WIELKA CISZA


Pamiętam przed laty, że zawsze lubiłem wchodzić do pustych kościołów, gdzie panowała taka niezwykła, kojąca cisza. Człowiek siadał w ławce i myślał o wielu sprawach. Czasem przez drzwi dostał się jakiś dźwięk z ulicy i rozniósł echem jak spłoszony ptak, potem znowu dało się słychać czyjeś kroki, spotęgowane pogłosem.

 

Dziś jest coraz głośniej i coraz bardziej boję się ciszy.

 

Podczas gdy z głośnika rozbrzmiewa kojący chorał gregoriański, odbijający się od ścian wielkiej katedry, ja zaczynam swoje rozważania o „Wielkiej ciszy”. Właściwie powinienem to pisać w ciszy, w jakiejś ascetycznej celi, ale chyba wtedy nie mógłbym zebrać myśli. Zawsze musi być jakiś spokojny soundtrack. Cokolwiek. Cisza, podobnie jak biel potrafi irytować. Wciąż domaga się od nas jakiegoś wyjaśnienia, usprawiedliwienia naszej egzystencji. W ciszy nagle słyszymy niechciane myśli, więc szybko włączamy radio, albo telefon. Może to kwestia tych wszystkich elektronicznych gadżetów, do których już nawykliśmy. Zawsze musimy je mieć przy sobie, by co chwila przerywały nam wielką ciszę.

„Wielka cisza” to spore wyzwanie zarówno dla twórcy, Philipa Gröninga, który musiał czekać kilkanaście lat, aż przeor zakonu Kartuzów wreszcie się zgodzi na wejście z kamerą w życie mnichów, zamieszkujących klasztor na terenie Masywu Chartreuse we francuskich Alpach, jak i również spore wyzwanie dla samych widzów. Pamiętam dobrze, jak oglądałem ten film w liceum. Wyszliśmy do kina, by spędzić jakieś dwie godziny na obserwowaniu życia mnichów! Czemu akurat na ten film? Pojęcia nie mam. Ale może licealistom taki seans ciszy i obserwowania prostego życia się przyda. Powiem szczerze, że było w tym coś oczyszczającego, gdy przez lata człowiek karmił się głośną hollywoodzką papką. Może był w tym jakiś drogowskaz, aby dobrze się zastanowić, co się będzie robiło po maturze. Wiadomo, trzeba dopełnić planu. Przyszłościowe studia, staż, kariera, stabilizacja. A potem ciepły fotel, w którym jeszcze raz może zobaczymy „Wielką ciszę”, tylko czy będziemy zadowoleni z tego co wybraliśmy. Za dużo konformizmu, za mało prostoty? Może tak jak w „Podziemnym kręgu”, warto rzucić wszystko w cholerę, całe te awanse i zaszczyty, spalić cały ten nasz komfort. Może wtedy dorównalibyśmy świętym mężom. A może zawsze będziemy czuli jakiś wstyd przed nimi? Czyżby mnisi w swej ascezie byli zawsze lepsi od nas? Tacy bezwzględni w swych wyborach, nie znający litości dla jakiejkolwiek słabostki. Ich jedynym życiowym sukcesem jest to, że odrzucili to zwykłe życie i poświęcili je Bogu. Ile można tak leżeć na zimnej posadzce przed krzyżem? I jaki to ma sens? Czy ten obraz mnichów, którzy oddali się życiu w klasztorze nie jest przejawem braku ambicji? Mnisi kartuscy czy buddyjscy. Jaka to różnica. Jaki jest ich cel w tym świecie? I czy na siłę musimy szukać dla nich jakiejś roli w naszej rzeczywistości? Oto grupka milczących facetów postanowiła zamieszkać w jednym domu. Brzmi jak akt kapitulacji wobec rzeczywistości, albo stowarzyszenie wariatów. Ale robią swoje i nikomu nie przeszkadzają. Jedni pieką chleb, inni wykonują meble. A po ciężkiej pracy ci pobożni mężowie zadowalają się zjeżdżaniem na listkach z wielkiej góry jak dzieci. Właśnie takie zabawne momenty uchwycone przez reżysera dają nam odczuć, że mnisi nie są wyniosłymi mędrcami, którzy stronią od rozrywek, ale radują się każdą chwilą. Wszyscy oni razem tworzą niezwykły organizm, będący zbiorowym portretem Boga. Przynajmniej wszyscy chcą w to wie-rzyć. I niech wierzą i niech tak żyją, dając świadectwo Czasem im zazdrościmy, że w swoim milczeniu (które jest złotem) potrafią zrobić tak wiele i cieszyć się prostymi momentami. Nie przynudzają teologicznymi rozważaniami, tylko modlą się, śpiewają i przede wszystkim działają w swoim zgromadzeniu. Odrzucają głośną narrację świata, gdzie trzeba być wszędzie i nigdzie, widzieć i orientować się, zbierać lajki i suby, by przez chwilę poczuć ciepełko na ego.

Swoją drogą mnisi też poszli na kompromis z rzeczywistością, godząc na swoiste „reality show” ze swojego klasztornego życia, by w ten sposób podzielić się swoją duchowością z innymi. Nie można się tak zupełnie odłączyć od tego głośnego świata, który wbrew pozorom wciąż tęskni do tej oczyszczającej ciszy, gdzie można usłyszeć tak wiele.

 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH