równi. Ona ma ostatnie słowo, kto ją dziś zdobędzie. Brzmi jak slogan, ale wciąż uparci wspinacze muszą się przekonać na własnej skórze, że tak jest.
Gdy piszę te słowa, za oknem cieszy mnie słoneczna, majowa pogoda. Podczas gdy w okolicach Nepalu i Tybetu kolejni śmiałkowie ostrożnie badają pogodę. Gdy nadchodzi wiosna, lepiej zdążyć przed monsunem wiejącym znad Zatoki Bengalskiej albo przełożyć wyprawę na jesień, gdy monsun już się uspokoi.
Jest maj 1996 roku. Czterdzieści trzy lata wcześniej himalaiści: Hillary i Norgay świętowali zdobycie wielkiej góry. Czasy się zmieniły. Everest w jakiś sposób się skomercjalizował, co jednak nie oznacza, że jest rozrywką rodem z wesołego miasteczka. Nadal czujesz ten dreszcz, że możesz nie wrócić z tej wyprawy.
Te usypane kamienie, będące czymś w rodzaju nagrobków, fragmenty ubrań czy nawet ciał leżących na zboczu. Mroczne drogowskazy, podpowiadające, by jeszcze zawrócić. Widmo, które zwiastuje, że my też tak możemy skończyć. Rob Hall jednak podchodzi do tego zawodowo. Niejedną górę pokonał w swoim życiu. Razem z Garym Ballem otworzyli agencję „Adventure Consultants”, która zajmowała się organizowaniem wypraw na wysokie szczyty. To słowo „konsultanci” idealnie podkreśla naturę samego Halla, który bardzo ostrożnie podchodził do każdego górskiego wyzwania i klienta wręcz „prowadził za rączkę” aż na sam szczyt. W ciągu czterech lat od otwarcia swojej agencji przeprowadzili ponad dziewiętnastu, żądnych przygody himalaistów-amatorów na szczyt Everestu. Z Hallem i Ballem nie zginiesz. Choćby nie wiem co! Ale co do Everestu nigdy nie możesz mieć pewności. Może do gór trzeba mieć bardziej spontaniczny, a wręcz szaleńczy stosunek, tak jak to w nazwie swojej agencji turystycznej zaakcentował Scott Fisher „Mountain Madness”, wspinający się równie dobrze bez tlenu. Roześmiany, długowłosy blondyn, który z powodzeniem mógłby występować w filmach przygodowych. To taki gość, co zdobędzie szczyt i jeszcze uratuje innego alpinistę, tak jak to było w 1992 roku, gdy Fisher zdobywając K2, uratował przy okazji życie Gary’ emu Ballowi. Z kolei Ball i Hall też nie wahali się pomóc naszemu rodakowi, Andrzejowi Marciniakowi. Podczas zejścia z Everestu w 1989 roku zerwała się lawina. Marciniak jako jedyny przeżył to starcie, ale miał połamane żebra i cierpiał na kurzą ślepotę. Z pomocą Halla, Balla i Hajzera dotarł bezpiecznie do obozu. Uratowany w 1992 roku Ball, jak na ironię, zginął rok później podczas wspinaczki na Dhaulagiri wraz z Hallem. To sam Hall odprawił mu pogrzeb pośród białych, zimnych szczytów. Himalaiści pośród tej bezwzględnej bieli nie widzą granic między narodowościami i nie wahają się pomóc, gdy czyjeś życie wisi na włosku. Tu każdy jest podpięty do niewidzialnej liny i każdy czuje się odpowiedzialny za drugiego. Każdy przemierza z pasją i wysiłkiem tą trasę, mając świadomość, że tak, jak wysoki jest Everest, tak i głębokie są szczeliny, w które można wpaść, by już na zawsze zjednać się z tą wielką górą
Od śmierci Balla minęły trzy lata. Mogłoby się wydawać, że tak traumatyczne doświadczenie śmierci przyjaciela w górach, sprawi, że Hall odpuści sobie wspinaczkę. Tym bardziej, że jego żona, Jan Arnold, również alpinistka, spodziewała się dziecka. Hall jednak nadal kontynuował prowadzenie górskich wędrówek dla bogatych poszukiwaczy przygód. Tym razem z jego usług niezawodnego przewodnika postanowili skorzystać: Frank Fischbeck, Doug Hansen, Stuart Hutchinson, Lou Kasischke, John Taske, Beck Weathers i Yasuko Namba. W zespole Halla, w roli przewodników byli jeszcze Andy Harris, Mike Groom i młody Sherpa, Ang Dorje. Średnia wieku oscylowała między 28 a 56 lat. W zespole pojawili się: Amerykanie, Kanadyjczyk, Chińczyk i Japonka. Zaczęli swoją przygodę życia pod koniec marca i przez cały kwiecień cierpliwie przyzwyczajali się na spotkanie z Wielką Górą.
Beck Weathers, z wykształcenia lekarz patolog, przyglądając się śladom po odmrożeniu, pewnie już nigdy nie zapomni tej wyprawy. Wciąż spragniony nowych wyzwań, wręcz uciekał z domu, by poczuć ten dreszcz emocji na kolejnej ekspedycji. Zdobył już trochę szczytów i wcale nie był gorszy od profesjonalnych wspinaczy i przewodników. Chwytał przygodę. A teraz zamiast dłoni, ma bezkształtne kończyny. Odmrożenia zrobiły swoje. Weathers podczas akcji ratunkowej został uznany za zmarłego. Tak naprawdę wtedy spał przykryty śnieżno-lodową kołdrą. Ale w porę się przebudził, by pokonać drogę do obozu i tam otrzymać pomoc i zostać w końcu przetransportowanym śmigłowcem. Zmartwychwstał, by dzielić się swoimi przeżyciami z innymi, spragnionymi przygody na górskich szczytach.
Zdobycie Kilimanjaro, Aconcagua, Denali, czy Mount Elbrus — takimi doświadczeniami mogła się pochwalić Japonka, Yasuko Namba, pracująca na co dzień w oddziale Federal Express w Tokyo. Również Chuck Noland, bohater filmu „Cast away” pracował w FedEx. Tyle, że on wrócił, wręcz zmartwychwstał, by uczyć się życia od nowa. Yasuko została tam, dopóki inny doświadczony alpinista, uczestniczący w tej ekspedycji z drużyna Scotta Fishera, Anatoli Boukreev, czując się winnym wrócił, aby odnaleźć ciało japońskiej alpinistki. Udało mu się to w kwietniu 1997 roku. Zabezpieczył ciało kamieniami przed ptakami, a potem rodzina sprowadziła Nambę do Japonii. Tak też można wrócić do domu. Jak na ironię, w grudniu 1997 roku Boukreev zginął w lawinie podczas wejścia na Annapurnę. Wrócił kolejny syn do swej matki Góry.
Jon Krakauer, dziennikarz z magazynu „Outside” zapewne inaczej wyobrażał sobie tą wyprawę. Miał po prostu opisać dobrą przygodę i zrobić tym samym reklamę firmie Halla. Wyszła z tego książka i świadectwo człowieka, który przeżył górską tragedię i zarazem antyreklama dla wspinaczki ekstremalnej, która zresztą zawsze miała etykietę sportu dla wariatów, mających za dużo pieniędzy (ponad 65 tysięcy dolarów miała kosztować sama ekspedycja na dach świata) albo za dużo wolnego czasu i energii.
10 maja, po północy grupa Adventure Consultants rozpoczęła wyprawę z Przełęczy Południowej, gdzie znajdował się obóz IV (to przedostatni etap wyprawy na wielką górę). Tam również dołączyła do nich ekipa „Mountain Madness” ze Scottem Fisherem na czele. Na Evereście spory ruch. Każda drużyna walczy, by zdobyć szczyt w wyznaczonym terminie. Aż za bardzo wszystkim pasuje tu 10 maja. Trzeba połączyć siły. Idźmy razem i wspierajmy się doświadczeniem. Jak zdobywać Everest to w doborowym gronie, gdzie jeden himalaista próbuje być lepszy od drugiego. Rywalizacja między doświadczonymi swoją drogą, ale bezpieczeństwo przede wszystkim, gdy w tak trudnym terenie jest grupa trzydziestu trzech osób. A niestety dość szybko himalaiści się przekonali, że ta wyprawa nie będzie przebiegała tak gładko, jak przystało na ich standardy. W okolicach Uskoku Hillary’ego grupa zorientowała się, że nie zainstalowano poręczówki. Przewodnicy musieli najpierw zamontować liny, a to opóźniło całą trasę o ponad godzinę. Strata czasu zwiększyła pośpiech u podróżników, przez co na trasie zrobił się spory korek. Większa część osób nie zdążyła wejść na szczyt przed godziną czternastą, o której zazwyczaj przezorni himalaiści powinni być już w trasie powrotnej do obozu IV, aby zdążyć przed nocą. Wszystko się przedłużało, ci którzy już wracali ze szczytu Everestu, czekali na pozostałych.
Doug Hansen tracił przytomność z powodu braku tlenu. Miał wracać wcześniej do obozu, ale koniecznie chciał dotrzeć na szczyt (to było jego kolejne podejście). Miał też problemy ze wzrokiem. Jedno niedopatrzenie, zła decyzja, przewracające się kostki domino i lawina. Około siedemnastej nadciągnęła nawałnica, która zupełnie ograniczyła widoczność. Coraz mniejsze szanse na bezpieczne dotarcie do obozu. Hall został na posterunku, aby eskortować Hansena, w międzyczasie Andy Harris ruszył, by im pomóc, ale w końcu stracili ze sobą kontakt. 11 maja Hall relacjonował, że znajduje się na Południowym szczycie, ale ma problemy z tlenem. Regulator tlenu był zapchany przez lód. Maskę jakoś udało się naprawić, lecz u Halla nastąpiły już silne odmrożenia. Zdążył jeszcze zadzwonić do żony, którą prosił, aby się nie martwiła za bardzo. Tak ostatecznie pożegnał się z życiem, jako kolejny syn wielkiej Góry. Wybitny himalaista, któremu pisane było zginąć w tym miejscu, które tak bardzo kochał. Słodko- gorzki jest ten żywot himalaistów, którzy prędzej czy później zakończą żywot właśnie pośród gór, niejednokrotnie w całkiem doborowym towarzystwie. Scott, Rob, wcześniej Gary, później Anatoli. Czasem pośród śnieżycy widać ich sylwetki, znów gdzieś idą i znikają w blasku słońca. Inni w porę wytrzeźwieją z dziwnej pasji i pozostanie im tylko wspominać niezwykłe przygody. A potem próbować każdego, nowego dnia, na białej, szorstkiej karcie uczepić się jakiegoś szczegółu, momentu i pisać dalej odważnie swoją historię.
Było tylko kwestią czasu, gdy ta tragiczna historia przeniesie się na ekran. Co za paradoks, że tragedie zawsze mają większą siłę przebicia w kinie niż zwykłe filmy obyczajowe. Aż tak bardzo lubimy patrzeć, ja ktoś zmierza na zatracenie? Już rok po tej wyprawie, zrealizowano film telewizyjny: „Into thin air: Death on Everest”, wyreżyserowany przez Roberta Markowitza, gdzie główne role przypadły Christopherowi McDonadlowi, Peterowi Hortonowi i Nathanielowi Parkerowi. Osiemnaście lat później Baltasar Kormákur postanowił wrócić do tej tragedii w górach. Gdzie tym razem (zupełnie niepodobny, ciemnowłosy i do tego brodaty) Jake Gyllenhal wcielił się w rolę Scotta Fishera, a Jason Patrick w Roba Halla, z kolei Keira Knightley zagrała żonę Halla, Jan Arnold, która musi pożegnać się z mężem przez telefon. Pożegnać na zawsze tego niezawodnego alpinistę, w którym się zakochała. Obok Jan Arnold jest jeszcze inna, cierpliwa kobieta, Peach Weathers, żona Becka. Wciela się w nią tu przyszła pani prezydentowa z „House of cards”, Robin Wright, która wcześniej grała również byłą żonę Billy’ ego Beane’ a w „Moneyball”. W „Evereście” Peach Weathers jest tą kobietą, która zawsze musiała konkurować z przygodami męża. Na końcu jednak przyjmuje tego zranionego poszukiwacza przygód w swoje ramiona i wybacza mu wszystko. Przed nimi największa przygoda ich miłości.
Takie filmy, rekonstruujące ten górski dramat to z jednej strony pomniki, upamiętniające tych wielkich himalaistów, a z drugiej pokusa, by w tej tragedii trochę pobawić się dramatyzmem, podkręcić emocje, nadać jakiemuś bohaterowi inne cechy. To dość delikatny materiał, bo przecież oparty na prawdziwej tragedii, więc zawsze znajdzie się jakiś świadek, który widział to inaczej lub z kolei rodzina zmarłego himalaisty może być urażona, że ich brat został akurat w tej scenie źle pokazany. Twórcy wtedy balansują tak, aby nikomu nie podpaść, nie wpaść w szczelinę i ugrzęznąć w niewygodnej scenie. I w końcu powstają filmy nijakie.
Ale jednak Everest z 2015 robi wrażenie, zachwyca ciekawymi plenerami naturalnymi jak i wyczarowanymi z komputera, trzyma akcję. Każdy z bohaterów ma w sobie to coś, jakieś zalety i wady, wnosi jakąś swoją esencję do tej dramatycznej historii: przemądrzały, pewny siebie Weathers, wrażliwy, idealistyczny Hansen, starający się inspirować innych do wielkich czynów, czujny, opiekuńczy Hall, empatyczna Helen, powstrzymująca łzy, gdy łączy Jan Arnold z Hallem przez telefon satelitarny, nie chcąc przekraczać tej intymności między małżonkami, którzy rozmawiają ze sobą po raz ostatni.
Potem brawurowy, wyluzowany Fischer, ciekawski, baczny obserwator Krakauer, ambitna Namba starająca się pobić życiowy rekord, niezawodny Broukreev. Żaden z aktorów nie przytłacza swoim ego. Wszyscy oszczędnie dozują emocjami, mając na uwadze swoje pierwowzory i ciężar prawdziwej tragedii, którą tu odtwarzają między green screenami.
To właśnie tam na górze, gdy już zaczyna brakować ci tlenu, zaczynasz objawiać swoje prawdziwe „ja”, walczysz ze sobą. Stoisz na granicy obłędu. I czasem przeraża cię, jak mogą cię zapamiętać towarzysze ekspedycji: jako tchórza i szaleńca, który pod wpływem zimna i braku tlenu zupełnie postradał zmysły czy jako bohatera, który nie waha się zawrócić po kolegę. Chwila nieuwagi i za chwilę zasypie cię biała, zimna warstwa.
Biała kartka, na której nie potrafisz już nic wyrazić. To koniec.
Czy początek?
Kolejne szlaczki odważnych himalaistów, przesuwające się do góry.
Komentarze
Prześlij komentarz