DAZED AND CONFUSED

 


Richard Linklater to taki kolejny fenomen filmowca samouka jak Tarantino czy Rodriguez. I na tyle oryginalny jak Tim Burton, czy Jim Jarmusch. Reżyser, który pokazuje przede wszystkim momenty, detale, bo właściwie to zapamiętujemy z filmu. Pewnym przedsmakiem „Dazed and confused” był film „Slacker” z 1991 opowiadający o pokoleniu X, które ucieka od odpowiedzialności. W swojej formie ten offowy film przypomina trochę dokument, trochę moralitet filozoficzny, składankę dialogów, eksperymenty narracją i obrazem. Widać, że Linklater się tu rozgrzewa przed swoim mocnym, głośnym, wejściem.

„Dazed and Confused” to już bardziej zgrabne dzieło, panorama młodych ludzi, którzy przede wszystkim chcą się bawić i korzystać z życia, a reżyser po prostu przygląda im się z kamerą jak dokumentalista. Wydawało się, że przed tym filmem to John Hughes ma monopol na filmy o perypetiach nastolatków z lat osiemdziesiątych. Linklater udowodnił, że również potrafi opowiedzieć o tym magicznym okresie dojrzewania, tyle że w latach siedemdziesiątych, wspierając się przecież także na swoich osobistych wspomnieniach. Film opowiadający o wielkiej balandze, która jest przedsionkiem do dorosłości, dobrze odzwierciedla wejście samego Linklatera na salony, jako świadomego reżysera ze swoim niepowtarzalnym stylem, który napisał do tego filmu scenariusz, wyreżyserował go i wyprodukował przez swoją firmę Detour Film Production.

To film, który ujmuje swoją spontanicznością i żywiołowością. Każdy chodził do szkoły i każdy miał jakieś przygody w tym szalonym okresie, który jedni określają jako najpiękniejszy w całym życiu, a inni z kolei nazywają go piekłem. Jedni wtedy mocno zakuwali od rana do wieczora i żałują, że nie dali się ponieść bardziej tej młodzieńczej energii, inni bawili się przednio, zaliczając wszystkie możliwe imprezy, a teraz może żałują, że nie uczyli się więcej. Ale oglądając ten film zarówno jedni, jak i drudzy uśmiechają się pod nosem, czując, że gdzieś tam byli między tymi młodymi ludźmi. Zawsze się żałuje, że nie żyło w innej epoce, gdy rozbrzmiewał rock and roll, ale najgorszy jest żal, gdy nie wykorzystało się w pełni swej młodości, nie wypiło do cna tego słodko-gorzkiego napoju.

Gdy patrzy się na ten film, któremu już stuknęło trzydzieści lat, przypominają się takie klasyki jak „Gorączka sobotniej nocy” czy „Amerykańskie graffiti”. Zwłaszcza ten drugi z przejażdżkami samochodowymi po ulicach i końcem szkoły w tle zdaje się być tu lustrem, w którym Linklater odbija swoje dzieło. Tyle, że teraz akcja filmu rozgrywa się w lat siedemdziesiątych (1976). Właśnie w 1976 roku minęło dwieście lat od deklaracji niepodległości Stanów Zjednoczonych. W tle poważna historia, a tu na ekranie nieustanna deklaracja niepodległości młodzieży, która chce się już wyrwać ze szkoły ku wolności i chaosowi. Sam tytuł filmu odnosi się do utworu Led Zeppelin, „Dazed and confused” i aż dziw bierze, że nie znalazł się on na ścieżce dźwiękowej filmu. Co ciekawe, autor tej piosenki, Jimmy Page udzielił zgody, natomiast Robert Plant odmówił. Koniec imprezy? Ależ nie!

Od czego jest wyobraźnia i sprytny montaż. Zawsze możemy sobie puścić Zeppelinów, gdy oglądamy te wariackie sceny na ulicach, gdy młodzież zamienia się w wandali i rozwala wszystko, co im stanie na drodze (choćby skrzynki pocztowe) po czym znika w swoim szybkim samochodzie za kolejnym zakrętem. W „Amerykańskim grafitti” natomiast bohaterowie byli na tyle bezczelni, żeby uszkodzić policyjny wóz i pozbawić go tylnych kół.

Poza Zeppelinami i ich „Dazed and confused”, których muzyka mogła, ale nie znalazła się na ścieżce dźwiękowej, usłyszymy takie piosenki jak: „Sweet emotion” (Aerosmith, na których koncert bohaterowie filmu będą się wybierali), „Slowride” (Foghat), „Schools out” (Alice’ a Coopera), „Black oak Arkanasas” (Jima Dandy’ ego), „Tush” (ZZ Top), „Love hurts” (Nazareth), „Strangehold” (Ted Nugent). „Cherry bomb” (The Runaways), „Low Rider” (War), „Tuesday’s Gone” (Lynyrd Skynyrd), „Highway star” (DeepPurple), „Rock and Roll all Night” (Kiss. W filmie oprócz muzyki pojawiają się figury muzyków Kiss) i nawet „Paranoid” (Black Sabbath). Pewnie byłoby jeszcze więcej, ale prawa autorskie zrujnowałyby budżet filmu. Ale o teorii i etosie rocka Richard Linklater zrobi film, dokładnie dziesięć lat po „Dazed and confused”, zaprosi nas do „Szkoły Rocka” z Jackiem Blackiem (który nie tak dawno pracował w sklepie muzycznym w „High fidelity”).

Jak można się domyśleć po polskim tytule, film opowiada o przygotowaniach do wielkiej balangi, która początkowo miała się odbyć u szanowanego Kevina Pickforda (Shawn Andrews), który ze swoją piękną dziewczyną (Mila Jovovich) delektuje się właśnie maryśką. Zresztą to chyba jedna z nielicznych par w tym filmie, która jest nieustannie razem – oni wręcz epatują swoją miłością, przyjaźnią, seksem i spontanicznością. Co ciekawe aktorzy grający tych dwoje, Jovovich i Andrews byli w tym czasie naprawdę małżeństwem. Słodka atmosfera miłości i misterny plan imprezy stają jednak pod znakiem zapytania. Dostawca piwa na imprezę, przyjechał zbyt wcześnie, gdy jeszcze w domu urzędował Pickford senior z małżonką. Domyśliwszy się, że syn szykuje niezłą zabawę pod jego nieobecność odwołał swój wyjazd, no i siłą rzeczy impreza musi się odbyć gdzie indziej. Wszystko jest w zawieszeniu. Młodzi krążą w swoich samochodach tu i tam, jak kule bilardowe odbijające się od ścian stołu, promile we krwi wzrastają, hormony buzują. To ten wyjątkowy czas, gdy jest się młodym i można sobie jeździć tu i tam. Można powariować za kierownicą. Potem trzeba będzie jeździć tylko w konkretnym celu i przy mniejszej prędkości – taka jest dorosłość. Piwo się leje, chłopcy się ścigają w wymyślaniu coraz głupszych pomysłów, które można usprawiedliwić tylko młodością. Ucinają sobie pogawędki o wszystkim i niczym, o szkole, o robocie, o dziewczynach, o seksie. W tej mieszance różnych młodych ludzi, którzy obijają się od siebie niczym atomy, tworzące nową generację amerykańskiego społeczeństwa, widzimy takich równych gości jak Randall „Pink” Floyd (swoją drogą bardzo podobny do Froda Bagginsa), który z każdym się dogada, ze starszym i młodszym. Ale ostatnio nie może się dogadać z trenerem szkolnej drużyny baseballowej, gdzie właśnie realizuje swój talent sportowy. Trener zamierza zaprowadzić nowy rygor. Zawodnicy mają się dobrze prowadzić, unikać imprez, alkoholu, narkotyków. Co za absurd! To jakby zaprzeczenie bycia młodym w latach siedemdziesiątych. Randy uważa, że takie deklaracje godzą w jego wolność. Tym bardziej, że w powietrzu czuć nową imprezę. Na której z pewnością w pełni odnajdą się tacy weterani wszelkich możliwych zabaw, rozrywek, jak jowialny, łobuzerski Don Dawnson (Sasha Jenson), czy wyluzowany „upalony leniwiec”, hippis Slater (Rory Cochrane), który jak filozof-poeta natchniony potrafi mówić o kosmitach i Jerzym Waszyngtonie uprawiającym trawkę ku radości ludności amerykańskiej.

Nie tylko zresztą aktualni uczniowie mają wstęp na tą imprezę, ale także absolwenci lub tacy jak Wooderson (Matthew McConaughey), który rzucił dawno temu szkołę, bo miał dosyć belfrów. Teraz pracuje przy wywozie śmieci i szpanuje swoim odpicowanym Chevrolettem Chevelle. Ale kto wie, może jeszcze wróci. Jak sam przyznaje z zawadiackim uśmiechem, on jest starszy, lecz licealistki ciągle w tym samym wieku. Warto powtarzać edukację i ćwiczyć praktykę towarzyską z nowym pokoleniem, by nie stać się starym zgredem. Alright, alright, alright, alright.

Przejdźmy z kamerą i mikrofonem dalej w to towarzystwo. Co za polifonia dyskusji! Jedni dzielą się rubasznymi żartami, drudzy z kolei (ci bardziej elitarni) ucinają sobie intelektualne pogawędki o polityce i pokerze, który dotąd był ich jedyną rozrywką. A co tu dopiero mówić o jakiejś dzikiej imprezie z hektolitrami piwa i narkotyków w tym towarzystwie żółtodziobów. W tym trójkącie bystrzaków (trochę jak z „Zemsty frajerów”) rozpoznamy Adama Goldberga i Anthony’ego Rappa, którzy potem wzmocnią obsadę w „Pięknym umyśle” jako matematyczni geniusze i przyjaciele Johna Nasha. Tu z kolei jako, kujony gadające o polityce i pokerze dają się porwać pokusie wielkiej imprezy, która dla wszystkich tych młodych ludzi jest taką esencją szaleństwa, gdy mogą się zapomnieć, wypalić całego skręta, wypić kilka litrów piwa i zaszaleć z innymi, z którymi dotąd w ogóle nie rozmawiali. To jak obowiązkowy rytuał licealisty, inicjacja, ostatni zryw przed dorosłością. To pragnienie spontaniczności, życia pod wpływem magicznej chwili, zobaczymy w bardziej romantycznym obrazie Linklatera „Przed wschodem słońcem”, gdzie nagle dwoje młodych ludzi, którzy spotkali się w pociągu, postanawia się nacieszyć swoim towarzystwem.

Każdemu z bohaterów świta w głowie, że takie chwile już nigdy potem się nie zdarzą. Dlatego warto tak ryzykować, tak uparcie wznosić toast za tą odrobinę swobody. Młodość jest święta i trzeba ją celebrować, by potem wspominać z dumą i śmiechem.

Tony Olson grany przez Rappa spotka dziewczynę (jedną ze świeżaków), z którą przegada całą noc, z kolei Mike Newhouse, grany przez Goldberga wda się bójkę z pewnym osiłkiem, który nie lubi, jak mu się wypomina, co pali. Na każdej imprezie musi być bójka. I tu nie mogło być inaczej. Choć nikt by się nie spodziewał, że to właśnie intelektualista Mike ze skłonnością do przesadnej autoanalizy własnych zachowań i socjologicznych mechanizmów, ruszy z pięściami na silniejszego od siebie Clinta. Kiedyś trzeba to sobie udowodnić. Czemu nie na takiej imprezie, jak ta?

Czuć szaleństwo i rock and roll. Dziewczyny w tych kwiecistych bluzkach, dzwonach i koturnach, chłopcy w przetartych dżinsach i koszulach z szerokim kołnierzem. Do tego jeszcze trampki Converse, w których potem Kurt Cobain będzie krzyczał z ambony. Inna epoka. Zero smartfonów, mediów społecznościowych, choć pewnie one by się przydały, by w porę skrzyknąć całą tą bandę w inne miejsce imprezy. A tak z okienka samochodu ktoś macha i obwieszcza radosnym głosem, że wielka impreza będzie pod Wieżą księżycową, na wielkim polu, niczym Woodstock. I pomyśleć, że gdzieś tam w Kalifornii, Palo Alto, w podobnym czasie, dwudziestokilkuletni Steve Jobs składa cierpliwie w garażu komputer i zażywa LSD, doznając niezwykłej wizji cyfrowej komunikacji. Póki co na adapterze kręci się czarny winyl, a w magnetofonie wiruje szpula z taśmą. Czas na pogańskie tańce! Niech rozpoczną się rytuały przemiany wątłych gimnazjalistów w dumnych i pewnych siebie licealistów. Zapalcie pochodnie i otwórzcie puszki z piwem.

Starsi uczniowie, seniorzy-licealiści, weterani, repetytorzy, którzy już zbyt długo siedzą w szkole urządzają chrzest bojowy świeżakom, absolwentom gimnazjum. Wszak, jeśli masz iść do liceum, musisz być godny tego zaszczytu. I nie chodzi o stopnie (a gdzie tam), a oto, żebyś dostał po tyłku drewnianą packą/wiosłem. Na taką inicjację czekają z niepokojem Mitch Kramer (Willey Higgins) i jego koledzy. Muszą nieźle oberwać, żeby potem dumnie prezentować się jako licealiści. Starszaki już przygotowują swoje szybkie auta, by dopaść każdego świeżaka. Szczególnie narwany jest Fred O’Bannion (Ben Affleck), który uwielbia ten rytuał spuszczania manta młodszym. To jedyna szansa, by się popisać swoją siłą. Silny zawodnik, baseballista i marny uczeń, który po raz kolejny powtarza klasę, żeby jeszcze raz dołożyć młodszym kolegom. Już wyciąga swoje wiosło, już namierza przerażonych świeżaków pod domem. Gdy nagle drzwi się otwierają i matka jednego z uczniów mierzy do niego ze strzelby. A to dopiero scena! O’ Bannion musi spasować, nie wygra ze wściekłą kobietą, która chce chronić swego syna ponad wszystko. Ale jak się okaże nie wygra również ze sprytnymi dzieciakami, które szykują dla niego mokrą niespodziankę. Poleje się farba, a Fred na jakiś czas zmieni kolor ubrania. Tu trzeba zaznaczyć, że te rytuały nie odbywają się tylko dla męskiej części, ale również starsze dziewczyny jak choćby ta zdzira Darla (królowa kina indie Parker Posey) potrafi bardzo dopiec młodszym koleżankom, nie żałując musztardy i keczupu. Smażcie się na placu jak kiełbaski! To początek waszego piekła. Skąd ten dziwny rytuał, żeby zawsze dowalić młodszym? Jakby starsi nie chcieli dopuścić do świadomości, że gdzieś za nimi są ich młodsze wersje, piękniejszych, mądrzejszych, naiwniejszych, które trzeba koniecznie zgnoić, by nauczyli się, gdzie ich miejsce.

Wydawałoby się, że te wszystkie pościgi za świeżakami, akty wandalizmu, głębokie rozmowy przy zapalonym joincie stanowią preludium do wielkiej balangi, o jakiej nawet nam się nie śniło.

Ale sama balanga nie jest aż tak epicka, efektowna, jakby się mogło wydawać. Już większą fantazją wykazali się kadeci „Akademii Policyjnej”, jakby uczestniczyli w pogańskich obrządkach. Ale co tam. Najważniejsze jest spotkanie tych wszystkich różnych, młodych ludzi. Z dala od tego martwego, brudnego miasta i świata dorosłych, na zielonych polach marzeń znów rodzi się raj. Tu upalona młodzież mówi jak natchniona, rozkoszując się niewinnymi pocałunkami i sięgając po kolejne puchary z piwem, zawieszone na gałęziach drzew niczym zakazane owoce. Zabawa będzie trwała do białego rana, gdy znów zbudzi się ponura rzeczywistość, a niektórzy z bohaterów jak choćby Randall będą musieli dokonać pewnych, odważnych wyborów.

Minęło czterdzieści parę lat od tych wydarzeń. Ciekawe kim teraz są te dzieciaki? Co robią? Czy czują się spełnieni? Pozostaje nam tylko wyobraźnia, by dookreślić ich życiorysy, bo Linklater raczej nie nakręci „Dazed and Confused – Czterdzieści lat później”.

Ale jak wyglądają obecnie ci bohaterowie-aktorzy, możemy to sobie zobaczyć, oglądając ponowne spotkanie ekipy „Dazed nad confused”, którzy zdecydowali się jeszcze raz odegrać legendarne sceny z filmu, czytając je przed ekranem na skyp’ e.

 


I dokąd zaszli ci młodociani aktorzy? Dla jednych był to jednorazowy występ, dla innych z kolei początek poważniejszej kariery: Ben Affleck, Parker Posey, Rory Cochrane, Matthew McConaughey, a nawet Renee Zellweger znalazła się tam w kilku ujęciach. Richard Linklater po dwudziestu czterech latach zdecydował się powrócić do tej lekkiej i przyjemnej tematyki szkolnych lat w filmie „ Everybody wants some” utrzymanym również w klimacie lat siedemdziesiątych – gdzie i tym razem grupa nastolatków oddaje się hedonistycznym przyjemnościom.

 



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH