ZIEMIA OBIECANA
Ach, mieć tak swoją fa…brykę, codziennie patrzeć, jak pyka z komina i pykać dymki z drogiego cygara. Przyzwyczajać się powoli do tego, że ta fabryka, którą podziwiamy, za niedługo spłonie na stosie naszych ambicji. Bo dziś nie można się za bardzo przyzwyczajać do jednej fabryki. W ogóle lepiej nie mieć sentymentów. Trzeba palić za sobą jedną fabrykę, by od razu budować drugą. Aż do kolejnego bankructwa i odszkodowania. A co tam. Wczoraj mieliśmy złote salony i przyjaciół, którzy mieli do nas ciągle nowe interesy, dziś wdychamy tylko swąd spalenizny. Ja nie mam nic, ty nie masz nic, ale mówię ci, że tam stanie nasza fabryka. Chyba śnisz? Tak, codziennie śnię i marzę. Oddycham snami i duszę się odmowami. Ten cudowny młodzieńczy zapał tworzenia czegoś z niczego. Garażowa prowizorka i biznesplan układany na niebie pośród gwiazd, gdy nie chce się spać. Kolejna wielka konstelacja wspólników. Wielki Wóz i Mały Wóz dostarcza nową porcję bawełny. Szybko rozpakowywać! Musimy dziś wyrobić normę. Panie prezesie, jak dziś stoimy? Kładziemy się, czy podbijamy? Nie teraz, zajęty jestem. Przez moją lornetkę widzę Karola Borowieckiego. Zmierza zdecydowanym krokiem. Cylinder na głowie i falujący płaszcz jaka peleryna czarnoksiężnika, co zaczaruje swoim sprytem. Tuż przed fabryką Bucholca stoją chętni do pracy. Zamień nas panie Borowiecki w użyteczne elementy tej fabryki, albo wrzuć nas pan od razu do brzucha tego potwora, niech nas zje, przetrawi i wyrzuci. Może zarobimy chociaż trochę. Choć Bucholc pewnie płaci najmniej. Snuje się tu i tam stary prezes i gdzie tylko się da, chce zaoszczędzić, a przy tym wyrobić dwieście procent normy. Chodzi jak duch i straszy wszystkich pracowników. Kaszle, przystaje, opiera się na lasce, a za chwilę pewnie będzie musiał usiąść. Jak zdrowie pana prezesa? Wszyscy pytają grzecznie i z udawanym współczuciem. Bucholc dobrze wie, że za jego plecami wszyscy już mu życzą śmierci. Już odliczają dni do końca tyrana. Ale czy można się spodziewać, że pan prezes już schodzi do przedsionków życia? Czy aby na pewno? Jakże to? Przecie on nieśmiertelny z tą swoją wielką fabryką. Tylko spójrz dokładnie. Popraw binokle, przez które tak ostrożnie rachowałeś cyferki w tabelkach. Przyjrzyj się temu człowiekowi. Tak, to człowiek. Mimo wszystko. Blady, stary, zgarbiony. Zjawa jakaś, która choć bogata to wygląda jak jakiś żebrak. Aż trudno uwierzyć, że on trzęsie tą fabryką. Wydaje polecenia, nie żałując krzyków. Przyjmuje srogą minę. Musi rządzić, panować nad tym mechanizmem, musi ciągle wiedzieć, co się dzieje. Fabryka to jego przedłużenie nerwów, nad którym czuwa pan Borowiecki.
Młody, zdolny, ambitny, dynamiczny, zatrudnia, wydaje polecenia, pilnuje produkcji twardą ręką, nie zważając na sentymenty. Już wchodzi do fabryki, słucha raportów, zleca nowe zamówienia, kontroluje, odpowiada jakiemuś brudnemu robotnikowi, który za chwilę zostanie wyrzucony z fabryki. Nowa bela materiału przetacza się między krosnami jak nowa opowieść. Paru robotników zasłabło. Wyrzucić. Dajcie nowych. Pan Karol wciąż nie może przeboleć straty materiału, na którym odcisnął się krwisty ślad. Jakiś patałach nieuważnie włożył rękę. Ciach. Nie ma ręki. Nie ma pracownika. Jeszcze został człowiek. Ale bezużyteczny. Uszkodzony trybik maszyny. Wyrzucić! Posprzątać. Bez litości. Dzieci patrzą wielkimi oczami na pana Karola, który poprawia swój fartuch roboczy. Patrzcie dzieci to pan kierownik. Idzie teraz do pana prezesa. Posłaniec idzie do naszego Boga.
Więc jak w fabryce Herr Borowiecki? A po staremu. Dookoła wyrastają nowe fabryki i palą się stare, ale to fabryka Bucholca wciąż stoi jakby była tu zawsze, zarządzana twardą ręką. Do pana prezesa ciągle listy wysyłają. Pan prezes ma wielu wielbicieli, którzy proszą o darowizny i zdrowie dla pana prezesa. Pana Prezesa jednak bawi wyrzucanie tych listów w ogień. Gdy tak pan Borowiecki czyta kolejny list, gdzie nadawca nie szczędzi inwektyw pod adresem szanownego Bucholca, wydaje się że i sam dodaje coś od siebie, bo również nienawidzi swojego szefa, chociaż ukrywa to bardzo dobrze pod maską uprzejmości. Pan prezes jednak się nie przejmuje. Dobrze wie, jak wielu ludzi go nienawidzi. A ten, kto obraża listownie to zdesperowany i szczery człowiek. Ale trzeba mieć sporą odwagę, by wykrzyczeć panu prezesowi w oczy, co się o nim myśli. Pan Horn, praktykant w dziale księgowości ma już szczerze dosyć tego warczenia niemieckiego przedsiębiorcy, który ma za nic swoich pracowników i ich rodziny. „Ty szwabska mordo!” — Krzyczy na pożegnanie i wychodzi, zostawiając w osłupieniu Pana Prezesa, który nie mógł dokończyć swojej słownej tyrady. Nie przerywać, kiedy pan Horn mówi! Na szczęście na Horna będzie czekała pani Kama z pocałunkiem pocieszenia oraz kantor u tandeciarza Szai Mendelsohna. Zresztą Mendelsohn i Bucholc, ci dwaj rywale to właściwie jeden i ten sam człowiek, słynny fabrykant Izrael Poznański. Z jednej strony wyzyskujący swoich robotników, by potem im budować przytułki i szpitale. Awers i rewers tej samej osoby.
Także Pan Borowiecki, choć w filmie przedstawiony jako bezwzględny, w książce Reymonta bardzo pomoże zagubionemu von Hornowi, który zbyt idealistycznie podchodził do życia. A co do urażonego pana prezesa Bucholca. No cóż. Zdarza się czasem, że pan prezes poczuje się urażony, więc musi się na kimś wyżyć. Cierpliwy sługa August ma chyba w umowie zapisane drobnym druczkiem, że w razie złego humoru swego chlebodawcy, będzie mu służył jako worek do okładania kijem. Już niedługo biedny Auguście. Odejdzie ten Kat, a ty zdejmiesz z twarzy ostatnie opatrunki i będziesz pchał pusty wózek. To Łódź moi kochani! Dostałeś dziś po mordzie, jutro się uśmiechnij rośnij w siłę z tą piękną Łodzią. Pan Halpern składa rączki jak do różańca i codziennie rozgląda się z zachwytem. Moja Łódź rośnie! I każdy, kto w niej mieszka musi rosnąć. Otrzyj łzy. Niech one zroszą twoją suchą ambicję.
Jasna twarz pana Borowieckiego wyróżnia się z tłumu przechodniów. Oto idzie pan, przyszły fabrykant. Przyszła elita. Może kiedyś zastąpi swoim statusem legendę Bucholca? Szybko się wtopił nasz Karolek w tutejsze środowisko, gdzie każdy spekuluje, pożycza inwestuje. Borowiecki stawia fabrykę, kto się dołoży, komu z makiem figę?! Karol jest gotów, by rządzić po swojemu na własnym podwórku. Już dosyć zarządzania pod okiem Bucholca. I dosyć też tej rodzinnej tradycji. Borowiecki zostawił dwór w Kurowie i swego ojca, który bardziej żyje szlachecką przeszłością niż obecnymi czasami.
Jak to czasem filmowe życie ciekawie się toczy. Pan Olbrychski, pan Seweryn ćwierć wieku później zagrają w „Panu Tadeuszu”, opowieści skąd inąd także przywołującej te dawne czasy szlachciców, dworków, które powoli stają się romantyczną mgłą.
Soplicowo, Kurów a przemysłowa, ciężka Łódź! Panie, to jak dwa światy. Z jednej strony umierająca tradycja, dziedzice wyprzedający swoje majątki i folwarki. Skansen dawnego życia arystokratów. A z drugiej strony rekiny biznesu, codziennie stawiający nowe kominy i puszczający z dymem dawne sentymenty. Bo nie przetrwasz tu, jak oglądasz się na przeszłość. Oto nowa elita! Pan Müller, (którego pierwowzorem był prawdopodobnie Karol Scheibler), w obejściu jak chłop zwyczajny. Radosny, swobodny, mieszkający w swoje chałupie, a gdzieś na boku stawiający sobie pałac, by nie być gorszym od innych fabrykantów. A bo go stać, więc ma taki kaprys, by sobie zbudować pałacyk w środku Łodzi i urządzić go różnymi antykami. Zaprasza pana Borowieckiego na swoje salony. Toż to malutki Wersal, gdzie kumuluje się przepych i kicz. Aż czuć kompleks dorobkiewicza, który chce być cesarzem. Ale pan Müller tłumaczy, że to wszystko dla jego kochanej córeczki, która wciąż czeka na odpowiedniego kandydata. Pan Borowiecki byłby idealny. Ale cóż. On zostawił ukochaną w Kurowie, w tym dawnym relikcie przeszłości. I ta uśmiechnięta, idealistyczna Anka w prostej sukni rzeczywiście taka jest, jakby z innego, zapomnianego już świata. Ulubienica i nadzieja ojca Karola. Idealna synowa. Niczego nie udaje, wszystkim współczuje. Siostra miłosierdzia, wrażliwa i kochliwa. Wierna nade wszystko swemu Karolowi, który jednak w Łodzi oprócz robienia różnych interesów z przedsiębiorczymi panami lubi też załatwiać miłosne interesy z różnymi paniami. Zwłaszcza z jedną.
Tak, wydatny biust pani Zuckerowej jest rzeczywiście słodki, choć sama właścicielka tego majątku wydaje się aż nazbyt wulgarna w porównaniu do czystej Anki. Ten ostry makijaż, ten nadmiernie eksponowany biust, ten jęczący z rozkoszy głos i długie czarne rzęsy okrywające maślane oczy. Wyuzdana kochanka, która spełni każde pragnienie głodnego biznesmana, a po wszystkim Karol wróci do swojej kochanej Ani, by znów zadowolić się niewinnym narzeczeństwem.
Ten słodki Biust pani Zuckerowej, podobnie jak majątek jej męża, starego Zuckera, który mimo tak urodziwej żony, bardziej zajęty jest liczeniem, ile to tym razem zyska na bawełnie. Choć ostatnio też czasem martwi się o reputację swojej drogiej małżonki. Podejrzewa, że ma ona kogoś i przyprawia mu rogi nad jarmułką. Kalina Jędrusik znów uwodzi Daniela Olbrychskiego, tak jak wcześniej bawiła się jego uczuciami w „Jowicie”. Ale tym razem zemsta zazdrosnego męża będzie sporo kosztowała Karola, który uczynił swoim życiowym celem zbudowanie fabryki.
„Zaprzedaliście duszę złotemu cielcowi!” – Krzyczy schorowany ojciec Karola i poprawia swój zakurzony, wytworny strój. On już jest jedną nogą grobie. Nieuleczalnie chory na swoją szlacheckość, której Karol nie rozumie. Potem Daniel Olbrychski spotka się z Tadeuszem Białoszczyńskim na planie „Panien z Wilka”, gdzie stary wuj będzie udzielał życiowych rad zagubionemu Wiktorowi Rubenowi, który w przeciwieństwie do Karola Borowieckiego powrócił na wieś, by tu odszukać spokój i dawną miłość. Borowiecki z kolei czuje, że coraz bardziej oddala się od tego rodzinnego miejsca, tak jak potem będzie czuł tą obcość w „Życiu rodzinnym” Zanussiego.
Podobne rozterki względem swego ojca i rodzinnej tradycji przemysłowej przechodzi Niemiec, Max Baum, wspólnik Karola w jego nowej fabryce. Znudzony patrzy przez brudną szyba okna fabryki. Już niewiele się dzieje w środku. Coraz mniej osób się krząta przy maszynach, jakby ostatnimi siłami ci brodacze czynili swój obowiązek i mieli umrzeć przy tych krosnach i wrzecionach. Może ich nici życia już się rozerwały? Posępny ojciec również siedzi spokojnie, jak jakiś pomnik, archetyp dawnego, szlachetnego przemysłowca, który każdemu pomoże w potrzebie, a sam nie ucieknie się do nieuczciwych praktyk, by ratować swoją fabrykę. Coś za coś. Może to już czas, by odejść z tego biznesu. Nadchodzą zupełnie inne czasy i inni ludzie. Zero litości. Trzeba się z tym pogodzić. Jego syn, Max chce być też na swoim. Może warto ustąpić i zająć się wnukami.
Innym takim staromodnym bohaterem ze starymi zasadami jest pan Trawiński, który z racji tego, że często unosi się honorem, popada w tarapaty finansowe. Ciężko mu przyznać, że jest na skraju katastrofy, zwłaszcza gdy jego żona kupuje sobie drogie dodatki do domu. O ile w filmie pan Trawiński kończy tragicznie, strzelając sobie w głowę, zostawiając fabrykę w ruinie i żonę jako nędzarkę, to w książce na szczęście udaje mu się odbić od dna, by żona wciąż pławiła się w luksusach.
Zresztą w filmie wszystko jest pokazane bardzo bezwzględnie. Łódź to nie miasto dla takich ludzi jak Trawiński. Ludzie uczciwi? Oni przecież mają niebo — podsumowuje pan Halpern. Tu w tym piekle biznesu pełnym kontrastów jedni bankruci strzelają sobie w głowę bo bez pozycji są nikim, a drudzy handlują wszystkim, czym popadnie jak choćby Stach Wilczek, który ma ambicje zrobić wielki interes w Łodzi. Podły charakter wilka już ma, reszta, czyli pieniądze i małżeństwo przyjdą z czasem.
A po godzinach salony, koncerty, przyjęcia, ploteczki, spektakl w teatrze, gdzie te ohydne, karykaturalne postacie śmieszą do rozpuku publiczność. Co za kicz, wulgarność, wręcz turpizm. Aż chce się wyjść z tej dusznej sali przesyconej wszystkim i niczym. I rzeczywiście ci co bardziej trzeźwi wychodzą. Najbogatsi fabrykanci nie o sztuce mówią, a zbierają informacje o giełdzie i cenach surowców. Zresztą biznes to sztuka, istny spektakl, w którym trzeba pokazać przeciwnikowi, że ma się lepszy repertuar i zebrać jak największą publiczność, gotową zapłacić za ekskluzywne bilety.
Swobodny walc się urywa, a już słychać pulsującą muzykę, niczym tętno czujnego bankiera, tętno maszyny, która dziś ma wyprodukować tyle materiału, jak przewidziały rachunki.
I oto ukazuje nam się trzeci główny bohater, trzeci partner w spółce z Borowieckim. Moryc Welt. Moryc Świat! Nowy świat pełen kominów. Moryc jako ten trzeci ma największą głowę do interesów i ambicje, by mieć taki piękny drogi pogrzeb jak Bucholc. On się z każdym ułoży, pożyczy, zainwestuje. Ma już trzydzieści lat i również chce być na swoim. Spółka Borowieckiego Bauma i Welta to wyjątkowy trójkąt, trzech różnych kultur. Pan Borowiecki świeci na salonach, dogaduje się z ludźmi, tu żartuje, tam romansuje, no i czuwa nad materiałami. Max jak się wyśpi, to będzie robił, ile wlezie. Pracowity i dokładny jak przystało na Niemca… wypoczętego. A Żyd Moryc Welt to ten, co trzyma rękę na pulsie jeśli chodzi o rachunki. Chodzący kantor, bank. Wszędzie usłyszy co trzeba i wyciągnie z tego odpowiednie wnioski dla swoich inwestycji. Z nim nie zginiesz. Trójkąt trzech niezwykły kultur, który jak piramida wznosi się znów na ciężkiej pracy robotników. No i trójkąt przyjaciół i kochanków biznesu. Kochanków? A jest tu parę takich smaczków zaakcentowanych w filmie, choć w książce raczej tego nie znajdziemy. Chodzi o Moryca i Karola. Moryc fascynuje się Borowieckim, kocha go jak brata, trzyma jego zdjęcie w notatniku, jakby czuł do niego coś więcej. Borowiecki ma mu przynieść szczęście. Z kolei Maks zazdrości Karolowi Anki, a nawet uważa, że on nie zasługuje na nią, gdy tak bardzo pochłania go biznes. Maks pewnie chętnie by przyjął rolę pocieszyciela dla odrzuconej Anki. Może i tak się stanie.
Ciężko być przyjacielem w tym dziwnym trójkącie, gdzie nade wszystko interesy muszą być na pierwszym miejscu, skoro we fabryce tak dużo ludzi.
Przyznam się, że w liceum jakoś nie ceniłem Reymonta, po prostu nudził mnie, zwłaszcza jeżeli chodzi o „Chłopów”, ale „Ziemia obiecana” czytana albo słuchana już po tym okropnym okresie szkoły to prawdziwy majstersztyk, podobnie zresztą jak „Lalka” Prusa. I oba te dzieła były na początku wydawane jako powieści w odcinkach. Reymont opisując dokładnie wszystkie sfery życia od biznesu po produkcję, życie fabrykantów, robotników i biedoty, sam spędził sporo czasu w fabryce, by poznać ją od kuchni i powoli nawijać na nić poszczególne wątki.
Czy kiedyś dojdziemy do tej ziemi obiecanej? Czy ubijemy wielki interes? Karol Borowiecki uśmiecha się gorzko pod nosem. Jeszcze czuje swąd spalonej fabryki. To ni było planowane. To przez jego romanse, kłamstwa, intrygi. To już minęło. Stracił wszystko, a zarazem się oczyścił z naiwności.
Zaprzedał swoją duszę złotemu cielcowi i nawet serce oddał kobiecie, której nigdy nie kochał, ale ona miała bogate… zaplecze. Znów można zacząć od początku. Mada Müller słodko się uśmiecha do Karolka. A jaki pan Müller szczęśliwy, że znalazł tak obrotnego zięcia, który zamieszka w jego małym pałacu. Wreszcie znalazł się aktor godny tej roli. Sufler chyba nie będzie potrzebny. To jak małżeństwo w rodzinie królewskiej. Łączenie biznesów. Trzeba myśleć perspektywicznie. A szczęście i tak jest przereklamowane. Ach panie Borowiecki. Anka przechodzi obok i uśmiecha się ciepło. Prowadzi dzieci sieroty. Zawsze chciała pomagać innym. I tak się realizuje. Niech każdy robi to, co kocha.
Tak jak Reymont, tak i Wajda bardzo panoramicznie nam kreślą przekrój społeczności Łodzi od tych biedaków, co zaprzedają ostatnie pamiątki, po prawdziwych biznesmenów. Wszyscy oni jak na wielkiej Łodzi, co dzień próbują złapać równowagę na niepewnych wodach życia. Ale to nie Wenecja, a miasto fabryk, gdzie mgła snów dusi tak samo jak dym z komina. Momentami ma się wrażenie, jakby się spacerowało przez zasnuty mgłą Londyn, pełen nieprzyjemnych zaułków, które penetruje Sherlock Holmes w nadziei odkrycia kolejnej zagadki. Gdy już odgarniemy te opary z przed oczu, rozejrzyjmy się. Ach te ulice i domy z cegły, autentyczne wnętrza pałaców, fabryk razem z ich pięknymi maszynami. Te obracające się koła, wiodące do postępu, koła, które miażdżą zarówno rękę biednego robotnika jak i wielkiego Pana Kesslera i wyrzucają z maszyn te krwiste ochłapy. Bez względny kapitalizm każdego przemieli.
A nade wszystko to uniwersalna historia młodych, żądnych sukcesu ludzi, którzy w przemysłowym mieście nie chcą zostać w tyle. Dziś pewnie zamiast fabryki byłby to jakiś start-up, gdzie najpierw szuka się inwestorów, a potem wyklucza niepotrzebne ogniwa z interesu, bo zamiast przyjaźni zaczyna się spółka. Odpalaj. Niech widzę, jak z komina idzie dym i zasnuwa mgłą, z której już wychodzą jak upiory moi wspaniali pracownicy, żądni podwyżki. Niech buczy, niech dymi, niech się kręci. Ruszamy naszą niezwykłą fabryką na słodkie wyspy kapitalizmu. Póki się nie dorobimy, nie wyrwiemy tego, co nasze, soczystego, słodkiego i nie odsprzedamy naszych akcji z wielkim zyskiem. A potem będziemy już żyli przykładnie i spokojnie w naszych domach z ogródkiem, czekając, aż Zachód nam te dymiące kominy zabierze z horyzontu.
Jakby nic się nie stało.
Komentarze
Prześlij komentarz