MIASTO PRYWATNE. KIEDY STWORZYMY SOBIE WŁASNY K-RAJ
„Kroll”, „Psy” „Zabij mnie glino” — klasyka wymieniana jednych tchem, a gdzieś głębiej za tymi głośnymi tytułami właśnie „Miasto prywatne” Jacka Skalskiego. Film mniej popularny, chociaż z równie wielkimi nazwiskami w obsadzie z Bogusławem Lindą na czele. No bo jak. Sensacyjny film bez Lindy w latach 90-tych to oksymoron. Chociaż sam wizerunek aktora tym filmie trochę odbiega od tego, do którego już zdążyliśmy przywyknąć. Długie włosy, raz rozpuszczone potem spięte w warkocz, fioletowy dres, jeszcze kolczyk i bródka, które potem wykorzysta w filmie „Sara”. Linda w tym filmie to taki lokalny, żeby nie powiedzieć „wsiowy” bandziorek z uroczym uśmiechem. Tak, bo cały film to opowieść o takiej lokalnej gangsterce w jednym z wielu małych miast. Tu Pałacu Kultury nie uświadczysz w panoramie tego miasta, co najwyżej wieżę kościoła i odpust. I nie bez powodu wspominamy tu o wieży kościelnej, bo lokalna mafia dobrze wie, że z kościołem też warto trzymać, zresztą sam proboszcz jest dobrym kumplem ze szkolnych lat naszych gangsterów.
A kim oni są i jak doszli do tej władzy w małym miasteczku, jak zacisnęli łapy na tym wszystkim? Normalnie. Praktyka czyni mistrza. Im wcześniej zaczniesz, tym szybciej do czegoś dojdziesz. Ali, Pawik, Kaczor, Barnaba i Dziurga, znający się od najmłodszych lat, słynęli na podwórku ze swoich łobuzerskich wyczynów. Ale gdzieś w końcu ta granica została przekroczona. Radosne łobuzy, bawiące się pistoletami na kapiszony, w końcu zaczynają się dopuszczać coraz bardziej poważnych wykroczeń. Zrozumieli, że im będą silniejsi, bezwzględni, tym będą mieli większą władzę w tym mieście, gdzie stróżów prawa szukać ze świeczką. Bez obaw, nasi gangsterzy zdmuchną ją w jednej chwil i znów nastaną ciemności. Wcześniej jednak warto złapać za rękę jakiegoś znajomego polityka, który wyprowadzi ich z tego bandyckiego bagienka na szersze wody. Rączką, rączkę myje. Tu przykryje jakieś ich wybryki, tu umożliwi poważne transakcje.
I tak zaczynają się układy kolesi: polityków i bandytów, a zarazem stare układy między kolegami z podwórka zaczynają się coraz bardziej sypać. Wszystko dlatego, że dwaj liderzy gangu reprezentują dwa różne światopoglądy. Ali (Maciej Kozłowski) myśli perspektywicznie, jest bardziej biznesmenem niż gangsterem, choć na początku to on nie wahał się oślepić chłopca, który był świadkiem napadu na jego babcię. Z kolei Pawik (Bogusław Linda) działa bardziej spontanicznie, idzie na żywioł, macha giwerą tu i tam, „na koniku patataj”, myśląc, że jest szeryfem w swoi miasteczku. Gdy nerwy mu puszczą, działa autodestrukcyjnie, podobnie jak Malik w „Zabij mnie glino”. Za Pawikiem idą ślepo koledzy: Kaczor (Mirosław Zbrojewicz), czyli Grucha, potem Dziurga (Mirosław Baka), bawiący się nieustannie kulkami na sznurku i wreszcie Arnold Boczek Barnaba (Dariusz Gnatowski). Wszyscy oni w czwórkę wciąż zachowują się jak typowe rzezimieszki, takie chłopaki z ulicy demolujące wszystko dookoła, tłukący szyby w sklepie monopolowym, bo akurat dziś im zły humor dopisuje. Takie zachowanie niestety nie przysparza im przyjaciół. Zemsta wisi w powietrzu i ktoś straci życie. Ali z kolei stara się trzymać emocje na wodzy i szukać możliwości, nowych interesów. Po co mu tacy koledzy, którzy nie potrafią się zachowywać poważnie? Trzeba w końcu zerwać ze starymi znajomościami. Do tego rozłamu przekonuje Alego znajomy polityk z wyższych układów (dubingowany Krzysztof Kiersznowski) o wyglądzie wzorowego męża stanu. Elokwentnie tłumaczy pani redaktor w telewizji trudne mechanizmy polityki, która jak kameleon zmienia co chwila barwy od patriotycznych tonów po mafijne czernie, a pod stołem przyjmuje kolejne łapówki. Kiersznowski potem wcieli się w takiego śliskiego polityka jeszcze w „Matkach żonach i kochankach” no i rzecz jasna zostanie prawą ręką Siary.
„Miasto prywatne” to opowieść o marzycielach, którzy chcieli być ponad wszystkim, chcieli być bogaci i wpływowi. Hedoniści do potęgi, którzy zaczynają grać gangsterskiego rock and rolla, gdzie nie brakuje pijackich libacji z prostytutkami, awantur, bójek – będzie, co wspominać, jeśli dożyją starości za kratkami. W tle pierwsza połowa lat dziewięćdziesiątych. Wielki gospodarczy bałagan, odrodzenie prywaciarzy i kapitalistów, ambitni biznesmeni, którzy dopiero co skończyli liceum, już gotowi na import lub eksport różnych towarów. Tak mniej więcej zaczynali bohaterowie słynnego „Długu”, którzy wplątali się w interesy z nieodpowiednim człowiekiem.
Parę lat wcześniej (1990-1992) niejaki Zyga w filmie „Yuma” zaczął jeździć systematycznie do Niemiec, by sprowadzać różne towary do odradzającej się ojczyzny. Już po paru takich „dostawach”, zyskał on sobie w swoim miasteczku miano Robin Hooda, który przenosi (kradnie) skarby z ziemi niemieckiej do polskiej. Oto nasz dobroczyńca, który odpali sąsiadom lodówkę z Boscha albo sprzęt do szpitala no i trochę kosmetyków (to było jeszcze przed Rossmanem). Nie trudno się domyśleć, że taki ktoś szybko zyskał poparcie współziomków ze swojego nędznego podwórka, na którym próbował sadzić zachodni styl życia. Stał się w mieście kimś równie ważnym co burmistrz, który również chętnie korzystał z jego dobrodziejstw, a w zamian uciszał policję, by dali spokój ambitnemu złodziejaszkowi. W końcu ktoś się wziął za reparacje powojenne. Takie talenty trzeba wspierać. No i Zyga stał się KIMŚ w swoim miasteczku. Tyle, że potem inni zaczęli również najeżdżać Berlin i przywozić różne rzeczy. To nic trudnego, więc po co nam jakiś Zyga i jego lokalna mafia? A potem było coraz więcej monitoringu I w końcu monopol naszego Robin Hooda się skończył.
Zarówno Zyga, Ali, Pawik chcieli założyć taki własny k-raj, w którym by rządzili wedle własnego uznania. Bo gdzie indziej rządzić, jeśli nie we własnej, małej ojczyźnie, którą się zna od dziecka? Każdy kąt, plac, bruk. Tu rodziły się wielkie przyjaźnie i wielkie miłości. Tu Arek i Pawik pokochali jedną dziewczynę, Gochę, która w końcu została żoną Pawika i obdarowała go synem, lecz po tych wszystkich kryminalnych wyskokach, jest gotowa zostawić męża, by chociaż na chwilę skryć się w ramionach bardziej odpowiedzialnego Alego. Ale dziewczyno, czego ty szukasz? Oni wszyscy są tacy sami. Przytulają się i szepczą czułe słówka, a z tyłu trzymają naładowany rewolwer, gotowi w każdej chwili na skok. Tu nigdy nie będzie jak w raju. Ani się nie obejrzeli chłopcy, gdy zerwali za dużo zakazanych owoców. Stare przyjaźnie zostaną wystawione na próbę. Przeleje się krew, a miasto prywatne dla Pawika i Alego stanie się za małe. Tak jak kiedyś, gdy byli nastolatkami, tak znów staną na moście między dwoma brzegami swoich ambicji. Kto zwycięży, a kto spadnie? Czy jeszcze nazwą siebie przyjaciółmi?
Komentarze
Prześlij komentarz