SŁODKA NIEPODLEGŁOŚĆ

Sympatyczna komedia napisana i wyreżyserowana przez Alana Aldę, który już podczas kręcenia słynnego serialu M.A.S.H. wykazywał się sporym talentem jako scenarzysta i reżyser. A reżyserem i scenarzystą swego życia być trudno, gdy dookoła pojawia sporo nieoczekiwanych problemów. A im bardziej się starasz zapanować nad tym bałaganem, nad ludźmi, zdarzeniami, tym doznajesz większej frustracji, co oczywiście wywołuje śmiech publiczności ale i smutek w twoim sercu. Mniej więcej tak można pokrótce streścić tą komedię. Świat filmu, w którym wszystko się rozjeżdża, odbija się w życiu głównego bohatera, który musi się przygotować na solidny montaż swojej historii. Podobny koncept zobaczymy potem w komedii „Tak się robi telewizję” Jake’ a Kasdana.

Michael Burgess (Alan Alda) jest profesorem historii. Jego książka o rewolucji amerykańskiej stała się na tyle interesująca, że upomniało się o nią Hollywood. To miłe uczucie, duma rozpiera autora i kwitnie romans z koleżanką z pracy, Gretchen. Wszystko wydaje się iść w dobrym kierunku, dopóki Burgess nie trafia na plan filmu i konfrontuje się ze scenariuszem, który miał być adaptacją jego książki, a jest zupełnie inną historią. Po co właściwie wytwórnia kupiła prawda do zekranizowania jego książki, której treść w ogóle się nie odbija w filmie? W sumie nie ma co narzekać, kontrakt podpisany, pieniądze są na koncie, a sztuka filmowa zawsze będzie się rządziła swoimi prawami, by przyciągnąć jak największą publiczność. Jednak Michael czuje się trochę urażony tym, że z jego książki powstanie właściwie konsumpcyjny, lekkostrawny gniot. Mając po swojej stronie podekscytowanego scenarzystę (Bob Hoskins), który zawsze chciał pracować z wybitnym pisarzem, próbuje trochę zmodyfikować dialogi i akcję za plecami reżysera (Saul Rubinek). Do jego wersji przekonują się powoli aktorzy grający główne role, zwłaszcza Faith Healy (Michelle Pfeiffer). Michael chętnie służy jej konsultacjami do przygotowania roli, co oczywiście rozpala romans między tym dwojgiem, którzy poświęcają się tak ochoczo dla sztuki. Kłopot w tym, że chyba Michael bardziej zakochał się w postaci, którą gra Faith, w skromnej, niewinnie wyglądającej damie. A co z Gretchen, od której ostatnio się oddalił? To ona cierpliwie mu towarzyszy, gdy on odwiedza swoją ekscentryczną matkę Cecelię. W tej roli Lillian Gish, aktorka, która swoją karierę zaczynała jeszcze w epoce kina niemego. Wszystko wskazuje na to, że samotnie mieszkająca Cecelia potrzebuje profesjonalnej opieki. Michael myśli o pielęgniarce, ale Cecelia przywołuje z pamięcią swego dawnego przyjaciela Johnny’ego Delvechio, mówi o nim jak o wielkiej miłości swego życia. Ale nie ma się co dziwić, Cecelia w swoich urojeniach uważa także, że w jej kuchni przebywa diabeł, dlatego nigdy tam nie wchodzi. Michael zapewnia ją, że jej dawny przyjaciel nie chce jej widzieć i nie zamierza go szukać, lecz matka odpowiada mu, że jej syn może wszystko, jeśli tylko się przyłoży. Powtarzała mu to od dziecka. To też niby zaklęcie urojenie, ale jakże motywujące do tego stopnia, że Michael został profesorem. Został kimś, co dla matki jest powodem do dumy. Teraz Michael także może się postarać i odnaleźć dawnego przyjaciela swej matki. Mimo, że Gretchen trafia na ślad Johnny’ ego, on nie zamierza odświeżać znajomości ze starą wariatką. Gretchen jednak doradza, by Michael nie sprawiał bólu umierającej Ceceli, tylko ją okłamywał, tak jak kiedyś przecież jego matka wmawiała mu, że może wszystko, jeśli się przyłoży. Michael więc oznajmia matce, że Johnny jest w szpitalu i pozdrawia ją. Ta scena akurat nawiązuje do osobistych doświadczeń Alana Aldy, którego rodzice byli w dwóch innych szpitalach, a on przekazywał między nimi wiadomości, starając się przy tym, by nie martwić każdego z nich.

No właśnie, przed Michaelem kolejne zadanie. Musi jeszcze przekonać do swych pomysłów w scenariuszu amanta, Elliota Jamesa (Michaela Caine’a) nie bojącego się brawury na ekranie, który nie przepuści żadnej okazji, by pofiglować z jakąś kobietą, dopóki nie odwiedzi go żona na planie filmowym. Michael ani się nie obejrzy, gdy Elliot także zbliży się do Faith. Ale mniejsza z tymi romansami. Przed nami sztuka.

Zabawne, że w 1986 roku powstała również komedia sensacyjna „Sweet Freedom”. Tytułowa „Sweet liberty”, słodka wolność/niepodległość to właściwie odpuszczenie wszystkiemu, co dzieje się dookoła, zwłaszcza temu, co jest reżyserowane przez tak ambitnego reżysera, jakim jest Los. Po co traktować życie tak dosłownie, gdy można improwizować i się bawić na całego, jak choćby Elliot.

Michael nie ma siły użerać się z reżyserem filmowym, który zupełnie inaczej widzi historię, którą on pokazał w swojej książce. W końcu film rządzi się własnymi prawami, a książka swoimi. Burgessowi jednak udaje się pokazać niezłą bitwę ze statystami, która zostaje uwieczniona na taśmie. To zawsze jakiś sukces.

Innym newralgicznym punktem w narracji autora jest jego relacja z matką. Burgess przez całe życie nigdy nie potrafił zaakceptować dziwactw swojej matki, ale w końcu postanawia na to machnąć ręką i spełniać absurdalne życzenia Cecilii, która żyje w swoim świecie. Natomiast w kwestii swego nieformalnego związku z Gretchen, Michael postanawia się zdobyć na poważniejsze deklaracje i większe ustępstwa.

 

Słodka niepodległość. Odpuśćmy, a będzie nam dana.

 



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH