MALI ŻOŁNIERZE. DUŻE KŁOPOTY
Gdy wracam wspomnieniami do tego filmu, najbardziej zdumiewa mnie fakt, że obejrzałem go pierwszy raz w kinie i to jeszcze na jakimś wypadzie ze szkoły. Cała nasza klasa patrzyła z zaciekawieniem jak te małe figurki tyranizują okolice. Wcześniej już miałem za sobą „Toy Story”, ale „Mali Żołnierze” to jednak zupełnie inny klimat kina. To nie ta słodka disneyowska narracja, do której przez lata byliśmy przyzwyczajani i rozmiękczani, to mocne uderzenie między oczy. A potrafi zaboleć, gdy masz osiem, czy dziewięć lat.
Joe Dante jak to Dante, umiejętnie balansuje między komedią, horrorem i przygodą. Ten film jak żaden inny przekonuje, że cokolwiek uczyniliście złego swoim zabawkom, one wam oddadzą z nawiązką. Potem ten motyw zemsty zabawek zobaczymy w innych horrorach o demonicznych lalkach, które będą dążyły do unicestwienia swoich właścicieli. Brzmi przerażająco, a ciemna sceneria „Małych żołnierzy” znacząco kontrastuje z jasnym „Toy Story”. Czuć i widać tu rękę mistrza Dantego, który znów nam ukazuje fragment piekła, tym razem usianego zabawkami. Który to krąg? Wcześniej już odwiedziliśmy strefę mroku, piętro wilkołaków, dalej krąg Gremlinów, a potem jeszcze wjechaliśmy winą na posesję piekielnych sąsiadów, mieszkających na przedmieściach.
I tu także, na przedmieściach ma się rozegrać wojna między armią komandosów, dowodzonych przez majora Chipa Ryzyka, a grupą potworów pochodzących z Gorgonii, którzy mają wpisane w swoim statusie zawsze przegrywać. Jednak te zabawki są rewolucyjne jak na swoje czasy. Potrafią się uczyć, a ich umysłami są mikroprocesory. To oznacza, ze zarówno „urodzeni zwycięzcy” mogą być doskonalsi, jak i przegrane potwory mogą jeszcze więcej się nauczyć w sztuce wojennej. Kto zatem zwycięży?
Odruchowo zawsze chcemy kibicować tym silnym, dobrze wyglądającym żołnierzykom, którzy muszą zgładzić te wstrętne, oślizłe potwory, Gorgonitów, podobnych w swej fizjonomii do potworów z „Gwiezdnych wojen”, skaczących po szachownicy. Ale oczywiście ta baśń ma pokazać, że nie można oceniać po pierwszym wrażeniu i wyglądzie. To żołnierze są prawdziwymi bestiami, siejącymi piekło zniszczenia, krzycząc „nie będzie litości”, podczas gdy Gorgonici pragną pokoju i odnalezienia swojej ojczyzny Gorgoni, być może znajdującej się w parku Yosemite.
A kto im w tym pomoże, kto zostanie wplątany w tą rozgrywkę między zabawkami? Oczywiście, że pewien chłopiec, który akurat znalazł się na rozstajnych drogach swego życia. Poznajcie Alana Abernathy’ ego, który jak na swoje piętnaście lat nieźle już narozrabiał, eksperymentując z alarmami przeciwpożarowymi w pewnej szkole, z której koniec końców został wyrzucony z hukiem, podobnie jak z kliku wcześniejszych. Teraz musi jakoś zapracować na zaufanie wyczulonych rodziców, którzy traktują go jak czubka. „Nieprzystosowany nastolatek z problemami emocjonalnymi, który chce zwrócić na siebie uwagę” – takie i inne wpisy w ankiecie psychologa pewnie figurą na temat Alana. No cóż, trzeba jakoś wdrożyć się w struktury zwyczajnego życia. Jedynym lekarstwem dla takich niespokojnych dzieciaków jak Alan jest rutyna. Codziennie chłopak posłusznie po szkole idzie do sklepu swego ojca. Ale to nie byle jaki sklep. To sklep z zabawkami, choć nieco staromodnymi, prędzej znajdziesz tam drewniane klocki i yo-yo niż przebojowych „Małych żołnierzy”, którzy zapowiadają wielką rewolucję w świecie zabawek. Ojciec Alana podchodzie dość idealistycznie do repertuaru swego sklepu, gdzie nie toleruje militarnych zabawek. Ale to akcja się najlepiej sprzedaje, czyż nie? Zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, gdzie zbyt dużo ludzi ma przy sobie spluwę. Pewnego razu pod nieobecność ojca, Alan decyduje, że może weźmie na próbę komplet takich żołnierzyków, by mieć lepszy utarg w sklepie. Ojciec by się ucieszył. Wreszcie sklep przynosiłby jakieś konkretne dochody. I tak zaczyna się przygoda Alana z Małymi żołnierzami i Gorgonitami, którzy nie są taki zwykłymi zabawkami, na jakie wyglądali. Pech w tym, że w zabawkach tych zastosowano wojskowe chipy, dzięki którym każda z tych zabawek jest jak mały terminator, a Alan i reszta jego rodziny boleśnie doświadczą testowej wersji tych żołnierzyków. Ale z drugiej strony nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Wszak właśnie w takich ekstremalnych sytuacjach Alan może wreszcie udowodnić swoim rodzicom, że potrafi walczyć i chronić swoich bliskich.
Film momentami jest mroczny i przerażający. Widzimy zabawki, które ze swoim wyszczerzonym „uśmiechem psychopatów”, z pomysłowością McGyvera są w stanie zbudować bojowe maszyny i atakować nimi przerażonych ludzi. Gdy z kolei spojrzymy na obsadę, od razu nam się pojawia uśmiech na twarzy. Widzimy starych znajomych, jak Wendy Schaal, Roberta Picardo, Dicka Millera, którzy dziewięć lat wcześniej pojawili się na planie „The Burbs”. Potem Dennis Leary, David Cross, Jay Mohr, Kevin Dunn, czy wreszcie Phil Hartman, dla którego to jeden z ostatnich filmów w życiu. Aktor po zakończeniu zdjęć do „Małych żołnierzy”, został zastrzelony przez swoją żonę.
Nie można też w obsadzie zlekceważyć nastoletniej Kirsten Dunst, która trzy lata wcześniej grała w legendarnym „Jumanji”. A ten film również, podobnie jak „Mali żołnierze” potrafi bawić i zarazem niepokoić. Ale co najważniejsze oba te obrazy umiejętnie łączą w sobie animatorniką z animacją komputerową. Z całym szacunkiem dla wszystkich aktorów występujących w „Małych żołnierzach”, trzeba powiedzieć jasno, że film ten nie ugina się pod ciężarem wielkich nazwisk pierwszego planu Hollywoodu i właściwie ludzcy bohaterowie nie mają tu takiego znaczenia, jak właśnie zabawki. Chociaż Tommy Lee Jones doskonale podkłada głos pod Chipa Hazarda, to jednak i on przestaje być ważny wobec kunsztu animatorów kukiełek i animacji komputerowej, która gra tu główną rolę, ukazując nam zabawki z ognistym temperamentem. Potrafią się cieszyć, strzelać rubasznymi powiedzonkami, wpadać w furię i wzruszać. Komandosi przede wszystkim bawią i przerażają swoją przemocą. Gorgonici również bawią, ale przede wszystkim wzruszają nas pragnieniem odnalezienia swojej ojczyzny, zwanej Gorgonią. Zawsze mi się podobała ta scena, gdy Alan stara się przekonać Archera, że być może tej wyśnionej Gorgoni wcale nie ma. Na co mądry przywódca Grgonitów odpowiada mu, że to, czego nie widać, nie znaczy, że nie istnieje, tak samo jak było z wiatrem, o którym wcześniej mówił Alan.
Mając za poprzedników takich wybitnych animatorów jak Raya Harryhausena, który ożywił Kin-Konga, Phila Tippetta, poruszającego maszynami AT-AT, czy wreszcie wspomnianą w kontekście zabawek, produkcję „Toy Story”, twórcy „Małych żołnierzy” poszli o krok dalej, aby połączyć grafikę komputerową ze scenami, w których występują prawdziwi aktorzy. Szczególne Laury należą się Stanowi Winstonowi, projektantowi i charakteryzatorowi, (mającemu na koncie takie produkcje jak: „Terminator”, „Predator”, „Park Jurajski”), odpowiedzialnemu za projekt kukiełek, którymi operował cały sztab zdolnych animatorów. Najpierw nagrywali oni sceny z kukiełkami, sterując nimi za pomocą drucików i sznureczków, by potem przenieść te obrazy do komputera i nałożyć cyfrowy obraz. W ten sposób uzyskali bardziej płynne ruchy postaci, jak choćby niesamowity efekt tornada (coś w stylu Diabła tasmańskiego z „Looney Tunes”) chaotycznego potworka „Szaleniaka”, będącego tu i tam i gadającego tak szybko jak komentator sportowy. Ujęcia są tak zgrabne, że nie czujemy tu tej tandetnej grafiki z gier komputerowych lat dziewięćdziesiątych.
Dla bardziej ciekawskich, zapraszamy na strony:
https://www.stanwinstonschool.com/blog/small-soldiers-behind-the-scenes-puppet-performance-stan-winston-studio
Mogłoby się wydawać, że film o zabawkach nie zasługuje raczej na klasyczny, wzniosły soundtrack ze smyczkami, a jednak gdy słyszymy główny motyw z „wojskowym” marszem (ścieżka numer 3, „Assembly line”) i widzimy jak na taśmie montażowej powstają tytułowi „Mali żołnierze”, przechodzą nas dreszcze. To niezawodny Jerry Goldsmith gra na naszych emocjach. To nie pierwsza jego współpraca z Joe Dantem. Wcześniej kompozytor dopełniał niepokojącymi dźwiękami atmosferę „Na przedmieściach”. Ale nie tylko Goldsmith gra tu pierwsze skrzypce. Czasem potrzeba swobodniejszej lub ostrzejszej nuty, dlatego „Mali żołnierze” mają bardzo różnorodny soundtrack.
No i tylko spójrzmy na playlistę: Led Zeppelin i ich „Dazed nad Confused” doskonale opisujący stan klęski po ataku Małych żołnierzy, czy Queen: „Another one bites the dust” (w wersji rapowanej), jako hasło przewodnie małych żołnierzy, że oto przegrani, ostatni, frajerzy będą gryźć piach. Do tego jeszcze Billy Squier, Pat Benatar, The Pretenders, Rush, The Cult, czy nawet Spice Girls z hitem „If you wanne be my lover” użyty w scenie bitwy między Małymi żołnierzami a ludźmi (cywilami). Sprytni mali żołnierze wiedzą, jak znęcać się nad uszami i psychiką swoich wrogów – wystarczy puścić na full Spice Girls i już wszyscy miękną.
Komentarze
Prześlij komentarz