KRWAWY TEST, CZYLI ZEMSTA FRAJERÓW W OSTRYM SOSIE
Pamiętacie jeszcze te chwile, gdy szliście z plecakiem przez szkolny korytarz i mijaliście różne dzieciaki. Jedni siedzieli sami, inni zbierali się już w kliki, by coś obgadać. Jedni ubierali się na czarno inni na różowo, a jeszcze inni byli ubrani zwyczajnie. Nie musieli się wyróżniać i starać. Mieli to coś. Co takiego? Ten gen zwycięzców i wygląd supermodeli, do tego jeszcze duszę towarzystwa. Czemu jedni mają tak wiele, a inni muszą o wszystko żebrać, by chociaż wyjść na zero? Jaka to cholerna niesprawiedliwość — stwierdzaliście z bólem, starając się zatuszować nowego pryszcza, który mógłby być potencjalnym powodem do drwin ze strony idealnego towarzystwa.
Roztaczała się przed wami cała galeria różnych charakterów, skrytych i głośnych. W myślach pewnie obstawialiście, kto zajdzie wyżej? I co dziś pokażą dziwolągi? A kim wy byliście? Outsiderami, którzy są ponad wszystkimi, czy może byliście w mainstreamie? A może w waszej klasie zawsze panowała równowaga sił? W szkole wszystko jest takie jaskrawe. Sam czujesz się dziwny i innych postrzegasz jako dziwaków, gdy chociaż minimalnie odbiegają od schematu, który znasz. Wystarczy, że przesiadujesz na przerwach pod ścianą i czytasz książki. Masz wtedy opinię outsidera, myśliciela albo nawet kujona. A jeśli nie czytasz książek, tylko wpatrujesz się w ścianę, jakbyś przechodził stadium autyzmu, to masz przerąbane. Już przejawiasz jakiś rodzaj inności, który nie jest tolerowany przez ogół. Elita potrzebuje cię od razu zdefiniować, przyporządkować, zepchnąć na bok.
Dla wielu szkoła to ten pierwszy poważny sąd, gdzie ława przysięgłych na czele z liderem grupy przylepia ci etykietę, z którą próbujesz potem żyć. Ci bardziej zdystansowani zapominają o tym i wraz z końcem szkoły wyrzucają te wszystkie wspomnienia z pamięci. Inni, ci bardziej wrażliwi kumulują w sobie te wszystkie lęki, kompleksy, urazy. Czasem wykorzystują to twórczo, zmieniając diametralnie swoje życie. Przestają być popychadłami, a stają się liderami. Ale również mogą skierować swoje życie na tory destrukcji, stać się cynicznymi, zgorzkniałymi ludźmi, którzy już zawsze będą postrzegali całe swoje istnienie i relacje międzyludzkie w kontekście toksycznej szkoły.
Omawiany film, którego oryginalny tytuł brzmi „The Final” to kino z nurtu „szkolnego koszmaru” i jest niejako esencją tych wszystkich tragicznych wydarzeń, które miały miejsce głównie w Stanach Zjednoczonych, kraju, w którym „każdy dzieciak w swojej kieszeni ma miejsce na Iphone’ a i spluwę”, a ci najbardziej zakompleksi, najbardziej prześladowani śnią o tym, aby kiedyś przystawić broń do skroni swego oprawcy i zobaczyć w jego oczach strach. To również ciekawe zjawisko, że niejednokrotnie ci najbardziej cisi, odrzuceni, nieobecni, w krytycznym monecie stają się prawdziwymi tyranami. Tak, jakby odbijali ze zdwojoną siłą w swoim lustrze te wszystkie złośliwości, jakie ich spotkały ze strony kolegów. Uderzają z taką siłą, że nikt nie jest w stanie ich zatrzymać.
„The Final” to najbardziej jaskrawy przykład dramatu nastolatków, którzy już nie wytrzymują nerwowo w piekle zwanym szkołą. No cóż, filmy Johna Hughesa nie wiele wskórały w tej materii, szkoła i okres dojrzewania to wciąż dla wielu trauma, którą pamięta się na wiele lat, a dorośli i tak nie rozumieją problemów nastolatków. W kontekście „The Final” warto jeszcze przytoczyć takie filmy jak: „Słoń” Gusa van Santa, czy „Odkupienie”, opowiadający o rodzicach ofiar i sprawców strzelaniny w szkole. To o tyle wyjątkowa pozycja, że rzadko kiedy w filmach tego typu, rodzice są ukazani jako pełnowymiarowi bohaterowie. Zazwyczaj ich obecność zaznacza się w paru minutach i ukazani są oni dość stereotypowo jako milczący, obojętni ludzie, którzy nie mają czasu dla swoich dzieci, bo praca, bo rachunki, bo coś tam… aż w końcu pozostają tylko wspomnienia o ich odrzuconych dzieciach i pytania „co się stało?”, „gdzie popełniłem błąd?”. A co z uczniami, którzy przeżyli taką strzelaninę, jak to odbija się na ich psychice? Na to pytanie odpowiada „The Fallout”. Tak jak kiedyś kino amerykańskie kultywowało pamięć o Wietnamie, ukazując nam konflikty moralne żołnierzy i ich późniejsze losy, tak teraz obiektyw kamery zwraca uwagę na to, jaką wojnę prowadzą ze sobą najmłodsi, nie szczędząc sobie cierni na psychice. Do kompletu dodajmy jeszcze takie obrazy jak „Nasza klasa” i „I wtedy im pokażę”.
Od premiery „The Final” minęło już 13 lat. Dwadzieścia trzy lata upływają od masakry w Columbine High School (której Gus van Sant poświęcił swój film „Elephant”), gdzie dwóch uczniów, outsiderów i pasjonatów broni dokonało masowego mordu. Tragiczni bohaterowie zapewnili sobie niechlubną sławę, która wciąż odświeżana jest przez kolejnych naśladowców. Dziesięć lat minęło od strzelaniny w Newtown, rok mija od wydarzeń w Teksasie. Pięć lat minęło od strzelaniny w Parkland. I żeby nie było, że TYLKO w Ameryce dochodzi do takich tragedii, to również w Kerczu, na Krymie, w 2018 roku, 18- letni uczeń techniku, Władisław Rosalkow zabił 21 osób.
Jakie były prawdziwe motywacje tych szkolnych zabójców? Rewanż, pragnienie wywoływania strachu u tych, którzy kiedyś ich zranili? Twórcy horroru „The Final” w jaskrawy sposób przestrzegają nas, że te wszystkie odrzucone dzieciaki, tzw. „frajerzy” potrafią się zemścić w bardzo brutalny sposób. Ale o ile wyżej przedstawione tragedie, o których czytaliśmy na pierwszych stronach gazet, ukazują morderców jako szaleńców, którzy w furii ruszają z bronią do szkoły, by zabić każdego, kto, im stanie na drodze, dorosłego, czy dziecko, o tyle w tym filmie widzimy, jak zamachowcy bardzo skrupulatnie, metodycznie podchodzą do swojego przedsięwzięcia. Nie rzucają się z bronią na każdego w szkole, lecz umiejętnie dokonują selekcji tych, którzy przez lata doprowadzali ich do łez i rozpaczy. Jako, że ich grono prześladowców jest dość elitarne, nie szykują swojego wyczynu w szkole, ale w specjalnym miejscu, położonym gdzieś poza miastem, na jednej z farm, w których można by spokojnie nakręcić kontynuację horroru „Blair witch project”. Ich horror będzie jeszcze bardziej donośny. Postanawiają zorganizować bal przebierańców, skierowany zwłaszcza do szkolnych elit, których ego nie przepuści takiej okazji, by znów się zaprezentować w efektownych strojach, poflirtować i wznieść toast za swoją młodość i próżność.
Upici zabawą nawet nie zdają sobie sprawy, że za chwilę zostaną uśpieni i przebudzą się w kajdanach jako niewolnicy tajemniczych gospodarzy w maskach. Co za filozoficzny wydźwięk i jaka teatralizacja zbrodni. Karnawał, w którym uśmiechnięte błazny prowadzą cię na miejsce tortur, a ty wciąż jeszcze wierzysz, że jesteś w wesołym miasteczku. A już za chwilę czekają cię różne, wymyślne tortury jak przerwanie rdzenia kręgowego i utrata palców — coś dla największego sadysty w szkole, który nie mógł przeżyć dnia bez dręczenia młodszych i słabszych. Teraz prawdopodobnie skończy na wózku inwalidzkim wspominając, jaki był kiedyś. Dosłownie i w przenośni będzie miał złamany kręgosłup: fizyczny i moralny. A na otarcie łez może jakiś efektowny make-up… kwasem, który nadwyręży piękną buźkę szkolnej piękności. Najważniejsze jest to, że w tej całej maskaradzie, zamachowcy nie zamierzają nikogo zabijać, lecz tylko okaleczyć swoich oprawców, a sami pod koniec popełnią zbiorowe samobójstwo, by tak zostawić w swoich ofiarach na długo blizny fizyczne, ale przede wszystkim psychiczne. Ich grzechy mają prześladować ich do końca życia. Oto perfidna zemsta klubu odrzuconych.
To nie „High School Musical”, ale w tej młodej obsadzie można dostrzec obiecujące talenty jak choćby Marca Donato, grającego Deane’a, przywódcę klubu odrzuconych i autora całego planu. Miło zobaczyć także Travisa Tedforda, grającego małomównego Andy’ ego, który jako dziecięca gwiazda zasłynął w kultowym „Klanie urwisów” rolą Spanky’ ego. Co za ironia, oto jeden z urwisów wymierza sprawiedliwość innym urwisom.
Jaskrawy film na równie dziwne czasy, swoisty krzyk do głuchej publiczności, która już zobojętniała na te wszystkie strzelaniny, które gdzieś tam daleko się rozgrywają, ale nigdy nas nie dotyczą. Nieprawdaż?
Komentarze
Prześlij komentarz