MEDIUM. CZAS ZEBRAĆ KUKIEŁKI NA OSTATNIE PRZEDSTAWIENIE

 


Połowa lat osiemdziesiątych, polskie kino pełne niespokojnych narracji. Podczas gdy w telewizji porucznik Borewicz jeszcze zgłębiał mroczne tajemnice półświatka, Jacek Koprowicz sięgnął po tajemnice okultyzmu, by stworzyć horror i kryminał w jednym – to dość unikalna kompozycja w polskiej kinematografii, która raczej w tamtych latach mocno bazowała na moralnym niepokoju, kinie obyczajowym, sensacji, czy komedii, by dać odetchnąć zdyszanym obywatelom w komunistycznej rzeczywistości.

Horror w Polsce? Przepraszam, w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Wystarczy, że długie kolejki po dawno wykupione produkty były horrorem. Kto by pomyślał, żeby jeszcze straszyć ludzi horrorami. No ale w latach siedemdziesiątych mieliśmy „Lokis. Rękopis profesora Wittembacha”, „Diabła”, czy bardziej jaskrawą „Wilczycę”. Trzeba przyznać, że stare filmy pomimo skromnych efektów specjalnych potrafią naprawdę przestraszyć. Ostry makijaż, przedziwne charakteryzacje (jak z wytwórni Hammer) mocne zbliżenie na przerażone oczy, gra świateł, muzyka, odgłosy. Nastrój i wyobraźnia widza. To rzadkie przykłady polskiego kina grozy.

Zresztą dzisiaj też trudno znaleźć w (zwłaszcza) w polskiej kinematografii ciekawe horrory. Jakoś w Polsce ten gatunek nie przyjął się aż tak bardzo, jak choćby w Ameryce, gdzie z kolei horrorów jest jak na pęczki, przez co sam gatunek bardzo spowszedniał, a spece od makijażu i efektów specjalnych wydają się być ważniejsi niż sami aktorzy. Dominuje przerost formy nad treścią. A tak w ogóle nasuwa się tu inne pytanie, mianowicie, czy właściwie horrory jeszcze są w stanie nas czymś zaskoczyć? Duchy, wilkołaki, parapsychologia, mściciele z piłą łańcuchową, wampiry czy lalki o dziwnej energii, egzorcyści i demony. Im więcej tych wszystkich dziwadeł, tym horror staje się groteską, jaskrawą komedią, na której nie wiadomo czy się śmiać się z tego całego cyrku, czy płakać, że się ogląda takie bzdury. I czy robienie horrorów w ogóle może być czymś ambitnym? Może horrory to obciach dla samych twórców, bo sam gatunek tego kina jest bądź co bądź, naznaczony jakąś pejoratywnością i tandetą. Wszystko już było. Dookoła nas stosy odciętych głów i litry przelanej sztucznej krwi, a my raczymy się czarną żółcią dekadentyzmu i czekamy na apokalipsę. Może czas na powrót do bardziej subtelnych sposobów narracji grozy?

Jacek Koprowicz zrozumiał to trzydzieści trzy lata temu, gdy postanowił odważnie zrealizować swój drugi film po „Przeznaczeniu”, poświęconym życiu i twórczości poety Kazimierza Przerwy-Tetmajera. W „Medium” znów zobaczymy znajomych aktorów z poprzedniego dzieła reżysera: Mariusza Benoita, który nawet w skromnej drugoplanowej kreacji potrafi zaniepokoić widza, Władysława Kowalskiego czy Michała Bajora. Do tego jeszcze charakterystyczny Jerzy Nowak, amant Jerzy Zelnik, zmysłowa Grażyna Szapołowska, czy ekspresywny Jerzy Stuhr, który potem z synem Maciejem pojawią się na planie „Mistyfikacji”. Koprowicz w tym filmie będzie snuł alternatywną wersję życia Mistrza Witkacego, który upozorował własną śmierć.

W „Medium” też mamy coś w rodzaju wielkiej mistyfikacji, gdzie musi nastąpić śmierć sobowtórów, by narodziło się nowe życie. Brzmi intrygująco? Żadnych tandetnych potworów, upiorów, duchów. W tle okultyzm, horoskopy, kury, parapsychologia i tytułowe medium. To, co powoduje dreszcze, dzieje się gdzieś pomiędzy, w ludzkiej psychice, na cienkim ostrzu normalności i obłędu, w tych niespokojnych twarzach aktorów, tej sennej, ciemnej scenerii Wolnego Miasta Gdańsk, problematycznego w swej sytuacji geopolitycznej. Na ulicach sztandary ze swastyką. W urzędach portrety z Hitlerem, niemieckie patrole no i niespokojni mieszkańcy. Koprowicz wraz z operatorami Witem Dąbalem i Jerzym Zielińskim stworzył niezwykły nastrój w tym filmie. Blask dawnej epoki, stroje, fryzury, samochody. A do tego jeszcze ta oniryczna muzyka Krzesimira Dębskiego.

Wszystkie te wydarzenia, które oglądamy z narastającym niepokojem zdają się być przygotowaniem do przedstawienia, w którym główni aktorzy nie do końca świadomi swoich ról, mają jeszcze raz odtworzyć pewne tragiczne wydarzenie z przed trzydziestu paru lat. Nie znający siebie, pochodzący z różnych miast bohaterowie: alkoholik, inspektor policji Selin, nauczycielka Luiza, Andrzej Gaszewski, czy znerwicowany Georg Netz, urzędnik bankowy z Berlina — wszyscy oni nawet nie zdają sobie sprawy, że są pionkami na szachownicy pewnego sprytnego reżysera. Opanował on bowiem do perfekcji działanie swego umysłu i stał się niebezpiecznym medium, które jest w stanie kontrolować inne umysły. Czwórka zahipnotyzowanych aktorów zmierza w stronę jednego punktu, jakim jest podniszczona willa Orwiczów (Willa Bergera w Sopocie), położona w malowniczym ogrodzie. Niepokoi i ciekawi, jak nawiedzony dom. Może nie jest tak straszny jak wiktoriańska rezydencja Addamsów, ale gdy tylko się dowiemy, co się tam wydarzyło przed laty, od razu zwolnimy kroku i zastanowimy się dwa razy, czy przekroczyć próg tego domostwa, jakby czaiła się tam jakaś zła siła (jak w pokoju 1408 z opowiadania Kinga). W willi tej mieszka Aleksander Orwicz, który w taki nietypowy dla siebie sposób zaprasza ludzi do siebie, kontrolując ich umysły. Na ten moment czekał całe życie, by zebrać wszystkich aktorów na scenie, którzy są łudząco podobni do tych ludzi z tragicznej historii z przed trzydziestu paru lat, gdzie postaciami byli: Zmysłowa żona, niewidomy mąż (rodzice samego Orwicza), na dokładkę kochanek i jeszcze odrzucony adorator z garbem na plecach. Niespełniona miłość do kobiety, igrająca ludzkimi uczuciami, przerodziła się w szaleństwo, wsuwając w dłonie odrzuconego adoratora siekierę. Zadał on nią krwawe ciosy, a na koniec sam się powiesił. Koniec przedstawienia. Lecz przerażone dziecko jeszcze rozglądało się po leżących ciałach w starych scenografiach. Kilkuletni wówczas Aleksander Orwicz chyba nie zdawał sobie sprawy, że właśnie został sierotą. Teraz po tylu latach, jako dojrzały mężczyzna chce wrócić do tych wydarzeń. Ale jak to możliwe? Czasu przecież nie można cofnąć. I po co w ogóle wracać do tak okropnych wydarzeń? Pewnie było wiele radośniejszych chwil w jego życiu, które można by ustawić w wehikule czasu. Orwicz jednak jest sprytnym graczem. Chce ułożyć ludzkie pionki tak, aby wrócić do przeszłości i samemu stać się dzieckiem, a tym samym narodzić się na nowo. Ma ku temu powody. Sam w wieku czterdziestu paru lat zmaga się z ostrą cukrzycą i raczej wegetuje niż żyje. Przez cały film w ogóle się nie odzywa, bo jest nieprzytomny, choć świadomy! Cukrzyca już mocno spustoszyła jego organizm. Chuderlawy, anemiczny, łysawy wymoczek wykończony chorobą. Powrót do dzieciństwa to dla nie niego powrót do zdrowia. Gdy jeszcze raz czytamy sobie przepis na ten powrót do sił, łapiemy się za głowę, dziwiąc się, jak to wszystko brzmi nieodrzecznie. Bogu ducha winni ludzie, podobni z wyglądu do bohaterów tragedii z przed lat, mają jeszcze raz odegrać, a właściwie się poświęcić i zginąć, by w ten sposób odtworzyć masakrę, której świadkiem był mały wówczas Aleksander Orwicz. Kompletne wariactwo! A może właśnie na tym polega całe życie! Na jednej wielkiej powtórce określonych schematów, między którymi następują pewne interwały. Dziwny splot zdarzeń w wielkim łańcuchu DNA. Powtarzamy to, co już dawno temu snuli inni. Jesteśmy tylko kopiami, które muszą wypełnić kolejny cykl w wielkiej narracji, wiec zapomnijmy o swojej oryginalności. Wszyscy jesteśmy częścią planu wielkiego kuglarza. Jedyne, co mogłoby powstrzymać tak silne medium jak Orwicza to jego śmierć. Tyle, że on nie da się tak łatwo zabić. Zastanawia się nad tym wybitny parapsycholog Wagner, członek towarzystwa teozoficznego, który od lat układa ludziom horoskopy i przewiduje ich datę śmierci. Zapieczętowane koperty z nazwiskiem i datą zgonu trzyma w swoim archiwum. Tragedia wisi w powietrzu. Nikt nie jest w stanie się przeciwstawić potędze umysłu Orwicza, który umiejętnie prowadzi swoich aktorów na miejsce zbrodni. Nawet Greta siostra Wagnera, równie utalentowane medium przegrywa z Orwiczem. Ta scena, gdy jej krzesło porusza się tu i tam, aby w końcu z nią samą uderzyć o ścianę i pozbawić ją życia, robi piorunujące wrażenie. Szyby się rozbijają, zapada zmrok. To zaćmienie słońca. Godzina jest bliska, by przedstawienie się rozpoczęło.

Gladiatorzy mają zrobić swoje. Krew ma się przelać na ołtarzu przeszłości, tak jak przed trzydziestu sześciu laty, a wtedy nastąpi nowe życie dla samego Aleksandra Orwicza. Niezwykłe, że ponad tym płaskim dualizmem silnych i słabych, ponad hitlerowską flagą, są jeszcze potężniejsze siły, o których pewnie Führer (zafascynowany przecież okultyzmem) mógłby tylko pomarzyć. Gdyby miał w niewoli takiego Orwicza, gdyby zmusił go do dokonywania zbrodni na odległość, byłby potęgą. Ale kto w gruncie rzeczy uwierzyłby w tą dziwną historię?

Ostatnim świadkiem, który próbuje zrelacjonować te wszystkie wydarzenia w siedzibie Gestapo jest młody, ambitny policjant Krank (Michał Bajor). Ambitny policjant, który ze swoim zdrowym rozsądkiem popiera silniejszych. To on starannie wiesza portret Hitlera na posterunku policji i kabluje w posterunku Gestapo na swojego przełożonego, komisarza Selina, który nadużywa alkoholu.

Krank, którego niemieckie nazwisko oznacza „zdrowie”, zostanie mocno nadszarpnięte przez całą tą dziwną sprawę. Nagle zda sobie sprawę, że ponad siłą okupantów i zbrodniarzy jest także siła ludzkiej psychiki, co nawet powinno być krzepiące. Choć tragiczne okoliczności zgłębienia tej prawdy nie są zbyt przyjemne. Zwłaszcza, że jego przełożony, komisarz Selin, jako jeden z aktorów tej tragedii również pada ofiarą morderstwa. Nie ma nic gorszego dla policjanta służbisty niż sprawy ocierające się o psychologię i magię. Krank, który był dotąd zimnym służbistą kończy jako rozhisteryzowany kandydat do szpitala psychiatrycznego, podobnie jak Ivan Bezdomny, bezbronny wobec potęgi parapsychologii.

 


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH