WYRZUĆ MAMĘ Z POCIĄGU. STARSZA PANI MUSI ZNIKNĄĆ

 


Gdy patrzę na pierwsze sceny tego filmu, od razu przypominają mi się męczarnie nad pracą magisterską. Tak wiem, to nie powieść, ale jednak jakiś twórczy wysiłek. Założenie, argument, wniosek. Najpierw odpowiednia lokalizacja: przy biurku, na łóżku, na podłodze. Może mała lekcja feng-shui, by poczuć harmonię. Może odkurzanie, porządek. Trzeba odreagować napięcie. Może poprzestawiać książki, może zrzucić z biurka te wszystkie szpargały? Może trochę kawy lub herbaty, jeszcze wody, soczku, imbiru – wszystko żeby zapanować nad własną alchemią nastrojów i sił twórczych. A może coś mocniejszego? Pisarze są usprawiedliwieni. Wszystko dla sztuki, dla jednego ważnego, zdania, które jak zaklęcie odkręci potok scen, które złożą się na tak interesującą historię, że ta od razu wciągnie czytelnika. Napisać coś takiego, co przygwoździ odbiorcę do książki. Co dalej, co dalej? Przewróć stronę, aż litery skaczą przed oczyma. Piękna wizja. I znów odlecieliśmy w fantazje. A nawet nie zaczęliśmy pierwszego rozdziału. Jedno słowo, jedno zdanie i stworzenie świata przedstawionego. Czego się tu uczepić, którego wątku, której myśli? Ciemność i chłód przed stworzeniem świata. Aż którego dnia rozbłyśnie ogień twórczy i oświeci nam wszystkie wątki w odpowiednich proporcjach, zawieszone gdzieś w próżni.

Niemoc twórcza to koszmar dla kogoś, kto głównie żyje z twórczości. Dlatego zawsze lepiej mieć jakieś stałe zajęcie na boku, by trzymać się rutyny i tak zbierać pomysły z życia. Dobre pomysły nie występują jak surowiec, który codziennie jest przywożony do zakładu, by potem przez osiem czy dziesięć godzin przemielić go na zgrabnie napisany rozdział przyszłej bestsellerowej opowieści. Musi nastąpić zwolnienie maszyny twórczej. A po chwili losowanie piłeczek i kolejne oczekiwanie na różne kombinacje wątków. Och, dziś fortuny nie wygraliśmy.

Najgorsze jest to ślęczenie nad pustą kartką. Ten lęk przed pierwszym znakiem. A może wcześniej sprawdzić pocztę? I znów kanonada marnowania czasu. To może lepiej na kartce. Powrót do źródeł. Ale i tu wszystko idzie opornie. Białe lustro naszych przemyśleń złośliwie razi nasze oczy. Próbujemy napisać cokolwiek, by poczuć ulgę, że dziś wypełniliśmy plan jak przystało na przodowników grafomanii, ale cóż… Powtarzające się i piętrzące myśli tylko nas utwierdzają w przekonaniu, że po raz kolejny wizja nie równa się wykonaniu. Znamy to już z takich filmów jak „Sekretne okno”, „Cudowni Chłopcy”, czy „Papierowy bohater”. Kolejna kartka zgnieciona w kulkę ląduje w koszu. Zabawne, że zamiast pisać o filmie, tak łatwo mi się pisze o twórczych trudach. Odwracam kota ogonem. Brak pomysłu zamieniam w wodolejstwo. Odpychamy się od biurka i spoglądam z rozpaczą na biały sufit. On też woła do mojej wyobraźni, żebym dziś napisał choć jeden sensowny akapit.

Nuda, natłok myśli, czasem jakaś iskra przemyka przez przepalone zwoje mózgowe, ale wciąż słomiany zapał, by pisać regularnie, strona po stronie, a co dopiero rozdział po rozdziale. A nawet jeśli już coś powstanie! To są tylko jakieś fragmenty, jakaś scenka, kwestia, rozrzucone puzzle, które trzeba potem ułożyć, oszlifować i scalić w jakąś historię. Tylko czy kogoś ona przekona? Skoro autor, zmieniający się w zimnego redaktora, wciąż nie potrafi uwierzyć tym nonsensom, które napisał poprzedniej nocy. Może coś jest nie tak z historią, narracją naszego życia. Może nasze twórcze blokady związane są z tym, co aktualnie przeżywamy? Rozbite wątki, przerwane relacje, problemy zawodowe. Ogólna monotonia życia. Czasem trzeba na siłę stworzyć sobie jakąś intrygę, dosłownie coś przeżyć strasznego, by później odbić to w swoim dziele. Inaczej się nie da. Napisać kryminał? Nic prostszego. Trzeba się zabawić w zabójcę i detektywa.

Sfrustrowany pisarz, Larry Donner (Billy Crystal) niedawno rozwiódł się z żoną, Margaret, która jak na złość właśnie święci triumfy, jako świeżo upieczona pisarka. Co za hańba dla pisarza. Zdaniem Larry’ego ta jędza ukradła mu powieść i podpisała ją własnym imieniem. Na domiar złego książka ta już zdobyła spore uznanie czytelników, sypią się nagrody i sama Oprah Winfrey przeprowadza wywiad z uśmiechniętą Margaret. Larry natomiast głowi się nad jednym zdaniem przez pół dnia. Łatwo się rozprasza i knuje w wyobraźni słodką zemstę na swojej byłej żonie. Boleśnie przeżywa syndrom cudownego chłopca, bo kiedyś napisał niezłą książkę i do następnej nie potrafi dorosnąć. Nie potrafi powtórzyć swego sukcesu. Na szczęście nie jest on tylko pisarzem, ale również prowadzi kursy kreatywnego pisania. Co za ironia, skoro teraz przeżywa totalną zapaść twórczą. Na każdym spotkaniu, które przypomina grupę wsparcia, wysłuchuje różnych historii, jednych całkiem dobrych (ale to rzadkość), innych tandetnych, grafomańskich. Co za udręka! Ale co innego mógłby robić? Może to też dla niego terapia, że wciąż bryluje wśród nieudolnych pisarzy, wciąż jest ekspertem, który strofuje debiutantów. A tymczasem jego żona, świeża debiutantka, stała się ulubienicą publiczności. Brrrrrr. Larry jeszcze mocniej zaciska pięści. Aż chciałoby się wyrwać stronicę z tej historii, zagnieść w papierową kulkę i wrzucić do kosza. A jednak to wszystko prawda. Życie. Larry próbuje jakoś odreagować swoją frustrację, ale krzywdzi wszystkich dookoła, zwłaszcza swoją dziewczynę, Beth, która choć jest aniołem wyrozumiałości, z wykształcenia antropolożką, to jednak nie jest w stanie wygrać z urażoną dumą pisarza.

Gdzieś po drugiej stronie żyje sobie niejaki Owen, kompletne przeciwieństwo Larry’ego. Tu sam pan reżyser, czyli Danny DeVito udziela mu swojej charakterystycznej postury, a w połączeniu z osobowością dziecka i psychopaty powstaje naprawdę ciekawy bohater. Owen to niski, łysawy, niepozorny, dziecinny, jakby oderwany od rzeczywistości bohater. On również walczy o swoją wielką historię (kryminał na trzy strony), uczęszcza wytrwale na kurs pisarski, prowadzony przez Larry’ego i snuje w wyobraźni dantejskie sceny. Marzy skrycie, by zabić swoją apodyktyczną matkę, w którą wciela się tu brawurowo Anne Ramsey. Znana już wcześniej z „The Goonies”, gdzie grała ostrą mamuśkę-szefową gangu. Paradoksalnie, popularność tej aktorki przypadła na ostatnie lata jej życia. Ale lepiej późno niż wcale, by jeszcze zapisać się złotymi literami w kinematografii i zagrać tak dobrze wredną, apodyktyczną staruchę, którą i my chcemy zabić. Jak na ironię, aktorka zmarła rok później. Jej ostatni występ możemy podziwiać w filmie „Homer i Eddie”, gdzie również zagrała niesympatycznego babsztyla ze sklepu.

A my wróćmy do naszych bohaterów, profesora Larry’ego Donnera i jego ucznia, Owena Lifta, którzy mają coraz więcej wspólnego ze sobą. Chcą się pozbyć niewygodnych dla siebie osób i napisać bestsellery. To znowu ukłon w stronę klasyka kina: „Nieznajomi z pociągu” Alfreda Hitchcocka. Ale to spotkanie między sfrustrowanym twórcą, a nieobliczalnym bohaterem, który jakby wymknął się ze wszystkich logicznych narracji, by zmusić twórcę do awangardowego czynu, będzie też odbijało się echem w książce Michaela Chabona, „Cudowni chłopcy”. Już wcześniej przywoływaliśmy ekranizację tej książki w kontekście niemocy twórczej. I przypomnijmy, że jednym z głównych wątków filmu jest to, że w pogmatwane życie profesora literatury i wyczerpanego pisarza w jednej osobie, wkracza znudzony student, który lubi rozrabiać, (a nawet zabija psa), by tak zapewnić sobie emocje do napisania swojej pierwszej ważnej książki, która prześcignie dzieło mistrza. A i sam mistrz, wyczerpany pisarz skorzysta na tych szalonych przygodach i odblokuje swoją energię twórczą. Nie inaczej będzie i w tej komedii. A propos innych filmów. Rok wcześniej, w 1986 roku DeVito wystąpił w filmie „Bezlitośni ludzie”. Wcielił się tam w męża, który chce zabić swoją żonę, ale wyręcza go los i kobieta zostaje porwana przez zupełnie obcych ludzi. Oczywistym jest, że mężczyzna nie zamierza płacić okupu. Te toksyczne relacje małżeńskie odbiją się głośnym echem w innym filmie w reżyserii DeVito, „Wojna Państwa Rose”. Za to pisarz Alex Rose (przeżywający kryzys twórczy) i jego żona Nancy chętnie zapłacą sporo pieniędzy zabójcy, by pozbył się pewnej uroczej, ale bardzo przebiegłej staruszki w komedii „Starsza pani musi zniknąć”. To kolejny powrót DeVito do korzeni czarnej komedii. Róże są piękne, pachnące, pełne kolców i ociekają krwią. A sfrustrowani pisarze, przechadzając się po tym ogrodzie inspiracji, zachodzą w głowę, którą tu zerwać różę obiecującej historii, by wreszcie wydać bestseller.

Pisarz nieustannie musi drżeć, nastawiać swoją antenę i wyłapywać różne ciekawe, absurdalne sceny, które spłyną kaskadą po wypowiedzeniu tego magicznego pierwszego zdania, rozpoczynającego powieść. „Wyrzuć mamę z pociągu” – tu już sam tytuł tego filmu łaskocze i drażni. Brzmi jak dziwna instrukcja lub szyfr z „Allo, allo!”. Rozsądny pisarz powinien wiedzieć, że nieostrożne słowa są jak zaklęcia, które mogą wywołać prawdziwą lawiną. Nieostrożne słowa profesora Donnera o byłej żonie, wypowiedziane w stołówce uczelni, zwracają uwagę pozostałych, a zwłaszcza Owena, który cały czas walczy o uwagę profesora na zajęciach z kursu pisarskiego. Prześladuje go, przeszkadza i wciąż wypytuje profesora o recenzję swojej króciutkiej opowieść. Donner w końcu zirytowany namolnym kursantem, który nie umie napisać najprostszego kryminału, udziela mu rady, aby obejrzał właśnie film Hitchcocka, lecz Owen po obejrzeniu „Nieznajomych z pociągu” rozumuje to jako zaszyfrowaną prośbę o zabicie żony profesora.

Tak jak w filmie Hitchcocka rozmowa (pół żartem, pół serio) o niewygodnych osobach mogła by się wydawać użalaniem się i snuciem wizji, co „by było gdyby moje problemy zniknęły”, nagle przechodzi w konkretny czyn. Jedna ze stron, ta bardziej impulsywna, czy nawet szalona, wywiązuje się ze swojej umowy i zabija, a w zamian oczekuje, że i druga strona zdobędzie się na tą odrobinę szaleństwa i złamie siódme przykazanie. Taka wymuszona lojalność i pułapka, bo morderca doskonale zna motywy swojego wspólnika. Zawsze może go wydać i zwalić winę na niego.

Zatem czemu by nie zrobić sobie przysługi? Skoro profesor Donner ma dosyć swojej żony, a Owen ma dosyć swojej okropnej matki? Dokończ równanie. To może profesor zabije matkę Owena, a Owen zabije żonę profesora? Każdy będzie miał alibi i tak dalej. Myśl ciekawa, ale i los przewrotny, który w końcu zdecyduje za bohaterów i rzuci kośćmi. Nagle znienawidzona, była żona Larry’ego zniknie, a on uwierzy, że to niepozorny Owen o nieco psychopatycznym charakterze pomógł jej przenieść się w zaświaty. Mało tego, również policja będzie coraz bardziej podejrzliwa w stosunku do profesora, który po tajemniczym zniknięciu byłej żony również gdzieś przepadł, szukając dla siebie sensownego alibi. Tu warto zwrócić uwagę, że detektywa Benedetto, prowadzącego śledztwo grał Bruce Kirby, który pojawił się w kilku epizodach legendarnego „Columbo” jako inspektor, próbujący nadążyć za tokiem rozumowania ekscentrycznego porucznika. Sam porucznik Columbo już pewnie by nagabywał biednego profesora i uważnie przyglądał się Owenowi. Zresztą w samej serii „Columbo” był taki epizod w stylu Hitchcocka: „A friend in deed” z 1974 roku. Fabuła opierała się na tym, że dwaj mężczyźni chcą sobie dać alibi, by odciągnąć podejrzenia o morderstwo swoich żon. Z tymże jeden mężczyzna zabił swoją żonę niechcący, podczas kłótni, a drugi (jeden ze zwierzchników porucznika Columbo) zaplanował całą zbrodnię i zabił swoją żonę celowo, by odziedziczyć jej fortunę. Obaj zawierają pakt i próbują zmylić policję. Rzecz jasna Columbo również potrafi urządzać ciekawe maskarady, by tak sprowokować podejrzanego do przyznania się.

Profesor Donner nie ma okazji się zwierzać policji, świadkowie robią to za niego, uzasadniając jego motywy. „To możliwe, że mógł zabić żonę”. On wciąż działa jak w amoku. Widzi i słyszy swoje wyrzuty sumienia. Dobrze wie, że w przypływie furii mógłby zabić swoją żonę, jednak zrobił to za niego niepozorny Owen. Na domiar złego, gdy Margaret zniknęła, profesora Donnera również nie było w domu. Poszedł się wtedy upić, ale kto uwierzy w taką wymówkę? Przerażony ciągle ucieka, czuje, że policja się do niego dobierze, rozbija się samochodem lub wreszcie tłucze pociągiem. Tylko dlaczego, skoro on sam do tej :iluzorycznej” zbrodni nie przyłożył nawet ręki? Wyobraźnia pisarza pracuje na zdwojonych obrotach, przyczyna skutek, pytanie, wyjaśnienie. „Co ja powiem policji, jaką skonstruują wymówkę?”

Film jest ciekawie zmontowany, bo nigdy do końca nie wiemy, czy to, co widzimy to wyobraźnia bohaterów, czy może już realne czyny. Te zbliżenia na twarz, jakby kamera chciała wejść w głowę bohatera i poznać jego niespokojne myśli. Ta chwila przed zbrodnią, dreszcze, pot na czole, wytrzeszcz oczu, trucizna w filiżance, zakradanie się do ofiary, którą za chwilę się udusi lub zrzuci ze schodów. I nagle cofamy się do chwili obecnej, gdzie wszystko jest po staremu i żadnej zbrodni nie było. No dalej Larry zabij matkę Owena!

 

Prędzej to ona zabije jego.

 

Przeżywając takie traumatyczne chwile nasz nauczyciel i uczeń powoli stają się przyjaciółmi.

Pomimo tego czarnego humoru i wiszącej w powietrzu zbrodni, jest też chwila na takie wzruszające sceny jak ta, gdy dziecinny Owen pokazuje Larry’emu swoje monety (których jeszcze nikomu nie pokazywał), typowe centówki, które każdy ma w portfelu, jednak dla Owena są to wspomnienia o wspólnych wypadach z ojcem do wesołego miasteczka, do baru, czy na występ komików Martina i Lewisa. Każda z tych monet to reszta z zakupów. „Tata zawsze pozwalał mi zachować resztę. Tata nazywał mnie małym Nedem, dlatego matka złośliwie nazwała mnie Owenem”.

Mimo, że to czarna komedia, to jednak jest tu zawarty też dramat dziecka przykutego do apodyktycznej matki, która bardzo łatwo manipuluje swoim synem, stosując różne szantaże i chwyty psychologiczne. Typowa jędza, która o nic nie prosi, tylko rzuca polecenia i obraża. Krzyczy na niego, bije, policzkuje, a potem znowu przytula i mówi, że nie poradziłaby sobie bez niego. To codzienność Owena, do której już przywykł jako cierpliwy opiekun swojej matki. Cierpliwy syn, który do niczego nie doszedł, nie ożenił się, nie wydał swojej wielkiej książki. A ta książka, która wciąż jest w jego wyobraźni, to takie symboliczne rozwinięcie skrzydeł, udowodnienie swojej nar-racji, ważny moment inicjacji, przeciwstawienie swojej historii złowieszczym zaklęciom matki „nic nie osiągniesz, jesteś do niczego, jesteś głupi!”

Jedyne chwile wytchnienia dla Owena to właśnie kursy pisarskie, wymyślanie różnych historii, a zwłaszcza fantazjowanie o morderstwie swojej matki. Trochę jak z Freuda, symboliczne zabicie ojca, jak i zabicie matki umożliwia odważne wejście w dorosłość i potwierdzenie swojej wartości.

A jednak gdy już ma dojść zamachu na rodzicielkę, właśnie w tytułowym pociągu, gdy zirytowany Larry już chce podnieść rękę na starszą panią, nagle Owen rusza jej na ratunek, bo w głębi duszy nie chce takiego końca dla swojej mat.. mamy. „Jestem mamo przy tobie”. Podczas gdy Larry ląduje gdzieś na torach, odgrywając do końca rolę złego. Tyle uciekania, by wreszcie wpaść na właściwy tor. Wreszcie w głowie pisarza narodziła się ciekawa historia, coś zaiskrzyło. No prędzej, dokładaj kolejne kwestie. Za chwilę zapłonie piękny ogień nowej historii. Już jaśniej dookoła. Ciemności niemocy twórczej ustępują i już widać wyjście, już historia zmierza do końca, jak szczęśliwe zakończenie bajki. No jasne, że była żona Larry’ ego nie zginęła, tylko zaginęła. Ale co się tam stało, zobaczcie sami. Wszystko wraca do normy. Trzeba było się wykoleić, by napisać bestseller, teraz pora wracać do życia i zbierać siły na kolejną historię. Oby nie było już pociągów, wrednych matek i morderczych mamisynków!

 

 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH