WOJNA PAŃSTWA ROSE. AMORE MORTE TRENO. PŁATKI I CIERNIE. GUNS AND ROSES



Nie, nie będzie o wojnie Lancasterów z Yorkami w latach 1455-1485, będzie za to o wojnie małżeńskiej z dantejskimi scenami – czyli Dante przeklął Beatrycze? I tak zatoczyli krąg w piekle. O ile te dantejskie sceny tortur mogłyby doprowadzić Gomeza i Morticię Addams do orgazmu, o tyle w przypadku państwa Rose są nagromadzeniem tych wszystkich niewypowiedzianych dotąd frustracji, które były skrzętnie skrywane pod płaszczykiem udanego małżeństwa okraszonego luksusem.

Film ten w reżyserii Danny’ego DeVito, który lubuje się w gatunku czarnej komedii, jest ekranizacją książki o tym samym tytule autora Warrena Adlera. DeVito jako reżyser przyjmuje tu także rolę narratora-prawnika. Nie dziwi więc ten ironiczny ton prawnika, który niejedną bestię bronił przed inną bestią. Wszak prawnicy są jak spowiednicy, wiedzą o wszystkich brudach swoich klientów i próbują je ułożyć w przekonującą hist(e)oryjkę, by tak przekonać ławę przysięgłych do ich racji. Gavin jednak tą tragiczną historią Państwa Rose, swoich przyjaciół, snuje nam ku przestrodze. Danny Devito, Michael Douglas, Kathleen Turner – ten trójkąt jest nam znany już ze słynnego „Klejontu Nilu”. Jack Colton i Jeane Wilder po drobnych złośliwościach, burzliwych przygodach w stylu Indiany Jonesa i Marion Rayvenwood, tworzą piękną parę, ale w końcu dopada ich rutyna, codzienność zwykłego życia i ogólne zmęczenie sobą. To takie typowe. Za szybko? Zaraz, zaraz, przewińmy raz taśmę. I prześledźmy historię państwa Rose.

Oto Oliver Rose, zdolny student prawa licytuje starą chińską figurkę na pewnej aukcji, a konkuruje z nim pewna dziewczyna, Barbara, która w końcu przebija wszystkich. Może jej ta figurka również się podobała, a może chciała zrobić na złość temu młodzieńcowi i w taki nietypowy sposób nawiązać z nim relację. Ona wygrywa, ona zawsze będzie chciała z nim wygrać. To wystarczyło, by połączyć tych dwoje. Licytacja i ta porcelanowa figurka, niczym metafora miłości, która w pewnym momencie się stłucze na drobne kawałki. Lecz teraz patrzmy i się zachwycajmy. Oliver i Barbara – jaka piękna para! To nazwisko Rose. Róża, piękna, czerwona, z kolcami, które ranią. Bo czy małżeństwo to tylko sielanka? I czy lepiej, żeby ta sielanka była na początku, czy na końcu. Ciernista droga do aksamitnego, czerwonego pąku, a może powolne schodzenie z wyschniętego pąku ku cierniom? Jak zwykle, na początku zawsze jest pięknie, nawet jeśli dookoła nie ma luksusów, wszystko z drugiej ręki, obskurne wnętrze, dzieci hałasują. To już mamy dzieci?! Romeo i Julia doczekali się pociech. To już coś naprawdę poważnego, a nie tylko wichry namiętności i romantyczne utyskiwania. Oszczędzanie i pierwsze ambicje zawodowe Olivera, który jako głowa rodziny musi zarabiać więcej. Ale i Barbara mu dotrzymuje kroku jako kelnerka, zwłaszcza w tych pierwszych latach małżeństwa. Jeszcze trochę szaleństwa i ten niezwykły prezent w postaci staromodnego samochodu Morgan. Niby wszystko dobrze, w normie, pewne napięcia, ale pod kontrolą. Romantyzm powoli odparowuje, a pieczeń trochę się spieka, choć wciąż pachnie pięknie. Wreszcie nowy dom, spory majątek. Oliver, wzięty prawnik staje się niczym Gordon Gekko lub Nicholas Van Orton z „Gry”. Dzieci dorastają, zwiększa się dystans między małżonkami. Może dlatego potrzebują oni tak wielkiego domu, pełnego różnych zakamarków, dodatkowych sypialni, które można urządzać w nieskończoność. Te dodatki, szpargałki, bzdurki, porcelanowe figurki, które zdobią wszystkie półki, jak w galerii, na kolumnach te cenne pierdółki, świadczą o dobrym smaku i informują gości, że to bardzo kulturalny dom. Urządzenie wnętrz to specjalność Barbary, która jako wzięta pani domu codziennie walczy, by ognisko rodzinne płonęło w miarę jasnym płomieniem, podczas gdy Oliver zdradza ją z pracą, by jakoś utrzymać ten piękny, okazały dom.

Zazdrosna żona, która żyje w cieniu męża, widząc, jak on rozkwita zawodowo, powoli mu zazdrości. Może nowa praca dałaby jej spełnienie? Może ona też potrzebuje sukcesów, na przykład własnej działalności gospodarczej. Pieczeń nad małżeńskim ogniskiem staje się coraz ciemniejsza. Barbara postawia, że spełni się zawodowo jako organizatorka przyjęć i kucharka. Będzie przygotowywała różne wykwintne dania na ważne uroczystości, w tym pasztet. A i pasztet, w negatywnym tego słowa znaczeniu, robi się w małżeństwie państwa Rose. Pewnego dnia, gdy Oliver trafia do szpitala z powodu poważnych problemów z przewodem pokarmowym, Barbara zdaje sobie sprawę, że wreszcie mogłaby być wolna bez Olivera. Gdyby on umarł? Dziwne, a jednak to impuls, by się rozwieść. Tu już to typowe love story zmienia się w psychologiczną grę.

 

Barbara piecze pasztet i chce rozwodu!

 

Ale o co jej chodzi? Gdyby on ją chociaż zdradzał! Ona także nikogo nie miała na boku. O co ci chodzi? Jej milczenie to najgorszy znak. Małżeństwo staje się psychologiczną zagadką i torturą. Rachunek sumienia? Oliver próbuje zrozumieć, czym zawinił. Zaniedbywał ją, źle traktował, lekceważył? Może ostatnio był za bardzo zapracowany, skoncentrowany na zarabianiu pieniędzy. Nie poświęcał jej dużo czasu. Taki racjonalista, dobrze ułożony facet, który wszystko dokładnie planuje i przewiduje, który zawsze chce mieć rację. No i dumny posiadacz psa. A ona? Bardziej porywcza, bardziej romantyczna, no i miłośniczka kotów.

A potem jest coraz gorzej. Płonie choinka. Święta już nie są takie samo. To już zgliszcza dawnej atmosfery. Wszystko osmolone wzajemnymi zarzutami. Dzieci, które jeszcze jakoś stabilizowały rodziną atmosferę, wyjeżdżają na studia, by wreszcie dojrzeć jako piękne róże, podczas gdy ich rodzice powoli usychają, męcząc się ze sobą. Od piekących słówek aż do rękoczynów, w czułe miejsca. Coraz mocniej, głośniej, namiętność miesza się z gniewem. Sprawa rozwodowa w toku, lecz małżonkowie nie chcą zrezygnować z okazałego domu, w który włożyli tyle pieniędzy i wysiłku. Skoro żadna ze stron nie chce się wyprowadzić do czasu uzyskania rozwodu, dom zostaje podzielony na terytoria jego i jej oraz te neutralne pola jak kuchnia czy łazienka. Tak jak powoli niszczeje ich małżeństwo, tak i sam dom zmienia się w ruderę rodem z horrorów, zaniedbaną, pełną pułapek, zastawionych na małżonka. A zabawa polega na tym, kto szybciej się wyprowadzi? Wszystkie chwyty dozwolone. W ruch idą młotki, śruby, deski. To jest wojna. Do diabła z sentymentami. Scena podczas kolacji, gdy Oliver przeszkadza gościom Barbary i sika na rybę, która za chwilę miała być podana, a potem ten pojedynek samochodowy między małżonkami. On w swoim niskim, małym Martinie, a ona w tym wielkim, wysokim Jeepie, który w kilka minut miażdży jego auto. Wszystko to zapowiada, że z minuty na minutę, będzie coraz ostrzej.


Mocne i przerażające, że ci ludzie, którzy kiedyś się kochali, teraz myślą, jak się tu siebie pozbyć nawzajem. Z jednej strony obrzucają się obelgami i rzucają w siebie talerzami, ale po chwili zaniepokojony Oliver chce sprawdzić, czy Barbarze nic się nie stało, czy odłamek porcelany nie uszkodził jej oka. Jakże naiwne to podejście w wojnie, bo sprytna Barbara już załatwia go kijem. W tej walce widać, że to ona nie ma już żadnych sentymentów co do tego związku, nie zawaha się zabić swego męża, podczas gdy on jeszcze próbuje ją „nawrócić”, dać jej szansę, chce ją ratować, nawet na tym wiszącym żyrandolu. Zabawne i smutne to zarazem, że tych dwoje ambitnych ludzi walczy o ten podniszczony dom jak o najcenniejszą rzecz na świecie. Jakby tam pośród tych cegieł i desek ukryta była ich miłość. Lecz tu, między nimi wszystko jest takie jaskrawe. Perwersja. Stłumiony popęd seksualny zmienia się w popęd do zabijania? Amore morte treno! Tak bardzo się kochamy, że aż nienawidzimy? Aż do końca.

Dobrze się zastanówcie, gdy powiecie przed ołtarzem „tak”… bo po latach litery się przestawią w bezduszny AKT i wreszcie KAT. Spoczywajcie w pokoju dwie Róże. Może kiedyś spleciecie się znowu

Ścięte róże, ostre kolce, ściekająca krew i ta słodka kojąca woń miłości. Róże na ślubie, róże na cmentarzu.

Gavin się uśmiecha, kończy papierosa. Zamyka biuro i wraca do swojej żony.

 





Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH