SUŁTANI WESTERNU
Kiedy czujesz, że już nie będziesz wyglądał lepiej i kiedy już nic lepszego cię nie spotka. No właśnie, co wtedy? Zmarszczki na czole i poczucie niespełnienia. Mitcha Robbinsa coraz częściej dopadają takie myśli. Nieuchronnie zbliża się do tej magicznej daty: czterdziestu urodzin, kiedy czas zrobić bilans życiowych osiągnięć i porażek. Poukładać wszystko na dębowych półkach, odmierzyć na wagach, ustalić proporcje, granice, receptury i zastanowić, czy to wszystko zmierza w dobrym kierunku. Czy może całe życie to jedna wielka autodestrukcja. I co wtedy? Znów zacząć wszystko od nowa?!
Mitch ze swoimi obawami, poczuciem wypalenia i tak nie powinien narzekać. Jako jedyny ze swoich kumpli ma całkiem unormowane życie rodzinne i sporo poczucia humoru w stosunku do rzeczywistości, która czasem daje kopa. Obok siebie ma wyrozumiałą żonę i dwójkę dzieci, a przez telefon słyszy głos swojej żartobliwej matki, składającej mu życzenia. Czy to jest szczyt, na który już wszedł? W pracy lepiej lub gorzej. Ale Mitch raczej nie zamierza tego porzucać w imię jakiś niespełnionych ambicji. Jest dobrze. Wszystko się równoważy, podczas gdy po jego prawicy i lewicy dwaj kumple jak przeciwne bieguny wciąż eksperymentują z różnymi modelami życia.
Na przykład taki ciapowaty Phil (w tej roli Daniel Stern robiący sobie przerwę od Kevina) nie może już wytrzymać ze swoją despotyczną żoną i jej równie kierowniczym tatusiem, u którego pracuje. Aby jakoś odreagować to napięcie, Phil wikła się w romans z młodszą kasjerką w sklepie swojego teścia. Idealny powód, by wreszcie postawić na swoim i się rozwieść.
Ed z kolei wciąż uparcie zmienia kobiety jak rękawiczki, by się dowartościować. Oczywiście, że młodsze, oczywiście, że piękne. Właściwie ostatnio Ed się ożenił z taką młodszą pięknością, modelką, która coraz bardziej chce mieć dzieci, co dla Eda jest zbyt dużą odpowiedzialnością
To kolejne spotkanie Bruna Kirby’ego z Billym Crystalem. Dwa lata wcześniej rozważali sprawy miłości i przyjaźni w komedii „Kiedy Harry poznał Sally”, w tym filmie rozważają nowe przygody i sporty ekstremalne, by nie dać się monotonii życia w średnim wieku. Ci trzej panowie czują, że od dłuższego czasu miotają się w życiowych problemach, ciągle coś analizują, dyskutują, czasem zdecydują się na jakieś ekstremalne sporty, a po wszystkim i tak czują zrezygnowane spojrzenia swoich żon, które patrzą na nich, jak na wiecznych chłopców, którzy nie potrafią się godnie zestarzeć.
Nadarza się kolejna ucieczka od monotonii, jednak o trochę o nietypowym charakterze. Tym razem śmiałkowie nie będą się wspinać po skałach, skakać na bungee, czy serfować na wysokich falach, tylko zostaną poganiaczami bydła. Fascynujące. Przetarte dżinsy, kowbojki, koszule flanelowe i obowiązkowe kapelusze, jeszcze do tego bicz i jakiś posłuszny rumak, a można poczuć się jak Indiana Jones. Skojarzenie to może właściwe w kontekście archeologii własnych doświadczeń. Czasem trzeba się mocno napocić, by wreszcie dokopać się do tego, co jest w nas gdzieś głęboko, co przez te wszystkie lata przykryliśmy uprasowanymi koszulami, krawatami, uniformem dorosłości i powagi. Poganiacze bydła, czyli idealna rozrywka dla sfrustrowanych ludzi w średnim wieku. Ale mogło być gorzej. Mogli przecież iść na Everest, kolejną rozrywkę bogatych, spragnionych głębokich doświadczeń. A propos Everestu. W 2015 roku doczekaliśmy się produkcji „Everest” opowiadającej o tragicznej wyprawie z 1996 roku, gdzie jedną z głównych ról grał Jake Gyllenhaal (jako Scott Fischer). „Sułatani westernu” to jego debiut aktorki, gdzie możemy go zobaczyć jako jedenastoletniego syna głównego bohatera, Mitcha Robbinsa. Z kolei córkę Mitcha zagrała Lindsay Crystal, córka Billy’ego Crystala.
Póki co rozkoszujmy się kowbojskim życiem. Im mniej wygód, tym lepiej. Niech mieszczuchy dostaną w kość jak nigdy, niech poczują przygodę. Cała ta zabawa to taki protoplasta tego, co zobaczymy w „Grze” Davida Finchera. W tym filmie znudzony monotonią życia inwestor giełdowy decyduje się na tajemniczą grę, gdzie niejeden raz zajrzy śmierci w oczy, by tak poczuć, że jednak żyje, a nie jest tylko robotem w garniturze.
Jeśli założyć, że ten film to taka baśń o poszukiwaniu siebie, to oczywiście naszym mieszczuchom przyda się też mentor, odpowiednik starca, mistrza, weterana, kogoś z doświadczeniem, kto w odpowiednim momencie wskaże ten metaforyczny właściwym kierunek w narracji ich życia. Tu takim kimś jest niejaki Curly. Stary, surowy, małomówny kowboj, wyga, który niejedną strzelaninę na tym pustkowiu pamięta i być może niejednego mądralę pozbawił życia. W tej roli zobaczymy Jacka Palance’ a, znanego z westernowych produkcji, czarnych charakterów, choćby z „Shane’a” ale także z kultowego Batmana, gdzie wcielił się w postać Grissoma, szefa mafii, z której wywodził się Jack Napier (Jack Nicholson), przyszły Joker. Jokera na szczęście nie spotkamy na tym Dzikim zachodzie, ale już jego wiernego pomocnika, Boba, czyli Traceya Waltersa, zobaczymy w roli kucharza. Ale to nie on tu wysmażył taką mocną, charyzmatyczną postać, tylko właśnie Palance, który został nagrodzony Oscarem za najlepszą drugoplanową rolę Curly’ego.
Można się spierać, czy rzeczywiście ta rola jest aż tak mocna, że aż bije między w oczy jak pięść. Udziela nam się ironia Mitcha Robbinsa, który na początku filmu żartuje sobie z małomównego kowboja, argumentujące swoją siłę nożem i pistoletem. Ale Curly poza swoimi popisami siły potrafi czasem zaskoczyć głębszą myślą, jak choćby ta, żeby trzymać się w życiu jednej rzeczy. Jakiej?! Dla każdego to oczywiście jest coś innego. Jedna rzecz. Jedna droga, bez niepotrzebnego wchodzenia w inne korytarze. Tani banał wyssany z podręcznika do samodoskonalenia!
Z Curly’m lepiej nie zadzierać. Widział on tuż niejednego, sfrustrowanego mieszczucha, udającego kowboja. Wy miastowi zawsze komplikujecie sobie życie. Zupełnie, jakby miasto równało się chaosowi. A tu pośród tego pustkowia na wszystko patrzy się z innej perspektywy. Jedziesz na koniu, trzymasz się trasy. Odpoczywasz przy ognisku i budzisz się z pierwszymi promykami słońca, by któregoś dnia odebrać poród i zobaczyć niewinne cielątko. Te narodziny cielaka to jak narodziny nowego Mitcha i jego przyjaciół, którzy powoli pozbywają się konformistycznych ubranek i grają jak trzej muszkieterowie na strunach przygody.
Ale zarazem to pożegnanie z samym Curlym, który podczas powrotu do obozu nagle umrze. Co za ironia, że nie stało się to w wyniku ostrej wymiany amunicji, do której był przyzwyczajony stary wyga, ale zupełnie spokojnie. Oto nagle facet sobie zasnął na koniu. I koniec. Punkt przełomowy w całej narracji. Moment, gdy robi się naprawdę poważnie. Odejście mistrza i pozostawienie uczniów samemu sobie, aż wreszcie dotrą do domu, mądrzejsi i odważniejsi.
Film, lekki, przyjemny, z pięknymi widokami kanionów i wąwozów. Nie brakuje ironicznych dialogów i zwrotów akcji, oraz chwili powagi i refleksji, że oczywiście najważniejsza jest przygoda, a nie cel. Oświecenie, a nie zdobycie Graala, jak to było w „Ostatniej Krucjacie”. Kto by pomyślał, że przeganianie bydła może być tak ciekawe. Ale jeszcze ciekawsze będzie szukanie złota w drugiej części pt. „Złoto dla naiwnych”, gdzie Mitch, jego kumpel Phil, oraz na odmianę brat Mitcha, Glen jeszcze raz wybiorą się na dziki Zachód, ale tym razem w konkretnym celu. Aby odnaleźć zaginione złoto, które gdzieś na mapie zakreślił tajemniczy Curly. Oczywiście, że się znów pojawią zainteresowani zbóje i oczywiście lśniące sztaby złota okażą się tak naprawdę zwierciadłem, w którym Mitch po raz kolejny doceni to, kim jest, z kim się zadaje i co osiągnął w swoim pozornie nudnym życiu. Po raz kolejny odświeży znaczenie swego życia i pozna tą wartość, o której mówił kiedyś Curly. Czego trzymać się w życiu najbardziej: uczciwości wobec innych i samego siebie.
Komentarze
Prześlij komentarz